Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dwulatek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dwulatek. Pokaż wszystkie posty

9 maja 2013

Powody płaczu mojego dziecka


  • Bo chciał zjeść chleb z miodem i dostał chleb z miodem.
  • Bo tato powiedział, że idą razem naprawiać samochód, po czym stwierdził, że zrobi to po obiedzie. Igi wyje z tęsknoty za rodzicem, który jest tuż obok.
  • Bo tato naprawdę wyszedł.
  • Bo mama wyszła.
  • Bo zobaczył książkę "Zwierzaki dziwaki" i chciał obejrzeć ilustrację, gdzie jakieś zwierzę "kyczało". 89 stron, z rykiem kartkujemy w poszukiwaniu "gdzie kyczy", by w końcu znaleźć ptaka z otwartym dziobem w tekście o leniwcu. Na początku książki. Bo druga tura przewracania kartek musiała być.
  • Bo kot powąchał mu kanapkę (z miodem).
  • Bo się do niego uśmiechnęłam (ale on uznał, że moment był nieodpowiedzni, zwrócił mi uwagę "Mamo, nie śmiesz" i na wszelki wypadek się rozryczał dla wzmocnienia komunikatu).
  • Bo boi się kupy.
  • Bo boi się siku, w końcu nieco powiązanego z kupą.
  • Bo boi się bąka przepowiadającego straszną kupę. (No dobra, te podpunkty nie są śmieszne, wiem.)
  • Bo boi się niewidzialnej świnki - świnki ostatnio najczęściej nachodzą go w kąpieli. Procedura wymaga wyłowienia świnki i wypuszczenia jej przez okno na wolność. Moja wiariacja to chichotanie do świnki i łaskotanie jej, żeby Igul przestał się jej bać.
  • Boi się krokodyla. W większości krokodyle są niewidzialne, ale jeden rysunkowy w "Humfie" też go przeraża. Proces pozbywania się podobny do świnkowego, przy czym Ignasiowy Tati niewidzialne zwierzęta pożera jednym kłapnięciem włochatej paszczy. Ja uważam, że to niehumanitarne.
  • Bo chce się "pytulić" - z milion razy dziennie.
  • Bo chce spędzić najbliższy miesiąc w o wiele za dużych butach ze Spajdermenem (yuck!)
  • Bo uderzył/ugryzł/uszczypnął/skrzywdził jakoś rodzica, którego to zabolało. Więc wybucha kosmicznym rykiem. To chyba w geście obrony, bo przecież smagamy go batem gdzie popadnie i z byle powodu ;-)
  • Bo chce się "pytulić" do rodzica siedzącego w toalecie, który "pytulenia" odmawia.
  • Bo chce iść na basen, gdy basen jest zamknięty.
  • Bo chce jeść. TERAZ. NATYCHMIAST. W TEJ CHWILI.
  • Bo nie może zdjąć bluzy, czuje się uwięziony, więc protestuje łzawym wrzaskiem.
  • Bo pyta radośnie, patrząc czule na iPada: "Czy on jest off limits?" i płacze po odpowiedzi twierdzącej.
  • Bo każe sobie zaśpiewać piosenkę o kotku i nie mogę zgadnąć, o jaki utwór chodzi. Płacz na szczęście przechodzi, gdy trafiam w życzenie wiedziona nuceniem dzieciątka (Soft kitty, warm kitty... Kto ogląda "Big Bang Theory", ten doceni wybór) :-)
  • Bo muzyka jest za głośna.
  • Bo Tatul wierci wiertarką.
  • Bo się obudził, słońce świeci, ptaki ćwierkają...
  • Bo ktoś chce go rozebrać z brudnych ciuchów.
  • Bo każe mu się myć zęby.
  • Bo śmiem zabrać mu komórkę, gdy kasuje mi programy, zmienia ustawienia i ściąga rzeczy z internetu (nie zakładam, że inaczej niż przypadkiem).
  • Bo jego ukochana fioletowa łyżeczka, z którą często jeździ do przedszkola (nie pytajcie...) jest w zmywarce.
  • Bo "Jest zdrowe!". "Zdrowe" jest zlokalizowane w buzi, z boku, nie zawsze tego samego i za diabła nie możemy się domyslić, o co chodzi.
  • Bo zadaje mi pytanie "Widzisz to?", gdy kieruję samochodem, a ja, głupia, mówię, że nie widzę, bo nie mogę się odwrócić. Ale już poszłam po rozum do głowy i mówię: "Widzę, ale świetne!"
  • Bo każe mi coś podać, zapiąć, poprawić, gdy kieruję autem. Sytuacja lekko bez wyjścia, tym bardziej, że te życiowe problemy spotykają go najczęściej podczas każdej przejażdżki.

6 marca 2013

DIY - lampa lawowa




Czego potrzeba?

  • radosnego dziecka
  • butelki - szklanej lub plastikowej
  • oleju (raczej sporo)
  • barwnika spożywczego (ja już wiem, że lepiej w proszku, a nie w paście)
  • wody
  • tabletki Alka Seltzer (lub zamiennika) połamanej na 4 części
Jak stworzyć lampę? Należy w 3/4 wypełnić butelkę olejem, następnie dolać tyle wody, by zostało ok 3cm przestrzeni. Wsypać barwnik. A potem wrzucić połamaną tabletkę. W roli wrzucacza tabletek Igi znalazł się doskonale. Mnie urzekła kompozycja w butelce jeszcze przed barwnikiem. 
Wybuchy lawowe niestety trwają krótko, bo kilka minut, ale są całkiem przyjemne dla oka.
Zabawka w estetycznej butelce po winie stoi w kuchni i wrzucamy sobie do niej po tablecie, gdy najdzie nas ochota :-)

28 lutego 2013

Ignacy dwufazowy, czyli opowiesć pt. "Noce i dnie"

Tak to już jest z tym Ignasiem, że jak nie urok, to wiadomo co. 

Długie, spokojne noce zostają z łatwością zastąpione nocami zadziwiająco krótkimi, niespokojnymi, okraszonymi wrzaskami o spodnie dżinsowe, chlebek, czy inne dobra, których nie dostarczam w takich porach. Ja w ogóle niczego w nocy nie dostarczam, w ostateczności pozwalam sobie dostarczyć szklankę wody. Mnie za to dostarczane są rześkie kopniaki wkurzonych dziecięcych odnóży i ożywcze kuksańce ostrym łokciem prosto w gałki oczne. I tu oficjalnie protestuję, bo ja takich zamówień nocnych nie składałam. Przedtem narzekałam, że kołsliping mnie wkurza, bo Igi jest za głośny nocą. I jak się przewraca z boku na bok, to musi robić to równie teatralnie jak jego tato z jedną maleńką różnicą. Obaj unoszą się, po czym rzucają bezwładnie na drugi bok lub na brzuch - i to jest wspólny mianownik. Starszy i cięższy egzemplarz opanował tę zdolność do tego stopnia, że śpiący obok może spaść z łóżka pod wpływem wibracji materaca lub zejść na zawał ze strachu, że łóżko się rozsypie. Młodszy podczas rzutu zazwyczaj tłucze z rozmachem łepetynką w wezgłowie łóżka. Głośne łupnięcie budzi wszystkich w promieniu stu metrów. W tym mnie rzecz jasna. Młody nawet nie zauważa, że zmienił pozycję, jego Tatuś także śpi snem kamiennym.

Dobre dni z odrobiną symbolicznego marudzenia przemianowały się magicznie na wrzaskliwe, łzawe, tantrumowe sesje przerywane chwilami spokoju. Tantrumki zreszta towarzyszą nam całą dobę. najwyższy poziom nieszczęscia to afera połączona z rzygiem na deser - po prostu żyć nie umierać, i to z pawiem na skórzanych kozakach.
Do przedszkola chodzi za to inne dziecko. Słodkie, rezolutne, płaczące sporadycznie i oczarowujące wszystkich. I zadziwiające wszystkich ilością wrzucanego w siebie pokarmu podczas każdego posiłku, choć Niuś idzie na uczelnię po śniadaniu i deserze w postaci tranu.

Rzadkością są ostatnio takie dni, jak dziś, kiedy Igunio poryczał się tylko raz, pokłócił się z nami tylko raz (o kolor klucza) i raz jeden wykąpał kotka w swojej wanience (kotek obruszył się średnio, bo dla niego to nie pierwszyzna i zupełnie mu to nie przeszkadza). Normą są dni wyjątkowe w każdym momencie. Doszłam do wniosku, że powinniśmy chyba zafundować sobie jakieś psychotropy, by z uśmiechem na ustach płynąć łagodnie przez całodzienną rzeczywistość, a nie przejmować się happeningami antykoncepcyjnymi, urządzanymi przez Potomka... Ubierać się nie da po staremu. Niutek, który był już osobnikiem zadziwiająco samodzielnym, każe się teraz obsługiwać. No to się bawimy... Co rano odstawiam szopkę pt. "oświeć mnie dziecko, bo nie daję rady". I tak, podając mu majtki, mówię, żeby założył czapkę. Na co on się nie zgadza, przeszczęśliwy, bo niezgadzanie się i robienie na przekór jest obecnie nowym sensem i celem jego życia. Ja upieram się, żeby galoty znalazły się na głowie, na co on z wyższością pokazuje mi, jak można je umieścić na innej części ciała. Padam w zachwycie nad nowatorskim wykorzystaniem czapki, podając mu sweter (czyli rajstopy). I tak dalej. Ale nie zawsze jest tak kolorowo. Bo jeśli ubieranie się przeciągnie i głód ściśnie małe trzewia, to może być naprawdę potworrrrrnie. Szczególnie, że Igul zjada teraz niemal pół bochenka chleba z połową kostki masła lub pochłania wielką michę owsianki na śniadanie. A wcześniej trzeba także wyszorować kły. Przebieg tej skomplikowanej operacji zależy od wielu złożonych czynników i przewidywanie go to loteria. Kiedy humor gadowi nie dopisuje, zaczynam od inwentaryzacji bakterii. Igi, zafascynowany, że ma ich aż 156, otwiera pyszczek i zaczynamy czyszczenie w rytm hymnu Fasolek. Jak dobrze pójdzie. Bo jak pójdzie źle, to buzia będzie zasznurowana, wzglednie otworzy się, by przytrzasnąć szczoteczkę i tyle. Mogłabym tak długo o naszej codzienności, bo teraż każda czynność to "nie".

Z nowości mamy jeszcze "fazę tak-nie", czyli stan, w którym Ignaś chce na przykład być na kolanach, ale chce być na podłodze. Własne prośby wprawiają skołowanego biedaka w osłupienie i kończy się to rykiem. Tak jak wtedy, gdy chciał pić wodę, ale jej nie chciał... Sytuacja patowa, jak dla mnie ;-)

I jeszcze o chceniu. Bo oczywiście mała Mordoklejka dużo chce, a jak już czegoś zachce, to nas o tym informuje. I nie kończy na tym. Informuje nas dopóty, dopóki nie tego nie dostanie. Jakby mu się płyta zacięła. Wczoraj olał obiad, ale na podwieczorek zapragnął naleśników. Od momentu zapragnięcia naleśników do chwili, gdy pierwszy wylądował na talerzyku słyszałam "mamo naleśnika cem, placka cem, placka cem mamo, naleśnika, daj mi naleśnika mamo, plaacka cem, mogę naleśnika? Zlób mi placka, placka cem, daj mi placka mamo"... To było bardziej upierdliwe niż nieszczelny kran nad metalowym garnkiem!

Gumowych ścian chcę, kaftanu chcę, chwili ciszy chcę! ;-)

26 lutego 2013

Sobota - Imieniny Kota

A wiecie, co mamy w soboty? Przyswoilismy sobie praktyczny tutajszy zwyczaj - słodkości je sie tylko jednego dnia tygodnia. Im starszy sie robi nasz Igulek, tym bardziej mi go wszyscy pasą ciachami, szczególnie w gościnie. Trzeba było jakies reguły ustalić. Bałam się o jego zęby, o apetyt na wartościowe jedzonko i o kupona, tym bardziej że z zatwardzeniami nawykowymi woziliśmy się przez kilka miesięcy. Fakt, Igi nie jadł dużo słodyczy (ze mną spożycie jednej kostki czekolady zajmowało kilka dni, bo dostawał mikrokęsy i mimo tego fikał z radości, ale już Tati nie potrafił się powstrzymać), ale reguły potrzebne były nam, dorosłym. Bo kiedy ja ustalałam regułę jednego cukierka dziennie, to często okazywało się, że Igi dostawał jednego ode mnie, dwa od Taty i jeszcze coś w gościach. 
I tak oto tylko w soboty Zdzisinek dostaje SUODYYYYCZEEE. Rankiem rzuca się na świeżo ugotowane kakałko, potem często bywają lody lub jakieś ciasto. Najlepiej, wiadomo, własnej roboty.
Ostatnią sobotę spędzaliśmy w całości z Kwiatowym Tatą, który tak sobie wziął do serca Imieniny Kota, że posłodził kakałko, zapchał Stworka całym paskiem gorzkiej czekolady oraz zaoferował mu ogromną czekoladową muffinkę w sklepie. Potem w naszym kochanym "peczkolu" był balik i Ziutek skosztowal jabłecznika, a może nawet wszamał coś jeszcze, nie monitorowałam go aż tak bardzo, zeby wiedziaeć, co skapnęło mu ze stołu. 
W pewnym momencie na pytanie, czy napije się kakao, nasze dziecię, urodzony czekoladoholik, odpowiedziało "nie, dziekuję" i poszło sobie. 
Nastąpiło przesycenie. Słyszałam o tym stanie (no dobra, he he, sama go często doświadczałam i nadal mi się zdarza). Ale jeśli chodzi o Ignasia, to myślałam, że jest czekoladową studzienką bez dna. Okazało się, że wystarczy trochę tatokwiatkowej inicjatywy i słodycze będą nabierały właściwości wykrztuśnych.

O, o! I jeszcze cos mi się przypomniało! Jakie dziwaczne potrafią być dzieci. Bo mi Igul żebrze czasem o tran. I dziś złapałam się na tym, że sugeruję mu, że tran dostanie po naleśniku - czyżbym dokonywała kuszenia RYBIM OLEJEM?

A na koniec tej historyjki z morałem film, w którym wystepuje najrozkoszniejszy krokodyl, jakiego miałam okazję widzieć. Miałam go pokazać Igiemu, ale zapomniałam. Mimo wszystko idę o zakład, że jutro zakocha się ponownie w krokodylach. Bo jakby ktoś nie wiedział, to on jest teraz Oglomnym Potwolem i Potwól musi mówic ceść Potwól Mamooo.


30 listopada 2012

Sam-mode

Do tej pory tego nie było. A teraz jest zmiana i bardzo dużo rzewnych komunikatów "Ja sam". Przedtem jakoś udawało mi się nie narzucać swej pomocy Młodej Osobie, Igi nawet w razie czego prosił "Pomóż", bo taką mieliśmy umowę.
Do tej pory z powodzeniem unikałam kwokowania... Od początku nie zasłaniałam dziecięciu oczu w razie słońca, więc sam odwracał głowę, mimo warzywnego stylu życia. Później dochodziły inne rzeczy, których nie robiłam, żeby dać mu możliwość poradzenia sobie z wyzwaniem samodzielnie. Stwierdziłam, że dla Igulindy ważne będzie poczucie, że może troszczyć się sam o siebie, a my pomożemy, gdy zajdzie taka potrzeba.
Długo nie było komunikatu "sam", aż tu nagle taki skok nastąpił, że nie nadążyłam. I Igi bardzo stanowczo pokazuje mi, że mam się przystosować. Bo jak się okazuje ilość rzeczy, z którymi radzi sobie samodzielnie jest nieporównywalnie większa niż przed dwoma tygodniami. 
Gdy za szybko coś zrobię, wyręczając dziecię, sprawa oczywiście jeszcze nie jest przesądzona. Dziś na przykład niepotrzebnie zdjęłam Kwiatuszkowi pajaca. Oburzył się, oznajmił, że sam i rozpoczął żmudne ubieranie piżamy tylko po to, by sprawiedliwości stało się zadość i mógł go po chwili z triumfem zdjąć ją SAM. Ktoś widział dwulatka zakładającego sobie pajaca? Lubię w takich momentach niepostrzeżenie sięgnąć po książkę lub gazetę, by nie zirytować się, a w razie wiekszej dawki cierpliwości nie pospieszać go wzrokiem i pozwolić na powolne i niezdarne zmagania. Rozdział później i równolegle po próbie dostania się do piżamy przez (zaszytą) nogawkę i od drugiej strony rękawa (po skrupulatnym tego rękawa poszukiwaniu) jakoś daliśmy radę umieścić się z moją minimalną pomocą w stroju nocnym. Igi pozbył się go z dziką radością i błyskiem w oku. Natychmiast okazało się, że rajstopy też zakłada już sam. Do tej pory musiałam przygotować się psychicznie i czasowo na majtki, spodnie, rękawy koszulek i body, zapinanie zamka w bluzie, buty i czapkę. 
To chyba oznacza pobudkę jeszcze wcześniej... No bo czego się nie robi dla dziecięcej samodzielności...

Co z tego jeszcze wychodzi? A, na przykład jedzenie jogurtu dwoma złożonymi (na łyżeczkę) łyżeczkami. Kurtka założona do góry nogami i plecami z przodu, buty na odwrót. Wkurzenie, gdy zagapię się, podając Kwiatkowi picie i przytrzymam filiżankę ręką. 

Poniżej mała próbka tego, z czym potrafi poradzić sobie dziecię, gdy mama jest odcięta od rzeczywistości w szale gotowania. Krzesełko posłużyło do wspięcia się na blat, odpowiednia szafka otwarta. Kilogramowy słój miodu wyjety, nie stłuczony, a odkręcony. Łyżeczka załatwiona. I tak Igi zapewnił sobie deser bez proszenia o pomoc.
Fryz made by mama :-)
Na koniec wyrafinowana kuchnia, czyli przepis z dziś: kasza gryczana plus sos pomidorowy. Kaszę gryczaną zacząć gotować, w tym czasie zeszklić cebulkę w drugim garnku. Przybrudzone dziecko pragnie umyć sobie (SAMO!!!) dłonie - usadzić je więc koło zlewozmywaka i uzbroić w ręcznik. W tym czasie przystąpić do dalszych przygotowań związanych z sosem. Wlać wodę i resztę składników. Doprawić imbirem i gałką muszkatołową. Odebrać dziecku sól z okolic zlewozmywaka i posolić potrawę. Zdziwić się - pianka na powierzchni sosu? Rozejrzeć się podejrzliwie, powąchać sos. Wyłowić niespotykaną nutę zapachową z wnętrza gara. Omieść wzrokiem otoczenie w poszukiwaniu poszlak. Zauważyć piankę w dzbanku z wodą. Zbadać. Znaleźć wspólny mianownik zapachowy z mydłem kuchennym. Zlustrować otoczenie, gdzie działa Kwiatek, całkowicie pochłonięty... no właśnie, czym?
Aha. No tak. Gruba, jednolita i wyjątkowo precyzyjnie położona warstwa gęstego mydła pokrywa cały kran, łącznie z jego wylotem. Igi przechodzi właśnie płynnie do pastowania wnętrza zlewozmywaka. Pochłonięty czynnością, nawet nie zauważa, że jego mama wyprodukowała aż dwa sosy, w tym jeden niezdatny do spożycia.