Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gawęda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gawęda. Pokaż wszystkie posty

14 kwietnia 2015

Dlaczego spóźniamy się do przedszkola?

Ignaś jest człowiekiem, który dostarcza rodzicom wrażeń już od rana.
IMG_9184
Nie jest osobą, która wstaje o 3 nad ranem, gotowa do zabawy klockami. Przeciwnie. Misio sypia długo i mocno, czasem tylko wierzga kopytkami i rozdaje rześkie kopniaki. Obudzony rano, stwierdza, że idzie na drzemkę, nie wystawiwszy ani jednej giczy spod kołdry. Lub że poleży jeszcze w łóżku, bo mu tak "łagodnie". Jeśli ktoś uważa, że wygonienie Wiesia z wyra załatwi sprawę, to grubo się myli. Moje dziecko woli bowiem wypełniać sobie ranek ciekawymi i bardzo nierutynowymi zajęciami. Można zatem zastać Ignasia:
- udającego, że ładowarka do akumulatorków to rakieta, startująca co kilka sekund w kosmos
- tworzącego tabuny bakterii z klocków LEGO
- śpiewającego kotu kołysankę (własnej produkcji) i nagrywającego jednocześnie klip do piosenki (na którym zobaczymy kawałek kota i jedną dziecięcą stopę podejrzanej czystości)
- uczącego kota chodzić na dwóch tylnych łapkach
- uczącego kota mówić. Tak. To nie pomyłka. Nasz kot powiedział kiedyś "mama" i wszyscy to słyszeliśmy. Ignaś od tej pory wyczekuje większej ilości słów z kociego pyszczka, a że nie zadowala go czekanie bierne, wziął sprawę w swoje ręce. Przebywa z kotem otoczony książkami, tłumaczy mu najprzeróżniejsze sprawy i jest to obrazek przesłodki, tylko dlaczego 3 minuty przed wyjściem z domu?
- zmieniającego koszulki, "bo ta niesmacznie pachnie w środku"
- zmieniającego skarpetki z przyczyn, które nie dają się sprecyzować
- puszczającego psu bańki mydlane i zaśmiewającego się do rozpuku przy każdym psim kłapnięciu pyskiem. Bo pies bańki łyka.
- zwijającego sobie język w rurkę przed lustrem za pomocą palców
- występującego w postaci wybrzuszenia pod kocem, udającego, że go tam wcale nie ma, co oczywiście nie przeszkadza w chichotaniu
- zaczytanego
- wtykającego kolejne pary skarpet w fotele, kanapę, za drzwi, na parapet
- dostającego zadyszki ze śmiechu pod kołdrą pościelonego łóżka, gdyż zniknął i nie wiadomo gdzie jest
- zmieniającego majtki na takie, z których nie robią mu się stringi - dodam jedynie, że Igi w swojej walce z odzieżą nie jest bynajmniej wcieleniem łagodności.
Ciekawe, co wymyśli jutro i czy spóźnię się do pracy.

9 stycznia 2015

O tym, czego nie wolno

Pojechaliśmy z Igim do lekarza, który lubi sobie wrednie (a czasem mniej wrednie) pożartować, bo Igi narzeka na ucho i nie pozwala mi spać.
- Masz krzywe zęby - zauważa spokojnie Ignaś, patrząc na pana doktora.
- To po to, by cię łatwiej zjeść - odpala z błyskiem w oku lekarz.

W drodze do domu rozmawiamy o sytuacji i o tym, czego nie wolno.
- Nie wolno mówić, że ktoś jest głupi - zaczynam.
- Ani że jest dupą - podejmuje ze smakiem Ignaś.
- I że się nie jest czyimś przyjacielem - odbiam piłeczkę.
- I że się kogoś nie lubi.
- I że sie kogoś zabije - wymieniam dalej wszystkie faux-pas Ignaśka.
- Albo że się kogoś skrzywdzi - podnieca się Ignaś.
- Albo że ktoś jest kupą.
- Lub sikami.
- Albo, kiedy ktoś je, że jego jedzenie jest obrzydliwe i niezdrowe. Masz jeszcze jakiś pomysł?
- Tak, nie mówimy nikomu, że ma puszyste uszy.
- Puszyste uszy? - zatyka mnie.
- Tak, puszyste uszy ma się wtedy, gdy na uszach rośnie dużo włosów.

Kurtyna.



5 września 2014

Jeszcze więcej kłaków

Mało nam było okłaczonych powierzchni i kociej sierści wirującej w powietrzu, tak dobrze widocznej w promieniach islandzkiego słońca. Mało nam było wrażeń, jakie zapewnia nam kotka, która z elegancją odmawia mycia swojej tylnej części ciała i tego, że kłaczący kocur radośnie poszedł w jej ślady. Mało nam było wizji "stempelków" roztaczanych przez Kwiatowego Tatę za każdym razem, gdy którykolwiek z kotów gdzieś przysiadł.

Od dziś mamy psa. Kolega ma ponoć na imię Jökull, czyli lodowiec, ale Ignaś nie potrafi poradzić sobie z wymową i wychodzi mu dość wyraźny Jogurt. Pies, niezależnie od imienia, ma mądre oczy, inteligentną paszczę i uszy powiewające na wietrze. Jako zwierzę wytresowane i niesrające w domu, postanowił obrać osobliwą taktykę zdobywania naszych serc i sporządził kałużę oraz postawił dorodnego kloca na ślicznym dywaniku w Ignasiowym pokoju. Po czym wdepnął w kupę łapą. 3 razy. Gdy wsadziłam go do wanny, otrzepał się tuż po wstępnym zmoczeniu.

Igi tryska energią, całuje swojego Jogurta i wzynaje mu miłość na każdym kroku. Koty nie dowierzają swojemu pechowi i naszej głupocie. Pokazują zdegustowanie każdym ruchem łap i ogonów. Mimo wszystko do sukcesu muszę zaliczyć to, że pies nie dostał jeszcze od żadnego po paszczy ani nawet na niego nie nafuczano.

Wrażliwszy z kotow nie zlał się na podłogę, co też jest ogromnym i niespodziewanym sukcesem. Wszedł do domu (!) i obchodzi psa, przyklejając się do ścian i strosząc swoje i tak już długie futro. Jeśli jutro nie wyniesie się do poprzedniego domu, by wszystkie rezydujące w okolicy koty zgodnie przetrzepały mu tyłek, uznam wprowadzenie nowego domownika za dokonane. 

Do snu kołysał mnie dźwięk obgryzanego z zapałem kaloryfera, a nocą obudził mnie kojący odgłos płynu cieknącego na podłogę. Wiwat psy... Koty górą.

Zdjęcia wkrótce.


3 września 2014

Dlaczego Matka Kwiatka jest zawsze spóźniona

Tak jak gołębie mają tajny napęd w obrębie głowy, tak Igi ma tajemny hamulec w podobnej okolicy. Ignacy zasypia ze słowem na ustach i budzi się, już gadając, choć z zamkniętymi oczami. Zadaje pytania, rzuca myśli, porównuje, definiuje, opowiada, relacjonuje, zauważa różnice i podobieństwa, snuje wspomnienia, planuje, pokazuje też swoją bardziej abstrakcyjną stronę. 

Gadanie, mielenie ozorem, paplanie - to wszystko, co ciekawe, nie może poczekać. Igi nie ma guzika pauzy. Bywa, że w radio jest właśnie niezwykle interesująca informacja, uciszam więc potomka. Niestety, po każdej prośbie o tymczasowe przymknięcie jadaczki, dziedzic przypomina sobie o naukach mamusi i głośno wypowiada formułkę:
- Mamo, przepraszam, czy mogę coś powiedzieć?
- Nie, chcę posłuchać tego, co leci w radio, poczekaj chwilę.
- Ale mamo, mogę coś powiedzieć? Ja chcę coś powiedzieć, chę coś powiedzieeeeeć.
- Poczekaj Ignasiu. 
- Mamo -  szepcze scenicznie Igi, nigdy się nie poddając. - Czy mogę coś powiedzieć cicho?
W tym momencie zazwyczaj wszystko, co miało być na dany temat powiedziane, powiedziane już zostało, mogę się więc równie dobrze zgodzić na kolejny słowotok Ignaśka.

Gdy przyjrzymy się dokładniej wszystkim codziennym czynnościom - myciu zębów, ubieraniu, zakładaniu butów, jedzeniu, wkładaniu rąk do rękawów, chodzeniu... Wszystko to zajmuje wieki. Bo Igi nagle odczuwa potrzebę zadania jakiegoś wnikliwego pytania tudzież posnucia jakiejś historii i absolutnie nie przestanie mendozić, dopóki nie otrzyma odpowiedzi lub nie dokończy historyjki. I tak zęby myjemy ponad kwadrans, przy śniadaniu mam drgawki, gdy Igi się odziewa - ja toczę pianę z ust, gdy jesteśmy w przedpokoju, a Młody zastyga, by podzielić się kolejną Niezwykle Ważną i Bardzo Rozbudowaną Myślą - ja rozważam łykanie pigułek szczęścia, a w trakcie poszatkowanej kolejnymi postojami drogi do przedszkola (w teorii jedyne 5 minut piechotą) jestem już całkowicie zobojętniała na wszystko. 
I zawsze, w najlepszym wypadku, jestem na styk. 

A Wy jak macie?


10 sierpnia 2014

Biuro Wyceny Wszystkiego


Igi wpada w "cenny" nastrój zazwyczaj podczas śniadania. Przy ostatnim porannym posiłku, zamiast mielić paszczą, podawałam mu ceny każdego rodzaju obuwia, jakie posiada. W koronach i złotówkach :-)
Innego dnia, również podczas śniadania (jajecznica) dziecię zapatrzyło się na talerz, po czym zapytało z powagą:
- A ile kosztuje jajecznica?
Jego Tato równie poważnie obliczył cenę jednego jajka, więc Młody dostał przybliżoną kwotę. Rozmowę przy stole zdominowały problemy natury obliczeniowej - ile do jajecznicy używam masła, soli i pieprzu oraz jak zamortyzować łopatkę i patelnię, o płycie kuchennej nie wspominając.
A potem Igi wypalił z grubej rury:
- Ile kosztuje deszcz?
- Deszcz nic nie kosztuje. Jest za darmo.
- Nie! - wkurzył się Ignaś - Kosztuje!!
- Tak? A ile?
- 5 literek.

7 lipca 2014

Co słyszą dzieci

Czasem podczas zasypiania czytam sobie książkę, czasem Igiemu. Zdarza się, że leżymy w milczeniu lub rozmawiamy. Wczoraj rozmawialiśmy, a raczej ja monologowałam, bo Ignaśkowy wkład w rozmowę to był chichocik. Zgarnęłam Wieśka oglądającego mecz z dziadkiem, zagoniłam do wyra i usiłowałam utrzymać w pozycji leżącej za pomocą ciekawej, choć jednostronnej konwersacji.
Wyszła z tego mała litania.
- Lubię cię, jak jeździsz na rowerze.
Lubię cię, jak skaczesz.
Lubię cię, jak chodzisz po stole.
Lubię cię, jak myjesz zęby.
Lubię cię, jak jesz chleb z oliwą.
Lubię cię, jak śpiewasz.
Lubię cię, jak bawisz się z kotami.
Lubię cię, jak czytasz książki.
Lubię cię, jak mówisz "y-y" i machasz łapą.
Lubię cię, jak się przytulasz.
Lubię cię, jak biegasz bardzo szybko.
Lubię cię, jak nurkujesz.
Lubię cię, jak śpisz.
Lubię cię, jak płaczesz.
Lubię cię, jak śmiejesz się w głos.
Lubię cię, jak jesz jabłko.
Lubię cię, jak mówisz o kupie i bąkach.
- A Roberta też lubisz? - skojarzyło natychmiast moje dziecko wspomnianą czynność z osobą swojego najlepszego przyjaciela.
- Pewnie.
Lubię cię, jak opowiadasz mi o przedszkolu.
Lubię cię, jak huśtasz się bardzo wysoko.
Lubię cię, gdy mnie nie słuchasz.
Lubię cię, gdy mówisz "r".
Lubię cię, jak mi uciekasz.
Lubię cię, jak masz czkawkę.
Lubię cię, jak skaczesz po kanapie. 
Lubię cię, jak podpijasz mi kawę.

Igi leżał chwilkę i trawił. I szybko przejął pałeczkę:
- Lubię cię, jak robisz kupę. Lubię cię, jak robisz siku. Lubię cię, jak robisz bąka - tu następuje chwila ciszy, bo najśmieszniejsze, co było do powiedzenia, zostało już wychichotane, więc Igi zaczął się rozglądać. - Lubię cię, jak mówisz "lampa". 

I ktoś mi może powie, że dzieci nie mają wybiórczego słuchu ;-)

16 czerwca 2014

Mów mi kotku

Jest sobie szklarnia oraz to, co poza nią. W szklarni i poza nią rosną robaczki, pająki (fu, jakiego brzydala widziałam ostatnio! Wyglądał, jakby miał rogi! Z tą naturą jest coś nie teges, serio...) oraz rzeczy jadalne, te ostatnie w sam raz do sałat. 

Pewnego dnia poprosiłam swego partnera życiowego o narwanie naręcza liści, które w formie sałaty chciałam zabrać do pracy, ale ten odmówił. Stwierdził, że nie da rady połapać się w tych chwastach.

Szybko dałam mu instrukcje i dostałam w zamian michę pełną zieloności.

W pracy niemal się nad nią popłakałam. Oprócz całego króliczego pożywienia, które w niej było, w sosie vinaigrette moczyły się też liście... trawy dla kotów. Jedynej, nota bene, rośliny opisanej na doniczce tabliczką z wymowną nazwą i uśmiechniętą paszczą kota.

Zjadłam ze smakiem. Jestem gotowa na wykrztuszenie zgrabnej kulki z sierści :-D

13 czerwca 2014

Wegedzieciak i dar miłości

Znacie te dziecięce dary miłości? Kamyk, wypluty kęs chleba, i gryzgoł na pogniecionej kartce? No pewnie...

Dziś moje dziecię na śniadanie zażyczyło sobie chleba z masłem i serem, którego jednak nie zjadło, twierdząc, że "brzuch nie lubi tego jedzenia".
Dobra.
Za to gdy wyszliśmy z domu, by udać się na codzienny spacer do przedszkola, pierwszą rzeczą, którą zrobiło moje dziecko, było rzucenie się na trawnik, zupełnie jak wygłodniałe źrebiątko. Dodam jedynie, że nasz trawnik jest bardzo au naturelle, bo nie kupiliśmy jeszcze kosiarki. Zatem Igi dopada do zielonego gąszczu, z rozmachem wyrywa kępę mlecza i wgryza się w nią ze smakiem. Następnie podchodzi do mnie i chrupiąc podaje mi liść.
- To dla ciebie, mamo. Śniadanko. Pyszne.

Pozostaje tylko podziękować i zjeść :-)

11 czerwca 2014

Jeszcze nie jestem pewna, czy to powrót :)

Witam, ściskam i cmokam po niemal dwóch miesiącach! Mam szczerą nadzieję, że uda mi się wrócić do dawnego rytmu, bo Igul daje czadu. Co też się u nas zmieniło?

  • Po pierwsze widok. Przeprowadzka z trzylatkiem to nie bułka z masłem. Bywało, że nie dawało się inaczej, jak wprowadzić go w stan letargu za pomocą bajki. I tak oto Iguś stał się zagorzałym fanem "Frozen". Widziałam te produkcję z 7 razy i chwilowo nie mam ochoty na więcej. Pewnego dnia Tato Kwiatka wpadł na szatański pomysł i zamiast filmu puścił Wieśkowi ścieżkę dźwiękową. Odtąd przeklinamy tę myśl. Bo Igi słucha tej muzy ciągle. Bez przerwy. Jeszcze tego samego dnia, gdy na TK spłynęło muzyczne olśnienie, dostawałam rozpaczliwe smsy, np. "Igi słucha Frozen od 3 godzin..." lub "Let it go" w 20 językach, żałuję, że to znalazłem." A Igi? Śpiewa. Tylko lekko fałszywie i czasem wymyśla sobie angielskie słowa. Oboje z TK mamy ochotę krzyczeć w poduszkę.
  • Przekopaną część ogrodu Ignaś uznał za swoją piaskownicę. Chodzi do niej w najlepszym razie na boso, w najgorszym w skarpetkach. Kupiłam kilka dodatkowych milionpaków skarpet dziecięcych we wszystkich kolorach tęczy.

  • Stałam się mistrzynią tworzenia definicji na zawołanie. Bo po fazie pytań "dlaczego?" nastąpiły "A co to jest... ?" To odpowiadam, bez mrugnięcia okiem i bez wahania. Ma się już tę wprawę. 
  • Igi, znany ze swych długich blond włosów, zapuszcza fryz dalej, odmawiając bliższego spotkania z nożyczkami. Na szczęście włosy w oczach mu przeszkadzają, dlatego prosi o ich spięcie spinkami lub zrobienie kitki. Po pierwszym takim zabiegu spojrzał w lustro i oznajmił: "Wyglądam jak kobieta". Za to rano wygląda jak bardzo gładki i rumiany Einstein. Lubi sprawdzać, czy ma tego dnia fru-fru na głowie, czy nie.
  • Wracając do muzy jeszcze, to niedawno zaskoczył mnie niemal poprawnie odśpiewanym refrenem "Załogi G", który zademonstrował, by skrupulatnie odpytać mnie o wszystkie postaci z tekstu oczywiście. Świetnie wychodzi mu też refren tej piosenki: 

  • Igi specjalizuje się w tańcu w rytm porywającej go muzyki na stoliku kawowym.
  • Stworzył psychodeliczną kurę z pozłacanym potomstwem. Dzieło wybitne, choć kura mogłaby występować u Hitchcocka. Płodna przedstawicielka drobiu rezyduje z dzieciarnią na honorowym miejscu na stole kuchennym. Staram się nie patrzeć w jej stronę, gdy jem, choć i tak wiem, że jest tam, gdzie zawsze, z wykrzywionym łbem i ciężkim wzrokiem wielkich, pustych oczodołów ;-)

  • Nazwał jeden gatunek. Przedstawiam zatem.... Giglacza czarnego, odkrytego i nazwanego podczas jednego ze spacerów:


  • Dwa tygodnie temu bezboleśnie nauczył się jeździć na rowerze bez kółek pomocniczych, czyli zgodnie z jego terminologią popyla na "śliskim" rowerze. Śliskie rowery dzielą się na takie, które mają pedały i takie, które ich nie mają. Jakby ktoś nie wiedział.
  • Zdzisiek uratował niezliczoną ilość dżdżownic w ramach działalności jednoosobowej brygady ratunkowej. Wypad do przedszkola w związku z deszczami planować trzeba z dużym wyprzedzeniem, mając na uwadze liczne kałuże i pływające w nich ciała dżdżo. Które Igi musi wyłowić, przetransportować na najbliższy trawnik i wypuścić na wolność, rzucając zawsze z uczuciem "Żyj, glizdo, żyj!".
  • Zaprzyjaźnił się też z jedną gąsienicą, czytał jej książki, karmił liśćmi, robił domek z rączek. Niestety czytanie na łóżku nie skończyło się dla biedaczki dobrze, ale zachowałam zdjęcia, bo to była miła koleżanka, choć jej odejścia Igi nie przyjął do wiadomości.

25 marca 2014

Bajkowa logika Ignasia

Igul rankiem ma inne priorytety niż ja. Ja się szykuję, robię śniadanie i różne inne nudne rzeczy. Iguś bawi się, liczy na palcach prace znanych mu osób (hihi), gada do ekspresu do kawy, przelewa wodę, czyta.
Dziś padło na czytanie, a raczej oglądanie "Mam oko na litery". 

Jeszcze dygresyjnie muszę dodać, że w naszym oddalonym od Polski domu uwielbiamy pewien rarytas, przewożony tysiące kilometrów. Nie jemy go codziennie, zachowujemy na ważne, śniadaniowe okazje. Domowy dżem, którego produkcję z naszych ogródkowych owoców po Babuni kontynuuje mój Tato. Wszystkei dżemy są cudowne, smakują słońcem i dzieciństwem, ale najlepszy jest wiśniowy... Za każdym razem, gdy odkręcamy wieczko słoika, mówimy Ignasiowi o jego pochodzeniu.

Wróćmy do czytelnictwa Ignaśka.
- Tu są drzewa! - wykrzykuje Ignaś, tykając w podnieceniu paluszkiem rysunkowe drzewa owocowe. - Jabłka, gruszki i... Wiśnie! Tu dziadziuś je zbiera. Jak popatrzymy, to on wejdzie do książki i będzie je zbierał i robił nasz dżem!

I jeszcze o niesamowitej pamięci Ignasia:
Gdy Igulek miał około roku, była u nas moja Mama. Igi przechodził wtedy fazę na "Kotki dwa". Usypiał tylko przy dźwiękach tej kołysanki. Podczas jej wykonywania należało umiejętnie i z wyczuciem przejść od wypowiadania słów do mruczanda. Igi nagle zażyczył sobie śpiewania tej piosenki. A dodam, że lat ma niemal 3 i pół. I stwierdza, gdy się produkuję:
- To jest piosenka, którą mi kiedyś Babu śpiewała. Jak byłem mały.

Miłego dnia!


24 marca 2014

Jak wkurzyć Matkę Kwiatka w kilku prostych krokach?

(lista utworzona po ponad 3 latach obserwacji)

1. Zacząć krytykować moje dziecko - niestety nic tak nie burzy miłej atmosfery, jak gość mówiący Twojemu dziecku, że rysunek, który właśnie wykonało jest strasznie brzydki. Nie będę się rozwodziła nad tym, jaka krytyka w ogóle jest słaba i że do absolutnie niczego dobrego nie prowadzi.
2. Wyśmiewać moje dziecko.
3. Udzielać szeroko pojętej pomocy wychowawczej, czyli:

  • mówić mojemu dziecku, co mu wolno, a czego nie (najlepiej w domu gospodarzy, bo tak jest najbardziej słodko)
  • dbać o fizyczne bezpieczeństwo mojego własnego dziecka (przy nas zakazywać mu robienia czegoś oraz kazać mu uważać i nie spadać... Proszę... Od tego jesteśmy my, koniec, kropka)
  • wtrącać się w rozmowę naszą i Ignasia, gdy próbujemy coś od latorośli wyegzekwować i "pomagać" nam w argumentacji (nagminne!)
  • porównywać Młodego ze sobą lub innymi dziećmi (równie słabe, jak krytyka)
  • wypowiadać się na temat naszych kiepskich metod wychowawczych
  • informować moje dziecko, że jest niegrzeczne
  • straszyć Ignasia (to oczywiście jedna z popularnych metod wychowawczych, których ja, nieoświecona, nie akceptuję, ale po to są inni, by mi pomóc...)
4. Dzielić się swoim jedzeniem i dawać pić ze swojej szklanki. To jakieś nagminne jest. Wszyscy chcą dawać obcym dzieciom ze swojego talerza, a wręcz widelca, czy nawet kęs kanapki właśnie przez siebie jedzonej, czy to tylko u nas? Bo ja już mam dość mówienia oczywistych oczywistości o higienie. Na końcu języka mam zawsze propozycję łożenia na opiekę dentystyczną Ignasia.
5. Palić przy Ignasiu. 
6. Dawać mu jedzenie, w szczególności słodycze bez naszej wiedzy. Pal już sześć naszą zasadę jedzenia słodyczy w sobotę i niejedzenia rzeczy, które mają syf w składzie, choć wkurzające to jest niesamowicie. Ale skąd ten ktoś wie, czy Igi lub jakiekolwiek dziecko nie jest na coś uczulone? Zagadka wciąż nierozwiązana.
7. Sypnąć stereotypem tu i tam. Dostanie się i lalkowi Michałkowi i ulubionym różowym spodniom Ignaśka. Zapytać, czy jest dziewczynką, bo bawi się opaską.
8. Przeklinać przy Ignasiu. Zmroziła mnie koleżanka, która wzięła Ignasia - świeżynka na kolana i zaczęła soczyście o czymś opowiadać, z użyciem najbardziej rynsztokowego słownictwa. Teraz po prostu mówię, że jak ktoś mi "k..." i "ch..." rezolutnego trzylatka nauczy, to będzie i oduczał.
9. Natarczywie wypowiadać się na temat wegetarianizmu. (Ryzykuję użycie słowa "natarczywie", bo misji zbawienia świata nie mam i nigdy nie zaczynam takiej rozmowy sama, chyba że informuję, czego z Igim nie jemy.) Ponieważ mnie to męczy równie mocno jak dym papierosowy, daję kilka szans, po czym usuwam się z takiego towarzystwa ;-)
10. Przy młodszym lub jeszcze nienarodzonym Ignasiu - straszyć nas, jak to kolejne etapy rozwojowe będą potworniejsze od poprzednich i jak nam da ten dzidziuś popalić ;-)
11. Karmić mitami i innymi mądrościami ludowymi na temat karmienia piersią. Dotyczy szczególnie lekarzy, ale i "wszystkowiedzących" zwykłych śmiertelników.
12. Zwracać się z pytaniami do mnie, zamiast do Ignasia - choć to najmniej szkodliwe jest. Ale ja naprawdę nie wiem, czy moje dziecię chce jeść, a jak tak, to co :-)
13. Wyręczanie mojego dziecka (i mnie). Jest powiedzmy Igi i jest kurtka. I nagle znajduje się dobra dusza, która mu ją zakłada bądź zdejmuje. Szkoda, że bez pytania, bo a. od pomocy mojemu dziecku jestem ja i jego tato, b. skoro nie pomagamy, to najczęściej znaczy, że on to robi sam. Niestety, kolejna rzecz spotykana nagminnie. Nagle okazuje się, że moje bardzo samodzielne (już od lat!) dziecko potrzebuje służby i asysty ;-) Po dłuższym wypadzie do takich "usłużnych" dusz nie jestem w stanie normalnie wyszykować się do przedszkola, bo moje dziecię uzyskuje wiotkość pacynki i traci jakąkolwiek wolę działania.

A co jest na Waszych listach?

21 marca 2014

Ignaś Puchatek

Nasze doświadczenie z Igusiem pokazuje prostą zależność. Jeśli coś jest Igulkowym hobby, jedzie z tym w samochodzie do przedszkola. Myślałam, że po tym, jak woziłam dziecię uzbrojone w mikser i lukrowacz do tortów, nie zostanę już niczym zaskoczona. Ale najwyraźniej nie doceniłam swojego Igulka ;-)
Który aktualnie wybiera się do placówki z... miodem. W słoiku. I z przezornie zabraną łyżeczką od kompletu. Po umieszczeniu w foteliku dziecię domaga się odkręcenia słoika i wygrzebuje z niego miód łyżeczką przez... dwie ulice, bo do przedszkola mamy właśnie tak daleko. (Ciechawe co Wieś zrobi, gdy noga i pogoda pozwolą mi wreszcie na piesze wycieczki do Uczelni)

Zaczęło sie od tego, jak nasz mały, wytrawny piekarz zabrał się za szafkę z dobrami do pieczenia. Najpierw wykończył to, co było na dnie litrowego słoja. Potem poprosił o pozwolenie zajęcia się "tym niedobrym miodem" i załatwił słoik napoczęty po świątecznych wypiekach w, bagatela, dwa dni. Teraz mały Puchatek zaspokaja się przez oskrobywanie ścianek obu słoików, na czym upływają mu popołudnia.

Wczoraj wybrał się do sąsiedniego miasteczka (cotygodniowe zakupy) oczywiście z miodem. W drodze powrotnej otrzymał do łapki bagietkę z oliwkami. Jadł ją z zamkniętymi oczami i zagryzał miodem, aż zasnął. Wiadomo, Śpiąca Królewna Ignaś :-)


18 marca 2014

Już Igi Wam pokaże, co to jest "niegrzeczne dziecko"!

Kiedyś pisałam, jak toczę pianę na myśl o kategoryzacji dzieci na dwie grupy - grzecznych i niegrzecznych. My nie kategoryzujemy, więc do niedawna Iguś nie wiedział, że można być niegrzecznym. Ostatnio jednak usłyszał, że niegrzeczne dzieci zamyka się w komórce, co mocno nim wstrząsnęło.

Tłumaczę zatem Kotkowi, że nikogo w komórce się nie zamyka za "niegrzeczność". I że grzeczne dzieci to takie, które są dobrze wychowane, mówią dzień dobry, dziękuję, proszę, przepraszam. Igi kwalifikuje się do tej grupy, oczywiście, przynajmniej częściowo. Gdy puści bąka, przeprasza pod nosem, po czym dobitnie oświadcza, że "puściłem bąka i powiedziałem przepraszam". Potraktowany znaczącym spojrzeniem, powtórzy prośbę z użyciem słowa proszę ;-) W moim odczuciu bardzo grzeczny z niego trzylatek. 

Poproszony, zademonstruje własne spojrzenie na niegrzeczność. I łypnie na nas spod oka i zmarszczonych blond brewek. O tak:

Z kolei dziecko "grzeczne" Igi interpretuje tak:

Przejmujaca wersja "niegrzecznego":

I warcząca odsłona "niegrzecznego":

Tu z kolei "niegrzeczność" ryczy jak lew:

A tu znowu ciska gromy spod marsa na czole:

A tu "niegrzeczność" jest psotna i wierci dziurki w arbuzie:

Przesyłamy pozdrowienia wszystkim "niegrzecznym" dzieciom!

17 marca 2014

Matka Kwiatka pod ochroną


Nie zamierzam pokazywać zdjęć mojego dziecka w samej bluzie i lekkim szaliku, bawiącego się na łonie natury. Żadnych nagrzanych słońcem zjeżdżalni i suchego piasku w piaskownicy. Ja się w ogóle nie będę wypowiadać na temat pogody. Nie powiem, co czuję, słysząc w "trójce", że w Paryżu jest 20 stopni. I nikt nie zobaczy, jak cudnie wygląda wioskowy motel, którego właściciele nie zdjęli świątecznych lampek z domu i nie będę opisywała, jak to pięknie komponuje się ze świeżutką, białą pierzynką.

Nie będę się też rozwodziła nad trudami naszej wczorajszej podróży do domu ze stolicy, kiedy to sunęliśmy przed siebie w pełnym słońcu, wokół bezkresna białość, a na dodatek wjechaliśmy w chmurę. Oślepiało nas tak bardzo, że Tato Kwiatka zaproponował, że będzie jechał z zamkniętymi oczami. Spłakaliśmy się oboje tak, jakbyśmy w samochodzie obierali kilogram cebuli bez okularów pływackich. A Igi nie, bo spał. Ten to akurat nie ma problemu z zamykaniem oczu gdzie popadnie ;-)

Mam ochotę odłączyć się od sieci. Na jakieś 2 miesiące. Opadła mi wena, jeśli chodzi o komentowanie zdjęć, z których na odległość śmierdzi wiosną. I nie odmówiłabym Deppowi, gdyby chciał mnie pocieszyć.

19 lutego 2014

Ignasia pomysły na spanie

O czym się mówi o nas rankami i wieczorami:

  • Igi-buntownik postanawia czasem nie zapiąć jednego guzika w piżamie. Informuje mnie o tym szeptem, a czasem pyta, czy może tak rozpietą piżamę zostawić. Pozwalam oczywiście. Młody zasypia z uśmiechem spełnionego rebelianta na ustach :-)
  • Iguś od dawna obawia się tego, że "oczy będą mu wyciskały". Tato Kwiatka kompletnie nie rozumie problemu, ja stawiam, że Młodemu chodzi o uczucie piasku w oczach, czego najwyraźniej nie znosi. Ja proponuję mu zasypianie z otwartymi oczami, a podły tatuś czasem wprowadza zamęt i pyta z niewinnym uśmiechem na ustach "A co jeśli nawet przy otwartych nadal będą ci wyciskały?"
  • Bywają takie wieczory, gdy Igi pyta na przykład "Czy ja mogę spać dziś z otwartami oczami i na siedząco?" Nie widzę powodu, dla którego mogłabym się na to nie zgodzić ;) Chwilę później oczywiście dochodzi do mnie miarowe posapywanie od Zdzisia zwiniętego w kłębuszek.
  • Najfajniej jest, gdy Młody padnie gdzieś (lub nawet w domu) w ciuchach. Wtedy kładziemy go do łóżka w tym, w czym zasnął, co oznacza tylko jedno - obudzi nas radosny chichot dziecka, które znowu złamało zasady i cieszy się z tego niezmiernie.
  • Bywa, że pyta, czy może ubrać się na noc w normalne ciuchy. Moją jedyną prośbą jest to, by ubranie było czyste, więc przeszczęśliwy Ignaś kładzie się spać w koszulce i spodniach dresowych.
  • Gdy wybiera sobie stórj nocny zupełnie sam, może się skończyć tak, jak pewnego dnia, gdy zastałam Igiego w sypialni. Na głowie miał czapkę z koszulki, na rękach podciągniete do łokci skarpetki. Z błyskiem w oku przekazał mi informację, że jest gotowy do snu :-)
  • Igi oczywiście inspiruje się lekturami. Po "Fizi Pończoszance" zdarzało mu się zasypiać naturalnie z nogami na poduszcze, a głową pod kołdrą, wiadomo, klasyka ;-)
  • Rzadko zdarza się biednemu dziecięciu, gdy nie może zasnąć, bo przecenił swoją senność i zarządził pójście do łóżka za wcześnie. jest wtedy niepocieszony i informuje mnie ze łzami, że "ja się nie nauczyłem spać"...

17 lutego 2014

Igi i roztocza - analiza porównawcza

Igi sam się bardzo mocno zainspirował tym, jak nawtykał sobie w prawe nozdrze jaskrawoniebieskiej ciastoliny. Bo jedną z trzech kulek usunęłam mu palcem, drugą wyciągnął mu jego własny tato za pomocą narzędzia tortur (zdaniem Ignasia) Fridą zwanym. Igiego podnieciło to do tego stopnia, że na wizytę u lekarza (wyciąganie ostatniej, najgłębiej wetkniętej kulki) u lekarza zabrał już ze sobą odciągacz glutów. Pan doktor miał wprawdzie swój odkurzacz i z jego pomocą udało się opróżnić zaklajstrowany nosek Ignasia, co wcale nie zmieniło jego stosunku do Fridy. Igi tulił ją do łona w samochodzie, potem zaczął wciągać nią kurz i paprochy zalegające w okolicach fotelika. W sumie fajnie, bo Tato Kwiatka, choć kocha swoje auto miłością ogromną, pozostaje jeno przy wyznaniach słownych, podchodząc do kwestii porządkowych bardzo luzacko.

Odciągacz glutów towarzyszył Ignasiowi podczas wizyty u kumpel, uroczych bliźniaczek (z jedną całował się niemal rok temu), a my w tym czasie oddawaliśmy się drugiemu już kabaretowi w ciągu dnia.








Igi bawił się bez nas szampańsko, oczywiście z Fridą, zażył kąpieli z obiema dziewczynami, po czym pojechaliśmy do domu.

Fascynacja Fridą trwa nadal. Igi śpi z odciągaczem, z rurki każe sobie robić naszyjniko-obróżkę, wciąga nią wodę podczas płukania zębów, w strzykawkopodobnej końcówce umieszcza małe przedmioty, a najbardziej chyba spodobało mi się, jak ustnik umieścił w paszczy, "strzykawkę" w uchu i nawijał sam do siebie, twierdząc, że to telefon. Oczywiście Frida zajęła miejsce miksera podczas porannych podróży samochodem do przedszkola. To już coś znaczy :)

Dodam jedynie, że oprócz odciągacza glutów zabawowe fascynacje Igiego są związane z gospodarstwem domowym:
1. Odkurzacz: jeśli Igi nie wciąga paprochów z podłogi Fridą, prawdopodobnie bawi się odkurzaczem. Rozmontowuje pokrywę i biega z nią, jak z kosmicznym hełmem, zaśmiewając się do rozpuku. Demontuje worek, umieszcza swoje zabawki w odkurzaczu oraz wkłada wszystko co popadnie do rury. Odkurzanie stało się teraz sportem ekstremalnym, za każdym razem, zanim podłącza się go u nas do prądu, stan i zawartość odkurzacza musi być koniecznie sprawdzony. Bo ostatnio w odkurzaczu spało 5 resoraków, za to worka nie było.
2. Butelka ze spray'em: pełna wody, koniecznie pełna wody! Igi nie ogranicza zabawy jedynie do mycia okien (choć robi to z ogromną radością, z czego bezczelnie korzystam, więc mam impresjonistycznie pomaziane szyby gdzieś tak do metra od podłogi). Gdyby mu pozwolić, spsikałby wodą całą materię ożywioną i nieożywioną, więc trzeba mocno pilnować, by Młody nie zalał chatynki, nie poniszczył sprzętów i nie wprowadził kotów w (jeszcze większą) nerwicę.
3. Suszarka: dzisiejszy debiut zabawkowy, więc nie ma jeszcze szerokiego wachlarza zastosowań. Pomysł z dziś to suszenie aqua doodle, bo suszenie wody w pełnej wanience na szczęście Ignaśkowi wyperswadowałam.
4. Mop: jaki to piękny obrazek, gdy Tato Kwiatka oporządza jak co tydzień podłogę, ale najpierw musi przejść przez poważną dyskusję z synem, który chce mu skonfiskować mopa. Chłopaki muszą się koniecznie umówić, że najpierw podłogę myje starszy, a potem odda zabawkę młodszemu w obroty. Igi potrafi zapomnieć iść spać, gdy ma do dyspozycji butelkę wody (którą sumiennie spsikuje wszystkie sęki w podłodze) i mopa.



10 lutego 2014

Skecz o niebieskiej plastelinie, czyli Kabaret Igiego przedstawia...

Tak się ostatnio złożyło, że oboje z Tatą Kwiatka padliśmy złożeni błyskawicznym gryspkiem. Cała choroba zajęła raptem 3 dni, ale jej intensywność była wykańczająca. Mogłam spodziewać się najścia wirusa, ponieważ na kilka dni przed chorobą opuściły mnie siły i spędzałam popołudnia z mym dziecięciem w wyjątkowo spokojny sposób. Zaszywałam się w zaciszu przyciemnionej roletą sypialni i w blasku lampki nocnej podczytywałam książki, ciesząc się, że tylko ciało nawala, za to mózg jeszcze jako tako funkcjonuje.

Dziecię, puszczone samopas, znajdowało sobie zajęcia samo i samo organizowało sobie wieczory. Gdy dobiegał mnie jego perlisty śmiech, z radością przewracałam kolejne stronice przy tak miłym akompaniamencie.

Z okazji mojego wypełznięcia z nory na czas mycia "zęb" okazywało się, że przyczyną tej radości było na przykład nowatoskie użycie przyborów do gotowania z Ignaśkowej kuchenki, gdy Młody między innymi zebrał i odkręcił słoiki z suchymi dobrami spożywczymi do gotowania i usłał nimi całe mieszkanie oprócz sypialni. Bez wojny jednak zaopatrzył się w odkurzacz i wciągnął ryż poprzetykany soczewicą i ciecierzycą, pokrywający fotele, sofę i całą podłogę kuchni i salonu.

Gdy innego dnia dziecię moje podobnie zanosiło się radosnym rechocikiem przez pół godziny, poczekałam na rozwój wydarzeń w myśl zasady "Śmieje się, to żyje". Po krótkim czasie pogodny śmiech stał się wyraźniejszy i głośniejszy, chwilę później oczom moim, zerkającym przez otwarte drzwi sypialni ukazał się wypięty kuperek Ignasia, który z trudem (śmiech) dreptał do tyłu i znaczył swoją trasę wodą wykapywaną z butelki z dzióbkiem, w którą ze swym tatą zaopatrzyli się z okazji dalekiego spaceru. Igi rozlał pół litra płynu, ale nawet w miarę rozsądnie po sobie posprzątał. Spoko, prawda?

Weekend był dla niego niesamowicie nudny. Wspaniała pogoda, a my trzęśliśmy się, opanowani dreszczami i leżeliśmy, postękując z powodu bólu mięśni, stawów, a nawet skóry. 

Nasze znudzone dziecko nowym zwyczajem zorganizowało sobie zabawę przy komodzie z własnymi dobrami i przy szklanicy świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy, który został zrobiony przez jego tatę nadludzkim wysiłkiem. Sok wyciskała sokowirówka, nadludzkim wysiłkiem było za to zwleczenie się z barłogu i naciśnięcie guzika maszyny.

Nagle wczesnym południem poczułam się lepiej. Nie tylko wirus stracił swą moc, ale mieliśmy cel na popołudnie i wieczór. Wstałam i odnotowałam potworny bajzel. Zaordynowałam potomkowi (bez majtek, za to w body o minusowym stopniu czystości, lekko usmarkanemu i mocno wytatuowanemu czarnym pisakiem, z wielkimi wełnianymi skarpetami na stópkach, skorupką z soku na pyszczku i oczywiście nieumytymi zębami) posprzątanie po sobie i zatrzymałam się jedynie nad aqua doodle, które mnie zastanowiło.
- Czym to namalowałeś? - spytałam Ignasia, wskazując na paciaja wykonanego nie wodą, a żółtą cieczą.
- Sikami - stwierdził Ignaś pogodnie i bez zastanowienia.

Oględziny miejsca zbrodni wykazały, że malunek wykonano rozlanym sokiem pomarańczowym, przypominającym odcieniem wspomnianą urynę. Dziecię wycierało "rozsypany" sok i zbierało kredki, ukazując światu dwa dzieła napodłogowe (kredki olejne na kafelkach) i jedno nałóżkowe (kredki olejne na prześcieradle), posapując jednocześnie i oddychając przez usta. "Aha", myślałam "nam mija choroba, a ten zakatarzony." I rzeczywiście, gdy Ignaś przyczłapał do zaciemnonej sypialni, w mroku dojrzałam dorodnego gluta w jednej dziurce i wysłałam go do taty, by poprosił go o pomoc w wydmuchaniu nosa.

Chwilę później była u mnie moja Druga Połowa z kawałkiem papieru toaletowego. Zabarwionego na niebiesko.
- Zobacz, kredkę miał w nosie, wyciągnąłem mu.
Szybkie oględziny dziecięcego nosa wykazały, że nadal znajduje się w nim ciało obce o jaskrawoniebieskim zabarwieniu. Wielka kulka poddała się szybko moim palcom i wyskoczyła na światło dzienne w całej swojej okazałości. Była to jednak nie kredka, a ciastolina, której to Igi chojnie nawpychał sobie do nozdrza, a która traciła swoją zwartość przez wilgoć i temperaturę w Igulkowym nosie.

Szybkie oględziny za pomocą latarki wykazały kolejne jaskrawoniebieskie ciało obce zalegające głęboko w nosku Ignasia, wyszykowani więc zadzwoniliśmy pod dyżurny telefen przychodni i umówiliśmy się z lekarzem na szybką randkę.

Igi spokojnie przyjął zaglądanie do nosa wziernikiem. Darł się już i wierzgał jak to on na próby gmerania mu w nosku przyrządem do wyciagania ciał obcych. Trochę to trwało. Lekarz coś wyciągał, sprawdzał co zostało i grzebał dalej. Igi niczego nie ułatwiał. W końcu pan doktor zaprzestał bezcelowego grzebania i przytaszczył "odkurzacz" z silnikiem, ssawką i słojem na zaklinowane w ciele dobra i zaczął odkurzać nos drącego się wniebogłosy Ignasia, którego już nie dawałam rady unieruchomić sama. Po kilku utrudnionych seansach odkurzacz zassał coś więcej niż niebieskie smarki i naszym oczom ukazała się kolejna, wielka kulka ciastoliny.

Wniosek? 
Igi skrupulatnie pragnął powiększyć sobie mózg lazurową substancją, względnie chciał nią wyścielić wnętrze jamy nosowej.

Wieczorem czekała nas jeszcze lepszy kabaret. Ale o tym później.


25 stycznia 2014

Przyspieszony kurs przeklinania

Kwiatowy Tato nam imponuje. Coraz bardziej. Przeszedł niespodziewanie od wyznawania zasady "zepsuło się - wyrzuć i kup nowe" do majsterkowania na wysokim poziomie (KLIK). 

Wczoraj padła nam suszarka. Zapanowała iście grobowa atmosfera, którą przerwał pan domu, pojawiając się z suszarką, a potem ze skrzynką z narzędziami. Podniecenie Igiego nie miało granic. Miernik elektryczny, klucz nasadowy!!! Bomba! Rozbieranie suszarki na części pierwsze okazało się być tak fascynujące, że pierwszy raz w życiu Młody pogardził pieczeniem ciastek. A to już coś znaczy :-)

Okazuje się jednak, że suszarki to twory niezwykle niebezpieczne. TK podczas (ostatecznie udanej) naprawy zadawał sobie coraz to nowe rany cięte oraz jedną kłutą (drut pod paznokciem, wyrafinowana tortura). Igi pozornie zajmował się śrubkami, ale ja podejrzewam, że to wszystko było przykrywką i tak naprawdę jego celem było wchłanianie niecenzuralnych wyrazów mamrotanych przez rodziciela.

Sprawdzimy przy najbliższej okazji, gdy będzie zakładał rajstopy ;-)

22 stycznia 2014

Męska przyjaźń

Igi ma niewiele dziewczynek wokół siebie. Wszyscy nasi znajomi mają chłopców, w przedszkolu też najlepszy wafel jest chłopcem. Można powiedzieć, że Ignaś specjalizuje się w męskich przyjaźniach. Dziś kilka migawek z chwil spędzonych z kolegą dla Ignasia zupełnie wyjątkowym. Widać, że młodzi czują do siebie wzajemnie miętkę. Bawią się świetnie, opowiadają, wymyślają, wpadają na pomysły, przekazują wiedzę, ustalają reguły, a także oczywiście czasem ostro tłuką. Ich rozmowy są tak rozbrajające, że nie mogę się oprzeć i część zapisuję (przykładowy KLIK).

W zeszłe święta zauroczyli nas swoim sposobem oglądania wieczornej bajki:

Spotkanie tej dwójki to niezmiennie wielka radość. Przed rokiem:

Wizyta u tych znajomych (i tu musi być dygresja, bo połowa "tych znajomych" poczuła sie trochę urażona, zaproponowała użycie słów "lepszych wersji nas samych", "cudownych przykładów do naśladowania", "boskości o ludzkich twarzach" - ja optuję za tym ostatnim) jest niesłychaną ulgą, ponieważ nasze dzieci zajmują się sobą całkowicie. I my, i oni możemy odetchnąć, bo chłopcy są niemal zupełnie samowystarczalni. Jeśli jeden drugiego skrzywdzi, to ten pierwszy załatwia sprawę sam, mówiąc na przykład:
- Nie wolno bić.
Gdy się mocno potłuką, zapewne obaj wybuchną płaczem i podbiegną do mam po ratunek. Ale my nie musimy nic mówić, łagodzić sprawy, zmuszać do przeprosin. Nawet jeśli zasugerujemy im wzajemne przeprosiny, sytuacja może rozwinąć się różnie. Jeśli zrobimy to za wcześnie, usłyszymy wykrzyczane lub wymamrotane w rękaw "nie", ewentualnie niechętnie i nie z serca się przeproszą. Wystarczy jednak popatrzeć na dalszy rozwój wydarzeń, bo przekonać się, jak dobrze dzieci umieją się przepraszać. Ostatnio obaj dość brutalnie się pokłócili, a potem rzewnie popłakali i rozeszli w różne storny. Jeden chlipał na krzesełku w salonie, drugi siąkał w kuchni. Gdy zerknęłam na nich po jakimś czasie, układ się zmienił. Siedzieli już obaj razem na krzesełku, głaszcząc się i przytulając. Cała złość i smutek minęły, gdy sami postanowili załagodzić sprawę wymownymi i szczerymi gestami :-)

Chłopcy przekazują sobie też życiowe mądrości. Na przykład ostatnio Benio zdradził Ignasiowi sekret jedzenia z zamkniętymi ustami, czego nauczyła go jego Babunia. Ignaś czasami je z zamknietą buzią, twierdząc, że tak lepiej smakuje i zawsze wspomina przy okazji przyjaciela, który go tego nauczył.           

Benjamin po mistrzowsku używa wołacza, zwracając się do Zdiśka z rozbrajającą czułością "Ignasiu". Tak nawoływał go, gdy ten zasnął niczym Śpiąca Królewna (a Benio ały dzien czekał na zabawę - jego rozczarowanie było ogromne).

Chłopcy miewają niebanalne pomysły na zabawy (KLIK), człowiek nigdy nie wie, do czego się dorwą i jaki z tego zrobią użytek :)

A oto najlepszy kumpel Igiego, Benjamin, w obiektywie:

Dzielenie się doświadczeniem życiowym podczas śniadania, czyli "jak jeść z zamkniętymi ustami":




Ozorek :-)

Pozdrawiamy Was, kochani :-)

13 stycznia 2014

Sidło na krokodylka

Wiecie, jak to jest? Kiedy jedyne zobowiązanie, jakie się ma, to odprowadzenie potomka na Uczelnię o w miarę przyzwoitej porze i nawet to nie wychodzi? Przestałam już nawet próbować tłumaczyć Kwiatowemu Tacie, skąd u mnie takie poślizgi czasowe...

Ale czasem przychodzą takie cudne dni, kiedy wszystko toczy się, jak powinno, a nawet lepiej. Mogę powiedzieć wprost: uwielbiam krokodyle!

Tak, Igi boi się krokodyli. I strachów na wróble. I rycerzy. Krokodyle były jednak strachem pierwszym i przez to są chyba jednak najważniejsze w życiu naszego Stworka.

Tego pamiętnego dnia przeżyliśmy rano odwiedziny dwóch krokodylków. Tatuś i synek wpadli, by postraszyć Ignasia, gdzieś w okolicy mycia zębów. Igi szybko krokodyle oswoił i zaopiekował się krokodylim dzidziusiem. Gdy myłam zęby, mały krokodyl zgubił kurtkę i obuwie. Między jednym kółeczkiem a drugim musiałam wyczarowywać kolejne kurtki oraz po dwie pary obuwia (koniecznie kozaki plus kalosze!) w konkretnych kolorach. Niesforny krokodyl gubił ubranie nieustająco. W końcu Igi zajął się pokazywaniem swojemu podopiecznemu jak zakłada się rajtki, więc mogłam przestać być czarownicą. Ranek płynął wartko, a wszystkie czynności przebiegały nam zadziwiająco sprawnie. Igi nie plątał się pod nogami, nie wył i nie urządzał awantur. Ubierał siebie i krokodyla, pokazywał mu swoje ukochane puzzle, chyba poglądowo szybko też je złożył. Bez rozpraszania zjadł śniadanko. Gdy przygotowywałam swoją kawę, Igi biegał zaaferowany, zakładając nadprogramowo swoje kozaki i lulając krokodyla. Znalazł mu nosidło, które nazwał "sidłem" i układał w nim krokodylątko na drzemkę. I tak oto, gdyby ktoś do nas niespodziewanie wpadł, zastałby mnie nad wielkim kubkiem kawy, a dziecię moje chodzące po domu w wielkich kozakach i nucące kołysankę własnej produkcji do pustej, ortalionowej rękawiczki. 

"Sidła" znaczy :D

Dziś w zasadzie też nie mogłam narzekać. Od kilku dni Igi spędza długie godziny przy zlewozmywaku, gdzie wlewa, przelewa, sączy, ciurka, tapla i co dusza zapragnie i z czym zapragnie. Gdy zapytałam o wczorajszą gigantyczną kałużę na podłodze oraz zalane blaty i szafki, stwierdził, że "woda mu się wysypała".
Przedtem poranek spędził nad donicą od choinki. Zajmował się "Panulkiem", czyli panem nurkiem, breloczkiem sprzedawanym przez wspomnianych ratowników. Panulek miał bowiem ochotę nurkować w donicy, więc Igi spełniał sumiennie jego życzenia. Przez 3 godziny.