Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzeniowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzeniowo. Pokaż wszystkie posty

2 października 2014

Katastrofa... (Post jedzeniowy. Czy ja już tylko o jedzeniu piszę?)

Wielokrotnie rozpływałam się nad naszym obecnym "przedszkolkiem". Pal sześć plastikowe zabawki, to miejsce promnieniuje pozytywną energią i zaraża nią rodziców i dzieci. Jest jednak jeden wielki minus tej placówki. Jedzenie.
Jako rodzina wege (wyłączając ryby) z inklinacją do vegan, zwracamy ogromną uwagę na jakość posiłków, a szczególnie na produkty, z których je przygotowujemy.

I tu zaczyna zgrzytać.

Oto moje obserwacje odnośnie diety przedszkolnej:
- śniadanie: płatki kukurydziane lub kółeczka, zalane zimnym mlekiem (norma na Islandii), woda do picia
- przekąska: owoce do wyboru
- obiad: oferowane posiłki są bardzo słone, czuć w nich niepowtarzalny aromat glutaminianu sodu, część podawanych potraw jest już gotowych, np. zupy; do picia woda i mleko
- podwieczorek: gąbczasty, kupny chleb tostowy z masłem i serem lub szynką, mleko do picia.

Na śniadanie kiedyś dawano dzieciom wybór - kółeczka lub owsiankę, co było o tyle fajne, że zawsze była jakaś szansa, że któreś dziecko wybierze zdrowszą opcję, a nie wysokoprzetworzony, lekko (chociaż coś...) słodzony produkt podany na zimno, co jest szokiem dla każdego żołądka od rana.
Owoców na drugie śniadanie jest dużo i są różnorodne. Dzieci jedzą je bardzo chętnie. Plus.
Podwieczorek jest dla mnie solą w oku ze względu na wstrętny chleb (i z pewnością nie mniej wstrętną wędlinę, bo ilość syfu, który można upchnąć w plasterek szynki przechodzi ludzkie pojęcie, nas to jednak nie dotyczy). Ta chlebopodobna gąbka niczym nie przypomina aromatycznych bochenków z czasów dzieciństwa, które przynosiło się z piekarni jeszcze gorące i które swoim zapachem kusiły z daleka i mało kto był sie im w stanie oprzeć w czasie drogi do domu. Staram się zapewnić Ignasiowi podobne zapachowe wspomnienia i piekę chleb w domu. Wielu ludzi uważa mnie przez to za udręczoną bohaterkę, To nie żaden heroiczny akt, tylko wymieszanie mąki, wody drożdży (lub zakwasu) i soli oraz wstawienie do pieca. To mniej niż 5 minut pracy. Zgadnijcie, czy kupny chleb z wora ma tylko 4 składniki? 

Hm.

Najbardziej przerażające są obiady - przesolone i sztucznie doprawione, z nudnymi, powtarzalnymi surówkami lub warzywami prosto z puszki. Ktoś, kto masakruje cudowną, islandzką rybę toną soli i przyprawą na bazie glutaminianu lub wlewa do wazy zupę grzybową z paczki, która jedynie wygląda jak grzybowa, a smakuje jak beżowe maggi - ten ktoś musi nienawidzic gotować i nie znosić jedzenia. I osób, którym takie jedzenie serwuje.

Nie odpowiadają mi również horrendalne ilości mleka wypijane przez dzieci. Na szczęście to zostało załatwione moją prośbą o podawanie Ignaśkowi mleka roślinnego.

Obiady są gotowane w stołówce dla prawie setki dzieci ze szkoły, trzydzieściorga z przedszkola oraz wszystkich poracowników, którzy sprawiają wrażenie bardzo zadowolonych z menu. Jest to dla mnie absolutnie niezrozumiałe.

Szkoda, że wszyscy są zadowoleni i próba zmiany stanu rzeczy byłaby walką z wiatrakami.
A jak jest u Was? I jakie macie podejście?
W przygotowaniu kolejny tekst jedzeniowy.



28 stycznia 2014

Kiszone jąderko baranie czy zgniły rekinek? Czym chata bogata!

25 stycznia zaczął się sezon istnych pyszności i naszą wyspę ogarnęła chmura kontrowersyjnych zapachów. A wszystko przez facetów! Bo tego dnia świętowany jest Dzień Gospodarza (Bóndadagur), w którym zgodnie z tradycją żony i dziewczyny rozpieszczają swoich mężczyzn. Jak? Oczywiście tradycyjnie! Docierają do serc swych partnerów przez żołądki. Czasami zapraszają ich do restauracji, rzadziej dają kwiaty swoim Wikingom. To zupełna nowość, datowana na lata 90. ubiegłego stulecia.

Dzień ten rozpoczyna falę ciężkich aromatów w całym kraju, gdyż z jego nastaniem rozpoczyna się miesiąc Þorri, w czasie którego świętowane są obchody Þórrablót. Właściwie wszyscy rozpieszczają nie tylko mężczyzn, ale przede wszystkim swe kubki smakowe różnorodnymi szczątkami zwierzęcymi, a przypadkowi przechodnie (turyści oczywiście) padają trupem od zapachów. Jest bosko!

Teraz uraczę Was stosownym plakacikiem z chwytliwym przekazem.

Jeszcze jeden powód, by przyjechać na Islandię w styczniu - obleśne żarcie!


W tym miesiącu (nie będącym w zasadzie miesiącem, ale składającym się po prostu z drugiej połowy pierwszego miesiąca i pierwszej połowy drugiego miesiąca) coroczne wyszukane menu zakłada smakowanie, próbowanie i rozkoszowanie się następującymi delicjami:

  • harðfiskur - suszona ryba (może być z masłem. Polecam tutejsze masło. Ryba jest spoko, koty ją uwielbiają)
  • hangikjöt - wędzona, a potem ugotowana baranina, podana apetycznie z ziemniaczkami, zielonym groszkiem, czerwona kapuchą i białym sosem (brzmi niewinnie, ale przytłaczający swąd wędzonki wręcz przykleja się do ubrań)
  • hákarl - zgniły rekin (tak, pamiętam ten dzień, gdy szef nas tym poczęstował... Zjadłam. Jestem ciekawa świata. Przeżyłam, choć nie wiem jak. Zionęłam zgniłą rybą do końca dnia. Konsystencja sera pleśniowego. To dobry zwyczaj, zapijać tę pyszność alkoholem, szkoda, że nie było nam to dane ;) Do kupienia w supermarkecie.
  • lifrapylsa - wątrobianka
  • blóðmör  - krrrrrewka kaszanka 
  • hrútspungar - gotowane i peklowane jądra baranie 
  • selshreifar - focze płetwy marynowane w zalewie 
  • svið - przepołowiona, gotowana głowa barania (tak, z oczami i językiem gotowymi do zjedzenia przez smakoszy lub żartownisi, jak moja szefowa, która nabijała gałke oczną na widelec i zjadała, by bawić się kosztem nowych pracowników - kochana kobieta!)
  • sviðasulta - salceson z łba baraniego
Idea wywodzi się z czasów dawnych, czasów domów z łodzi i przewiewnych chatek torfowych, gdy głód, bieda i przeszywający ziąb zaglądał w oczy wszystkiemu, co tu żyło. Z szacunku dla jedzenia przykładową owieczkę wysysano do kości, z wełny dziergano swetry i koce, a i kości nie wyrzucano - stawały się zabawkami dziecięcymi, szczególnie żuchwa z zębami. Trzeba oddać brodatym Wikingom i ich silnym małżonkom, że byli kreatywni w wymyślaniu potraw. I zabawek.

Ważny składnik wielu dań - serwatka. Szczątki zwierzęce w niej zaprawiane są właśnie istotnym elementem wystawnych posiłków w tym miesiącu.

Przewidywane napoje to oczywiście słynny brennivín, wysokoprocentowe "palące wino", tudzież poetyczna "czarna śmierć" (ach, ta propaganda), ekstrakt słodowy zmieszany z napojem pomarańczowym i specjalnie z tej okazji warzone piwo Þorri. Oba alkoholowe płyny do nabycia wyłącznie w Vínbúðin, jedynej sieci rozprowadzającej procenty na Wyspie. 

Ma ktoś ochotę na film? Polecam, boki można zrywać (choć to wszystko prawda!)

Mniam, mniam! Ktoś reflektuje?

PS. Pierwszy raz piszę taki post, jestem ciekawa, czy dla Was jest to równie egzotyczne, jak dla mnie. Pisać więcej o takich smaczkach?

7 października 2013

O rozczarowaniu i wybaczeniu, czyli kolejny post o BLW

Znajomi mówili, książki przekonywały i na zaprzyjaźnionym forum babki grzmiały, że dzięki dawaniu dziecku żarcia do łapki będzie ono jadło wszystko (plus milion innych plusów rzecz jasna, ale o tym sza). Przyklaskiwałam temu przez nieco dłużej niż pierwsze półrocze samodzielnego odżywiania mojego Ignasia. Jadł rzeczywiście wszystko z nieziemskim apetytem i we wstrząsających ilościach. Potem przyklaskiwałam nadal, czekając, aż "faza niejedzenia" się skończy, a niedawno cała ta euforia zaczęła mnie zwyczajnie wkurzać. wszak trzecie urodziny Wiesława tuż tuż, a "faza" nadal trwała. 

Po skończeniu roku zachwyt jedzeniem Ignasiowi zdecydowanie zelżał. Młody przeszedł na dietę autorską. Jadł, co następuje (kolejność nie jest przypadkowa):

6 października 2013

O... przygryzie

Razu pewnego, świeżo po obiedzie (z dokładką) Ignaś zgłosił error systemu w postaci głodu. Jechaliśmy właśnie połączyć dwie nieprzyjemne, acz pożyteczne rzeczy ze sobą (zakupy i płatne maltretowanie mojej nogi w celach naprawczych), więc obiecaliśmy Kiciusiowi, że będzie kanapka.

I była, choć musiał nieco poczekać. Nowatorskim posunięciem Kwiatowego Tatula było zamówienie wielkich, orkiszowych kanap z - tak jest! - salsą. Przeżyję ostre, choć nie pałam do ostrego miłością. Wolę czosnkowe. Ale salsa dla młodocianych? Obserwowaliśmy bieg wydarzeń i z początku nie działo się nic. Młody wcinał bułę i całą chrupiąca warzywami zawartość, ale gdzieś w połowie zacukał się, zaczerwienił na pyszczku, poprosił o picie, a w końcu skapitulował.

Potem zapłakał, że jeść. Głupio mieć wyjące o jedzenie dziecko i to w kawiarni, więc sprawca zamieszania z salsą poszedł zadośćuczynić dziecięciu poniesione straty w postaci połowy niejadalnej bułki i czerwonego rzuciku na buzi. Następna w kolejce była bułka z serem, w którą Igi natychmiast wgryzł się, wygłodzony (2 obiady!). Całość wyglądała tak smakowicie, że spytałam Potomka, czy mogę spróbować. Zgodził się ochoczo, jak to on i podał mi jedzenie.

Obejrzałam pieczywko ze wszystkich stron i już, już szykowałam się do odgryzienia kawałka brzegu ze sporą ilością chrupiącego sera, gdy Igi zakrzyknął:
- Z tej strony nie! Jedz tam, gdzie jest przygryz!
Z pewną niechęcią pogłębiłam "przygryz". Co robić, sama miewam mnóstwo wizji odnośnie własnego jedzenia, czego prawie nikt nie rozumie, to co będę Młodemu frajdę psuła ;-) Biedak, walczył potem, bo najwyraźniej postanowił przeorać bułkę przygryzami w jednej linii, ale jego chomiczkowe policzki nie mieściły w wąskim "przygryzie". 

To był chyba najbardziej irytujący posiłek w życiu Ignasia.

A ja? Co tu dużo mówić, jego słowotwórstwo napełnia mnie dumą :-)


5 października 2013

O Słodkich Sobotach raz jeszcze

No i wreszcie wyczekiwana sobota - najulubieńszy dzień Igusia (bo do szczęścia brakuje mu jedynie wizyty w przedszkolu). Imieniny Kota, czyli rytualny czas słodyczowego obżarstwa. Ostatnio wpadłam na nowy pomysł - wykładam całodzienny przydział na talerz, który dumny posiadacz może okupować już od samego rana i zaraz po śniadaniu zdecydować samodzielnie, kiedy wszystko zjeść. Na jedno posiedzenie? A może z przerwami? Wybór należy do Ignasia.

26 lutego 2013

Sobota - Imieniny Kota

A wiecie, co mamy w soboty? Przyswoilismy sobie praktyczny tutajszy zwyczaj - słodkości je sie tylko jednego dnia tygodnia. Im starszy sie robi nasz Igulek, tym bardziej mi go wszyscy pasą ciachami, szczególnie w gościnie. Trzeba było jakies reguły ustalić. Bałam się o jego zęby, o apetyt na wartościowe jedzonko i o kupona, tym bardziej że z zatwardzeniami nawykowymi woziliśmy się przez kilka miesięcy. Fakt, Igi nie jadł dużo słodyczy (ze mną spożycie jednej kostki czekolady zajmowało kilka dni, bo dostawał mikrokęsy i mimo tego fikał z radości, ale już Tati nie potrafił się powstrzymać), ale reguły potrzebne były nam, dorosłym. Bo kiedy ja ustalałam regułę jednego cukierka dziennie, to często okazywało się, że Igi dostawał jednego ode mnie, dwa od Taty i jeszcze coś w gościach. 
I tak oto tylko w soboty Zdzisinek dostaje SUODYYYYCZEEE. Rankiem rzuca się na świeżo ugotowane kakałko, potem często bywają lody lub jakieś ciasto. Najlepiej, wiadomo, własnej roboty.
Ostatnią sobotę spędzaliśmy w całości z Kwiatowym Tatą, który tak sobie wziął do serca Imieniny Kota, że posłodził kakałko, zapchał Stworka całym paskiem gorzkiej czekolady oraz zaoferował mu ogromną czekoladową muffinkę w sklepie. Potem w naszym kochanym "peczkolu" był balik i Ziutek skosztowal jabłecznika, a może nawet wszamał coś jeszcze, nie monitorowałam go aż tak bardzo, zeby wiedziaeć, co skapnęło mu ze stołu. 
W pewnym momencie na pytanie, czy napije się kakao, nasze dziecię, urodzony czekoladoholik, odpowiedziało "nie, dziekuję" i poszło sobie. 
Nastąpiło przesycenie. Słyszałam o tym stanie (no dobra, he he, sama go często doświadczałam i nadal mi się zdarza). Ale jeśli chodzi o Ignasia, to myślałam, że jest czekoladową studzienką bez dna. Okazało się, że wystarczy trochę tatokwiatkowej inicjatywy i słodycze będą nabierały właściwości wykrztuśnych.

O, o! I jeszcze cos mi się przypomniało! Jakie dziwaczne potrafią być dzieci. Bo mi Igul żebrze czasem o tran. I dziś złapałam się na tym, że sugeruję mu, że tran dostanie po naleśniku - czyżbym dokonywała kuszenia RYBIM OLEJEM?

A na koniec tej historyjki z morałem film, w którym wystepuje najrozkoszniejszy krokodyl, jakiego miałam okazję widzieć. Miałam go pokazać Igiemu, ale zapomniałam. Mimo wszystko idę o zakład, że jutro zakocha się ponownie w krokodylach. Bo jakby ktoś nie wiedział, to on jest teraz Oglomnym Potwolem i Potwól musi mówic ceść Potwól Mamooo.


23 listopada 2012

Jedzenie - najprościej jak się da

Mam nadzieję, że to już ostatni raz o żarełku sie rozpisuję. Tym razem jest to pisane z myślą o koleżance. I będzie o BLW - tu więcej zdjęć z naszej jedzeniowej przygody.
BLW, Bierz Lub Wywal, to nieskomplikowany sposób podawania jedzenia niemowlętom i toddlersom. Znajdzie zwolenników wśród tych, którzy:

  • lubią podnosić ciśnienie teściom ;-)
  • cenią swój czas 
  • cenią ciepły posiłek na talerzu i (co istotne) nadal ciepły w ustach
  • lubią prostotę
  • są skłonni zdrowo się odżywiać
  • chcą pozwolić na samodzielność dziecku
  • lubią wspólne posiłki i doceniają ich wagę w życiu rodzinnym
  • lubią zapewniać edukacyjne rozrywki dziecku
Na czym opiera się ten sposób odżywiania? To po prostu podawanie dziecku, od początku przygody z pokarmami stałymi, jedzenia w formie innej niż papki, słoiczkowe mazie i zawiesiste roztwory. W kawałkach, w całości, w słupkach. To wspólne jedzenie tych samych posiłków. To postawienie na samodzielność Małego Człowieka i wyzwanie dla rodzica w kwestii zaufania dziecku. To brak zmuszania, nakłaniania do jedzenia. To pełen szacunek dla tej Młodej Osoby, która najlepiej wie, czy jest głodna, czy nie, czy ma ochotę na chleb, czy jabłko, która czasem odczuwa ból brzucha lub zwyczajny brak apetytu. I szacunek dla umiejętności naszego dziecka - a brak wyręczania w czymś, co umie i może zrobić samo, jest doskonałym sposobem na to, by ten szacunek pokazać. To więcej czasu dla dziecka. I w pewien sposób "wymuszony" zdrowszy styl odżywiania całej rodziny.
Dodam jeszcze, że ten sposób, w autorsko zmodyfikowanej formie, pasował nam bardzo. Wyrażam sie o nim pozytywnie, co nie zmienia faktu, że jeśli ktoś nie ma ochoty na taki sposób odżywiania, nie zamierzam z tym polemizować :-)
Potrzebny sprzęt - przygotowujemy otoczenie:
- w wersji podstawowej nie potrzeba rzecz jasna niczego - wystarczą kolana rodzica i jego talerz, ewentualnie mniejsze sztućce (widelec deserowy, łyżeczka do herbaty)
- przydatny jest łatwy do umycia fotelik (my z powodzeniem korzystamy z najprostszego modelu pewnej skandynawskiej firmy), który można nawet wrzucić do wanny lub pod prysznic, jedzenie można wykładać wprost na tackę lub do odpowiednich naczyń
- przed dzieckiem można ustawić kubek z wodą (u nas doidy cup) i sztućce, których w pewnym momencie z pewnością zechce używać, naśladując nas
- śliniak, fartuszek, mata, worek lub nielubiane prześcieradło pod fotelikiem - a ja po prostu rozbierałam Ignasia do jedzenia, a po jedzeniu spłukiwałam go pod prysznicem, a otoczenie przecierałam ściereczką.

Wymogi - przygotowujemy siebie:
- przede wszystkim dużo spokoju, psychiczne przygotowanie się (szczególnie na odkrztuszanie)
- zapoznanie sie z zasadami pierwszej pomocy (na wszelki wypadek i dla większej pewności siebie)
- zaufanie dziecku w kwestiach doboru jedzenia, sposobu jedzenia, jego ilości,
- pozwolenie dziecku na samodzielne poznawanie świata
- dziecko je to, co my, zatem zwracamy uwagę na swoją dietę, unikamy cukru, soli, przypraw z solą, dodatków chemicznych, produktów gotowych, wysokoprzetworzonych, rafinowanych, smażenin, napojów sztucznych lub gotowych soków, herbaty, kawy itp.

Pierwsza pomoc - zapoznajemy się bezwzględnie:

Podstawowe zasady - czyli od strony praktycznej:
- pokarmy wprowadzamy po 6 miesiącu życia
- dziecko powinno siedzieć samodzielnie (nie zaleca się sadzania na siłę, więc niesiedzące maluchy można też położyć na brzuchu, a jedzenie położyć przed nimi, by mogły po nie swobodnie sięgać, ewentualnie na czas jedzenia podeprzeć bardzo dobrze w krzesełku lub na kolanach)
- podajemy jedzenie pokrojone w wygodne do uchwycenia kawałki, np. słupki
- dostosowujemy jedzenie do wieku malucha - jesli podamy 6-miesięczniakowi groszek, to wywołamy jego frustrację, a nie radość, za to kawałek chleba spotka się już z innym przyjęciem
- dyskretnie obserwujemy dziecko, szczególnie z początku, by przekonać się, jak radzi sobie z jedzeniem i jego odkrztuszaniem, 
- podczas posiłku przed dzieckiem powinny znaleźć się produkty ze wszystkich grup żywieniowych, by mogło spośród nich wybierać, oczywiście świat się nie zawali, gdy damy dziecku to, co akurat jest w kuchni, ale wybór jest bardzo ważny.

Nie trzeba:
- gotować dwóch osobnych obiadów tego samego dnia, przygotowywać osobnych śniadań, kolacji, przekąsek 
- rezygnować z własnego posiłku lub zjadać zimnego jedzenia. Jemy razem z dzieckiem, dzięki czemu spędzamy razem czas, a dziecko uczy się manier przy stole (choć przez pierwsze miesiące tego nie widać)
- sprawdzać w tabelach, jakie produkty można podawać dziecku (przy czym miód należy podawać po pierwszym roku życia, a grzyby, ho ho, dopiero w podstawówce) 
- zmuszać dziecka do jedzenia - jeśli mu zasmakuje i będzie głodne, z pewnością zje; jeśli nie je, być może nie ma na to ochoty lub jest uczulone na dany produkt
- nadmiernie pilnować odkrztuszającego dziecka, panikować, podbiegać do niego, strasząc je podczas każdego odruchu odkrztuszenia (należy za to, zwłaszcza z początku, spokojnie i uważnie je obserwować)
- podawać bezsmakowego jedzenia, unikać naturalnych przypraw, ziół.

Czego należy się spodziewać:
- twórczego nieładu, czyli produktu artystycznych zmagań z jedzeniem naszego dziecka
- radości z plaskania, zrzucania, rozgniatania, rozsmarowywania, oglądania, rozdrabniania, kruszenia, rozlewania, mieszania, smakowania, oblizywania, ciskania, wypluwania, wpychania sobie jedzenia do buzi dwoma łapkami, jedzenia zupy palcem, łapania, przesuwania...
- że jedzenie może stać się dla Małego Człowieka fascynującym zajęciem na godzinę lub dwie
- odkrztuszania, wyglądającego jak wymiotowanie lub wypluwanie z odruchem wymiotym lub kaszlem, wynikającego w większości przypadków wyłącznie z podrażnienia wrażliwego punktu w jamie ustnej odpowiadającego za ten odruch. Odruch ten z czasem zaniknie. Nie mylić z zadławieniem! 
- jedzenia dokładnie tego samego co mama - kwestia przetrwania. Dziecko przejawia ogromne zainteresowanie talerzem mamy i jego zawartością, bo jest to już pokarm "sprawdzony" przez najważniejszą osobę. Dawanie dziecku czegoś innego niż jemy może powodować jego niepokój lub po prostu ciekawość.

Czego można się spodziewać:
- do roku mleko jest najważniejszym pokarmem, dziecko może traktować jedzenie stałe wyłącznie jako zabawę, bardzo edukacyjną i twórczą, niekoniecznie jednak będzie dużo jadło
- odmawiania jedzenia. Jednorazowo lub na dłużej. W przypadku odmowy jednorazowej można naturalnie zaproponować coś innego, ale BLW opiera się na zaufaniu także w tej trudnej kwestii. U nas zawsze okazywało sie, że odmowa miała proste wytłumaczenie, gdy to zauważyłam, łatwiej mi było ufac Igiemu. Np. w pierwszym przedszkolu pani wciskała jedzenie na siłę, któregoś dnia Igi bardzo stanowczo odmawiał i nic nie zjadł, co mi zakomunikowała. Jeszcze tego samego dnia bardzo mocno wymiotował. Mój niespełna roczny syn rozsądnie podszedł do sprawy, nie chcąc nic jeść - sama zrobiłabym to samo. Gdyby ktoś kazał mi zjeść kanapkę na bolący żołądek, byłabym po prostu nieszczęśliwa.
W przypadku odmowy jedzenia przez dłuższy czas należy zdać się na własną intuicję, gdy podpowiada nam to ona - poradzić się lekarza.
- jeśli na stole postawimy sól i cukier, maggi itp. - dziecko także będzie chciało doprawiać sobie jedzenie na własnym talerzu
- "oszustwa" w stylu sprite w szklankach rodziców, a woda w szklance dziecka zostaną rozszyfrowane
- dziecko raczej nie zje czegoś, na co jest uczulone, a jesli zje i poczuje się gorzej lub wystąpi reakcja alergiczna, będzie samo odmawiało ponownego zjedzenia produktu, który mu zaszkodził
- "faz" na pewne jedzenie, czyli pomijania wszelkich produktów, oprócz jednego lub kilku konkretnych, my mieliśmy na przykład Rok Owsianki i Miesiąc Bananów.

Od siebie dodam na koniec, że trzeba mierzyć siły na zamiary. Gdy jesteśmy zmęczeni, a bałagan w otoczeniu zaczyna nas przerastać, czy może dokądś się spieszymy - może lepiej podać posiłek łyżeczką. Zdenerwowanie z powodu przedłużającego się posiłku, czy niechcianego dodatkowego nieładu nie będzie wpływało korzystnie na atmosferę podczas posiłku. Ja nie byłam "gotowa" na podawanie do samodzielnego jedzenia zup oraz kasz na mleku z takim trudem ściąganego.
Wspólne posiłki mają byc czystą przyjemnością z jedzenia i obcowania ze sobą.

Enjoy!


20 lipca 2012

O jedzeniu jeszcze raz

Każda wakacyjna wizyta w Polsce nastraja mnie refleksyjnie, jeśli chodzi o jedzenie.

Tegoroczny Przekrój czerwcowy: Wywiad z redaktorką naczelną miesięcznika (obym nie skłamała) Dziecko. "W Polsce trauma powojenna nadal trwa. Rodzice boją się, co się stanie, gdy dziecko nie zje posiłku. Młode mamy tracą mnóstwo energii na usiłowanie nakarmienia dziecka. Dzieci są w większości nakarmione i dobrze ubrane, a brak im "pożywienia" emocjonalnego" (to nie cytat, a jedynie podsumowanie fragmentu tekstu, który czytałam dwa miesiące temu). Moim zdaniem w wychodzeniu z tej traumy na pewno nie pomogły też PRL-owskie kolejki, puste półki, kartki, zdobywanie dóbr wszelakich. Wyobrażam sobie te niesamowite teraz dla nas troski rodziców o to, by włożyć coś do garnka i strach oraz rozczarowanie, gdy dziecko nie chciało jeść tego z trudem kupionego jedzenia.
Melchior Wańkowicz: "Cukier krzepi" - a niech go!
Moja Babcia: "To może ciasta? Nie? Przecież on ma już 7 miesięcy. Co ci przyjdzie z tego, że go tak sterylnie trzymasz?"
Ja rok temu w Polsce: "Gdzie mogę kupić zwykłą, naturalną, jednoskładnikową, niesłodzoną kaszę instant bez mleka modyfikowanego i owoców, czy innych dodatków?"
Koleżanka: "Moje dziecko nie je. Musimy je zmuszać, karzemy, gdy nie zje posiłku." Ja: "A co się stanie, jeśli mu po prostu pozwolisz nie jeść przez jakiś czas?" Koleżanka: "Zagłodzi się. Ona nigdy i niczego nie je, jeśli jej nie zmusimy."
Znajomi: "Dlaczego nie dajesz Ignasiowi (trzymiesięcznemu) herbatek i soczków?" W tej kwestii nic sie nie zmieniło. Igi oprócz mleka dostaje wodę i zbożówkę, jeśli chce.
Przyjaciółka: "Moje dziecko prawie nic nie je. Kolacja trwa kilkadziesiąt minut i talerz nie jest pusty" (ale osoba z otoczenia łatwo zauważy, że dziecko ma żołądek pełen przekąsek i nie jest w stanie poradzić sobie z kolejnym posiłkiem)
Fakt: Człowiek (także taki mały) ma żołądek o pojemności porównywalnej do swoich dwóch zaciśniętych pięści.
Znajomi: "Nasze dziecko nie zje nic, chyba że damy mu słodycze. Więc dajemy, inaczej byłaby katastrofa."
Fakt: Smaki słony i słodki uzależniają. Poza tym człowiek instynktownie wybiera bardziej kaloryczne jedzenie - "łatwiejszą" energię.
Fakt: Kubki smakowe odnawiają się po 10-14 dniach. Co oznacza, że po tym czasie mamy "nowy" smak - w ciągu dwóch tygodni można się odzwyczaić od smaku słodkiego, słonego, czy umami (5 smaku dodanego do 4 podstawowych, jest to smak np. zupek w proszku).
Ciekawy wywiad podpatrzony u Anuszki - wart przeczytania, oto link: http://zwierciadlo.pl/2012/bez-kategorii/usmiechnij-sie-siadamy-do-stolu
Scenka sprzed kilku miesięcy: Jedziemy samochodem na wycieczkę, pozwalamy sobie na odrobinę szaleństwa i kupujemy na stacji benzynowej ciacha w czekoladzie, słone i pikantne krakersy oraz batoniki zbożowe z czekoladą. Na widok zakupów Ignasiowi zaczynają świecić się oczy. Skąd on wie, co jest w tych szeleszczących opakowaniach, nie mam pojęcia! Skoro my jemy, to on też. Po ciasteczku, kilku krakersach i połowie batonika pije wodę do końca podróży. Przez 2 następne dni nie robi kupy.
Morał: Gdybym chciała, moje dziecko jednak by jadło. Ale nie zwykłe śniadania, obiady i kolacje, którymi w zasadzie gardzi, a rzeczy takie jak te powyżej. Ufam jednak, że on sam lepiej wie. I, jak pisałam w poprzednim poście jedzeniowym, nie martwię się, skoro jest radosny, rozwija się świetnie i wygląda kwitnąco :-)
Wiem i cały czas przypominam sobie, że niejedzenie to faza, która minie.

21 czerwca 2012

Żryj gadzino :-) (i duużo zdjęć na deser)

Dokumentacja spożycia najlepiej strzeżonej truskawy na świecie, od Dziadka Niedźwiedzia
U mnie, gdy szczenięciem byłam, wyglądało to tak: to jadłam NIC, to z kolei przetrwały z jakichś okresów wręcz legendarne historie na temat ilości tego, co potrafiłam podczas jednego posiłku w siebie wrzucić.
Ale wspomnienia z czasów przedszkolnych, szczególnie najwcześniejszych, są dla mnie traumą. Wyśmiewające mnie panie (bo płakałam za mamą, bo mało jadłam, bo nie potrafiłam zasnąć podczas leżakowania), bezbrzeżna nuda (musiałam siedzieć nad talerzem, dopóki nie otrzymałam pozwolenia, by wstać, czyli najczęściej wtedy, gdy inne dzieci wstawały z leżakowania. Zgaduję, że tkwiłam przy tym stoliku jak kołek, memłając zimne obiadki przynajmniej dwie godziny - wieeeeczność). To taka codzienność. Ale jedna scenka utkwiła mi w pamięci na zawsze - jadłam obiad, a na deser był budyń. Wiem, że nie przyjmowałam niczego w postaci smarków, więc kisiel i budyń były dla mnie nie do przełknięcia. Pani przedszkolanka zawołała Ważną Dyrektorkę na odsiecz. WD przyszła. I zaczęła mi ten budyń wpychać. A ja pamiętam, mimo że było to tyle lat temu, te odruchy wymiotne i myśli, że nie wolno mi puścić pawia na Panią Dyrektorkę, bo będzie jej przykro.

Teraz sobie myślę, że...