Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opinia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opinia. Pokaż wszystkie posty

22 grudnia 2014

O końcu karmienia nocą

Dziś chcę napisać o pewnym paradoksie - o tym, jak zakończenie karmienia może czasem karmienie uratować.
Ignaś miał wtedy kilka miesięcy, prawie pół roku. Jazda zaczęła się parę tygodni wcześniej. Dziecię budziło się nocą tak namiętnie, że przestaliśmy spać - te kilkuminutowe drzemki z wycieńczenia nie liczyły się jako pełnoprawny sen. Najdłuższy maraton to dwa tygodnie bez snu trwającego ciągiem choćby godzinę. Zapisaliśmy pierworodnego do przyszpitalnej Kliniki Snu. 

Żeby nie było wątpliwości, uważam, że karmienie nocne jest niezwykle istotne dla bliskości, kluczowe dla rozwoju mózgu. Wiem, że dziecko i jego żołądek nie potrzebują odpoczynku od wartościowego i lekkostrawnego jedzenia, jakim jest mleko mamy, bo jest to mit. Wiem, że budzenie się nocą w celach spożywczych nie jest szkodliwe dla dziecka. I wiem, że dziecko karmione piersią nie będzie z powodu podawania w nocy piersi cierpiało na próchnicę. Zainteresowanych tym tematem odsyłam do wiarygodnych artykułów: (KLIK) (KLIK). Idealnym wyjściem dla Ignasia byłoby, gdybym umiała spać karmiąc i była rano równie rześka jak on. Niestety, Igi potrafił budzić się tyle razy, że po 12 pobudkach w ciągu 6 godzin snu przestawałam zazwyczaj liczyć i zaokrąglałam ich ilość do tysiąca. Odstawiłam Igiego ze względu na siebie. Czułam, że musiałam to zrobić.

Odstawiłam go w nocy zdecydowanie za wcześnie.
Gdybym mogła cofnąć czas, spróbowałabym jakoś dotrwać do roku. Teraz uważam, że pół roku to zbyt szybko na odstawienie, choć w skrajnych przypadkach uznałabym to za nieprzekraczalne minimum wiekowe.

Zalecenia położnej z kliniki nie były z nurtu Rodzicielstwa Bliskości. Kluczowe było bowiem zostawienie płaczącego dziecka na minutę w pokoju, po czym powrót, uspokojenie i ponowne wyjście. Ja te zasady zmodyfikowałam pod siebie, jako że wypłakiwanie mi nie leży. Wiem zbyt dobrze, jak może zaszkodzić to dziecku. Pomogło. Około 2 miesięcy nasze życie nocne było istnym koszmarem. Spróbowaliśmy chyba wszystkiego. Sęk w tym, że ja, obudzona, nie potrafię już zasnąć. Zrobiło się to niebezpiecznie, osłabłam, zaczęła siadać mi psychika, osiągnęłam dramatyczny poziom zmęczenia, bałam się usiąść za kierownicą samochodu, by nie spowodować wypadku.

Co jest pewne, to to, że doświadczenie z Kliniką Snu spowodowało, że odstawiliśmy Ignasia od piersi nocą. To oznaczało dla mnie powrót do żywych. Tato Ignasia chodził przytomny do pracy. Ignaś zaczął budzić się znacznie rzadziej, by w koncu przejść do snu trwającego nieprzerwanie 10-12 godzin.

Zmodyfikowane zalecenia (bez szkodliwego wypłakiwania):
- przygotowanie się na płacz*, nawet 40-60 minut ciągiem,
- mówienie dziecku przed odstawieniem, w tym samym dniu, że nocą dostanie wodę, ale nie będzie piersi (TAK, NAWET PÓŁROCZNEMU MÓWIMY - najwyżej nie zrozumie)**,
- zorganizowanie się - przeprowadzenie odstawiania np. w weekend, kiedy 1 rodzic może działać nocą, a potem odsypiać w dzień. Odstawianie najprawdopodobniej będzie trwać 2-3 dni,
- podanie kolacji w przypadku dziecka jedzącego już posiłki stałe (ale z tym czekamy oczywiście do ukończenia pół roku lub nawet dłużej, jeśli dziecko czekania potrzebuje), 
- nakarmienie dziecka z piersi przed snem (po pierwszej proponujemy drugą),
- gdy dziecko się obudzi, podajemy wodę,
- pierwotne zalecenie to uspokajanie przez rodzica bez mlecznych piersi. Moim zdaniem występowanie mleka w piersiach nie ma tu znaczenia***.

Odstawianie w nocy nie jest aż takie straszne, jak się może wydawać. Grunt to nasze wewnętrzne przekonanie, że tego chcemy. Pomaga także w innym podejściu do płaczu - nie pełnym bezsilności i bezsensownej szamotaniny, a dojrzałym, zorientowanym na pomoc. W sumie dość bierną, ale nadal pomoc. Nie robimy tego, czego dziecko chce. Podejmujemy decyzję i pomagamy mu z radzeniem sobie z emocjami. Płaczu, wbrew pozorom, nie ma aż tak dużo. Dziecko uspokaja się, czując nasz spokój.

Gdy odstawiasz:
- podawaj wodę
- tul, głaszcz
- mów do dziecka, ale krótko - gdy płacze, usłyszy jedynie krótkie hasła; u nas było to np. "Mleko śpi", "Możesz napić się wody", "Jest ci źle" czy cokolwiek, co było nazwaniem emocji malucha
- przypominaj, że mleko będzie rano
- pamietaj, że Twoje opanowanie i trzymanie sie swojej decyzji jest oparciem dla dziecka
- pamiętaj, że gdy dbasz o siebie, uczysz tego samego swojego dziecka
- jeśli musisz, wyjdź, odetchnij, wróć - 10 oddechów działa czasem cuda.

Zanim odstawisz od piersi spróbuj:
- karmić dziecko śpiąc
- spać w dzień (wykorzystuj drzemki dziecka!)
- kłaść się wcześniej spać
- spać z dzieckiem, jeśli nie praktykowałaś tego wcześniej - obecność rodzica może wpłynąć kojąco na jakość snu malucha 
- obniżyć standardy w domu - nieumyte naczynia nie są aż tak ważne jak Twój sen
- zadbać o zdrową, zróżnicowaną, pełnowartościową dietę
- pić dużo wody i melisy
- prosić o pomoc partnera, rodziców, przyjaciół (wyręczenie w obowiązkach domowych lub zabranie dziecka na spacer, gdy Ty w tym czasie możesz uciąć sobie drzemkę mogą baardzo pomóc)
- spotykać się z innymi dorosłymi, których towarzystwo działa na nas pozytywnie
- zadbać o ruch, najlepiej na świeżym powietrzu
- przekonać się, że nocne pobudki to nic aż tak dziwnego, o czym można przeczytać tutaj (KLIK)
- uświadomić sobie, jak ważne dla dziecka jest nocne mleko, a o tym tu (KLIK)
- postarać się o trochę czasu dla siebie.

Wielokrotnie spotkałam się z opinią mówiącą, że skoro mama jest skrajnie przemęczona, powinna dziecko odstawić od piersi. Całkowicie, bo inaczej się nie da. Opinie takie głoszą nawet niektórzy lekarze. Nic bardziej mylnego.

Odstawiałam od piersi niezliczoną ilość razy. To dlatego, że Igi dostawał dyspensę na pierś nocą, gdy chorował. A przecież zaczęło się chodzenie do niani, do przedszkola - a to oznacza infekcje. Stąd uważam się za ekspertkę w tej dziedzinie. Odstawienie nocne po pierwszych trzech razach budziło już we mnie zerowe emocje. Stało się codziennością taką, jak podawanie jedzenia i zmienianie pieluch. Nigdy już nie trwało 3 dni, raczej były to 1-2 pobudki pierwszej nocy. Robiłam ze sporą nadzieją kilka podejść do powrotu do nocnego karmienia, ale zawsze kończyło sie tak samo. Z dwóch karmień Igi płynnie wskakiwał na setki. 

Nie polecam odstawiania dziecka nocą dlatego, że tak się robiło 30 lat temu, z obawy przed próchnicą, z chęci kształtowania "prawidłowych nawyków żywieniowych", dania żołądkowi odpoczynku. Polecam odstawienie dziecka od piersi nocą w stanie niebezpiecznego zmęczenia, gdy wszystko inne już zawiodło, gdy przeszłyśmy badania (morfologia, ft3 i ft4, ferrytyna, witamina D, magnez, potas), gdy wykluczona została depresja. 

Dlaczego jestem przeciwniczką całkowitego odstawienia od piersi? Im dłużej karmisz piersią, tym lepiej - i dla dziecka, i dla Ciebie! Karmimy wyłącznie mlekiem z piersi przez pierwsze półrocze życia. Potem łagodnie wprowadzamy posiłki stałe tak, by mleko stanowiło 80-90% diety maluszka. WHO zaleca karmienie piersią minimum do 2 lat lub dłużej, gdy mama i dziecko tego chcą. Karmienie piersią m.in. obniża szansę na zachorowanie na raka piersi czy osteoporozę. Dlaczego jestem przeciwniczką cierpietniczego podejścia do macierzyństwa? Bo same wiemy, kiedy przekroczyłysmy granice normalnego funkcjonowania. Gdy życie traci ostatnie oznaki normalności, trzeba wreszcie sobie pomóc. Czasem oznacza to pewien minus dla dziecka (brak wartościowego mleka nocą), ale odstawienie prawdopodobnie mniejszą liczbę pobudek, a to z kolei daje dziecku opiekę bardziej wyspanej mamy.



* Tak, płacz. Dlaczego piszę, że "bez wypłakiwania", a tu nagle płacz? Otóż dlatego, że płacz płaczowi nierówny. Gdy rodzic aktywnie uczestniczy w trudnych emocjach dziecka, to nie możemy mówić o wypłakiwaniu. Małe dzieci płaczem się komunikują, stąd zawsze pojawi się ten element komunikacji i ekspresji - to od nas, rodziców, zależy, co z tego wyniesie dziecko. Czy poczucie, że rodzice mają je w nosie, strach, osamotnienie, złość, czy może uczucie bycia wspieranym, rozumianym przez dorosłego.

** Mówilismy prosto, że gdy Igi obudzi się w nocy, nie dostanie mleka, za to będzie tyle wody ile dusza zapragnie. Mówiliśmy mu, że będziemy go tulić aż zaśnie. I będziemy przy nim, jeśli będzie mu źle.

*** Mimo mlecznych piersi zaczęłam odstawiać Ignasia sama. Ponieważ miałam więcej cierpliwości niż Kwiatowy Tato, szło mi to lepiej i wszyscy byli zadowoleni z podziału ról.


2 października 2014

Katastrofa... (Post jedzeniowy. Czy ja już tylko o jedzeniu piszę?)

Wielokrotnie rozpływałam się nad naszym obecnym "przedszkolkiem". Pal sześć plastikowe zabawki, to miejsce promnieniuje pozytywną energią i zaraża nią rodziców i dzieci. Jest jednak jeden wielki minus tej placówki. Jedzenie.
Jako rodzina wege (wyłączając ryby) z inklinacją do vegan, zwracamy ogromną uwagę na jakość posiłków, a szczególnie na produkty, z których je przygotowujemy.

I tu zaczyna zgrzytać.

Oto moje obserwacje odnośnie diety przedszkolnej:
- śniadanie: płatki kukurydziane lub kółeczka, zalane zimnym mlekiem (norma na Islandii), woda do picia
- przekąska: owoce do wyboru
- obiad: oferowane posiłki są bardzo słone, czuć w nich niepowtarzalny aromat glutaminianu sodu, część podawanych potraw jest już gotowych, np. zupy; do picia woda i mleko
- podwieczorek: gąbczasty, kupny chleb tostowy z masłem i serem lub szynką, mleko do picia.

Na śniadanie kiedyś dawano dzieciom wybór - kółeczka lub owsiankę, co było o tyle fajne, że zawsze była jakaś szansa, że któreś dziecko wybierze zdrowszą opcję, a nie wysokoprzetworzony, lekko (chociaż coś...) słodzony produkt podany na zimno, co jest szokiem dla każdego żołądka od rana.
Owoców na drugie śniadanie jest dużo i są różnorodne. Dzieci jedzą je bardzo chętnie. Plus.
Podwieczorek jest dla mnie solą w oku ze względu na wstrętny chleb (i z pewnością nie mniej wstrętną wędlinę, bo ilość syfu, który można upchnąć w plasterek szynki przechodzi ludzkie pojęcie, nas to jednak nie dotyczy). Ta chlebopodobna gąbka niczym nie przypomina aromatycznych bochenków z czasów dzieciństwa, które przynosiło się z piekarni jeszcze gorące i które swoim zapachem kusiły z daleka i mało kto był sie im w stanie oprzeć w czasie drogi do domu. Staram się zapewnić Ignasiowi podobne zapachowe wspomnienia i piekę chleb w domu. Wielu ludzi uważa mnie przez to za udręczoną bohaterkę, To nie żaden heroiczny akt, tylko wymieszanie mąki, wody drożdży (lub zakwasu) i soli oraz wstawienie do pieca. To mniej niż 5 minut pracy. Zgadnijcie, czy kupny chleb z wora ma tylko 4 składniki? 

Hm.

Najbardziej przerażające są obiady - przesolone i sztucznie doprawione, z nudnymi, powtarzalnymi surówkami lub warzywami prosto z puszki. Ktoś, kto masakruje cudowną, islandzką rybę toną soli i przyprawą na bazie glutaminianu lub wlewa do wazy zupę grzybową z paczki, która jedynie wygląda jak grzybowa, a smakuje jak beżowe maggi - ten ktoś musi nienawidzic gotować i nie znosić jedzenia. I osób, którym takie jedzenie serwuje.

Nie odpowiadają mi również horrendalne ilości mleka wypijane przez dzieci. Na szczęście to zostało załatwione moją prośbą o podawanie Ignaśkowi mleka roślinnego.

Obiady są gotowane w stołówce dla prawie setki dzieci ze szkoły, trzydzieściorga z przedszkola oraz wszystkich poracowników, którzy sprawiają wrażenie bardzo zadowolonych z menu. Jest to dla mnie absolutnie niezrozumiałe.

Szkoda, że wszyscy są zadowoleni i próba zmiany stanu rzeczy byłaby walką z wiatrakami.
A jak jest u Was? I jakie macie podejście?
W przygotowaniu kolejny tekst jedzeniowy.



27 listopada 2013

Czego uczy mnie moje dziecko

Dużo mówi się na temat wychowania. A konkretnie - o tym, że dzieci należy wychowywać. 
Wiecie co? Im dłużej przyglądam się młodzieży - i to nieważne, czy młodzież ta ma 2 miesiące czy 2 lata - tym bardziej dochodzę do wniosku, że to my, dorośli, powinniśmy wielu rzeczy się od naszych malców nauczyć. A właściwie - przypomnieć sobie, jak to było kiedyś... Po namyśle stwierdzam, że chętnie przejęłabym parę zachowań i cech Ignasia. Których?


  • Pracowitość (i dzika radość z pracy połączona z niezmordowaniem) - każda zabawa to tak naprawdę praca. Mały Naukowiec rozkłada na części pierwsze, obserwuje, eksperymentuje, doświadcza, myśli "outside the box". Fascynuje go wszystko i ciągle. Pracę zaczyna w momencie otwarcia oczu, kończy ich zmrużeniem do snu. Który dorosły ma siły na tak długi dzień aktywności zawodowej? Mało tego, nas otoczenie praktycznie nie interesuje. Dzieci obserwują je z rosnącą, a nie malejącą ciekawością, zadaja milion wnikliwych pytań.
  • Wyobraźnia, innowacyjność, nowatorstwo - Młodym nie jest potrzebna instrukcja obsługi. Chyba że do podarcia, zbudowania samolotu lub zrobienia wycinanki. Przedmioty znajdują w małych rękach tak niesamowite zastosowania, są tak ciekawie łączone, że nic tylko usiąść, popatrzeć, pouczyć się.
  • "Wiem, czego chcę", czyli stuprocentowe nastawienie na zaspokojenie swoich potrzeb. Rewelacja! My, dorośli, pędzimy przez rzeczywistość, a nasz zdrowy egocentryzm hamowany jest przez milion czynników. Igi po wstaniu pędzi do książki, choć chce mu się siku. Ale praca jest ważniejsza! Nie przytuli obcej osoby. Nie porozmawia z babcią, gdy właśnie odkrył nową zabawę, choć sprawi jej to przykrość. Zastanawiam się, kiedy zaczynamy zatracać wiedzę, o tym, czego naprawdę chcemy i kiedy priorytety układają nam się tak, że nudne siku jest ważniejsze od nowej książki.
  • Stanowcza odmowa - nie można tego jeszcze nazwać asertywnością, bo i elementy agresji mogą się zdarzyć, i niebranie pod uwage potrzeb innych. Dzieci (przynajmniej te młodsze) rzadko bywają jak dorośli ograniczone obawą przed zranieniem innych, chęcią ich zadowolenia itp. Po prostu nie robią tego, czego nie chcą. Kropka.
  • Nieskrępowana wolność. Wolność słowa, wolność śpiewu, tańca, rysowania czego się chce i jak się chce. Wolność fikania, dziczenia, kwiczenia, a także drapania się w pośladek. Olewania próśb, gróźb i poleceń. Któraś dziewczyna (jejku, nie pamiętam!) napisała obłędny przykład. Przypomnij sobie sytuację, w której chcesz czegoś od swojego dziecka, a ono zlewa cię ciepłym moczem, odbiega w dziwacznych podskokach, pokwikuje, chwyta się z pośladki i wywala język. Przypomnij sobie, co wtedy czułaś. A nastepnie zamień osoby. Na miejscu dziecka postaw siebie, a na swoim - szefa, który daje ci nieciekawe zadanie. Ole! 
  • Drapanie się w pośladek podsumowuje brak wstydu - w pewnych aspektach. O ile łatwiejsze jest życie, gdy z takim drapaniem nie trzeba się kryć. Że nie wspomnę o innych "wstydliwych czynnościach". Ale wstyd też jest. Tam, gdzie zasady savoir-vivre'u mają jeszcze małe znaczenie, człowiekowi wolno być niepewnym i nieufnym wobec obcych, schować się za mamą lub fotelem, by ocenić, poobserwować, przyzwyczaić się, przełamać lody lub nie. To takie podążanie za instynktem i intuicją. Dzieci nie czują potrzeby bycia miłymi, gdy tego nie chcą ani nawiązywania kontaktów wbrew sobie. 
  • Błyskawiczne załatwianie spraw i brak wyrachowania. Kolega zabrał mi auto? Dostaje za to natychmiast w łeb i nieważne jest to, że ma kupę odjechanych zabawek, którymi jego mama, obrażona za cios nie pozwoli mi się bawić ;-) Zresztą i tak za 3 minuty pogodzimy się, by za kwadrans pobić ponownie. Po prostu emocje.
  • Wolność na talerzu. To nie tak, że zjadamy wszystko co do okruszka i to dokładnie to, co zostało na stole postawione przez kogoś innego. Tu rządzi żołądek, który mówi kiedy, co i ile zjeść. I często nijak się to ma do planu dnia dorosłych. To samo ma się do spania.
  • Wewnątrzsterowalność - oceny innych mają na dzieci taki wpływ, jak kasztany na produkcjęlampek choinkowych. Dzięki temu Młodzi zaskakują zabawami, niesamowitymi zestawieniami ubrań i dodatków, czy chodzeniem dwa kroki w bok, trzy do tyłu i podskok. Tańczą tak, jak gra im w uszach melodia i nie widzą krzywych spojrzeń, nie wiedzą, co to ocena i krytyka. Oczywiście do czasu, niestety.
  • Wiara w siebie. Maluchy przychodzą na świat umiejąc zaskakująco niewiele. Do wszystkiego dochodzą same ciężką pracą i ciągłymi ćwiczeniami. Świat stoi przed nimi otworem, mogą wszystko! Marzenia to dla nich chleb powszedni, a nie niepotrzebne mrzonki.
Dzieci uśmiechają się podobno około 400 razy na dobę. Ciekawe, jaki ma to związek z tą moją wyliczanką? :-)

Ja chyba za bardzo w wychowanie nie wierzę. Często wychowanie jawi mi się jako temperowanie, zabijanie chęci działania, ustawianie według innych, nauka zapominania o sobie, nauka sztampowego myślenia, a w najgorszym razie (fakt, to żadne "wychowywanie" nie jest) - związane jest z krytyką, wylewaniem zimnego kubła wody na głowę, bolesną oceną, wyśmiewaniem marzeń.

Wierzę zdecydowanie w dawanie przykładu. Wierzę również, że moją własną jakość życia bardzo podniosłoby takie "dziecięce" podejście do wielu spraw. I dużo rozmyślam nad tym co zrobić, by przynajmniej część z wymienionych cech pomóc Ignasiowi zachować :-)

Widzę, że moja akceptacja jego potrzeb i zachowań powoduje, że chce mu się podchodzić do nas emaptycznie i respektuje nasze potrzeby nawet chętnie. (Oprócz wycia, moja potrzeba spokoju jest od lat niezaspokojona i to bez jakichs świetlanych widoków na przyszłość... ;-) I to jest budujące, bo zawsze gdzieś tam czai się obawa o wychowanie tyrana i egocentryka, gdy mówimy o zaspokajaniu potrzeb dziecka. Więc komunikujmy swoje potrzeby! Mówmy o nich, żeby mogły byc przez małolata zauważone i wzięte pod uwagę! 

Mission accomplished? Pogadamy za paręnaście lat ;-)

Chętnie poczytam, czego Was uczą Wasze dzieci (a może przeciwnie, nie uczą?) i jakie zdanie macie na ten temat.

A zbaczając z tematu - jeszcze tylko kilka dni macie na zgłoszenie chęci przygarnięcia kocyka!
Wystarczy podać ciekawą zimową zabawę z "ciepłem" jako motywem przewodnim! Czas ucieka...


22 października 2013

Jak uniknąć robienia i czytania rankingów wkładek laktacyjnych

Ostatnio Ania JM przypomniała mi o mojej niesłowności. Sto lat temu obiecałam jej, że napiszę parę słów o pewnym cudownym sposobie. I nic z tego, zapomniałam.
A o co chodzi?
O to, że bywam leniwa i lubię ułatwiać sobie życie. Tak w skrócie. Oczywiście, można to nazwać - i wtedy brzmi to o wiele lepiej - praktycznością i ekonomicznością.

Nie lubię też wyrzucać pieniędzy do śmietnika, wolę powoli wlewać je do ścieku ;-) Pierwszym moim pomysłem na poradzenie sobie z przeciekami był zakup wielorazowych wkładek laktacyjnych. Jednorazówki się do nich rzeczywiście nie umywają, nie tylko cenowo, ale i jeśli chodzi o komfort noszenia. Wielorazówki oddychają i są jak mercedes z klimą jadący obok malucha.

Na "szczęście" w pierwszych dniach karmienia dopadła mnie piersiowa dolegliwość, więc poszłam do poradni laktacyjnej. Pani pomogła mi w moim problemie oraz - kilku innych. Między innymi pokazała mi... jak zaprogramować piersi na niekapanie. Pozbycie się wkładek zajęło mi jakieś 3 tygodnie.

Nie muszę chyba opisywać, jak cudownie jest karmić, gdzie się tylko człowiekowi podoba i nie musieć się martwić plamami na ubraniu. Mnie te wycieki strasznie krępowały

2 sposoby na zapobieżenie wyciekom mleka:

  1. sposób pierwszy - podczas karmienia dziecka drugą pierś przykrywamy całą dłonią. Nacisk powinien być lekki, ale odczuwalny. Sutek powinien znajdować się we wnętrzu dłoni.
  2. sposób drugi - to ten, który stosowałam, więc mogę potwierdzić, że skutkuje znakomicie. Zaczynamy karmić, a sutek drugiej piersi przyciskamy lekko palcem wskazującym. Niezbyt mocno, ale tak, by brodawka zrównała się z linią piersi. Odczekujemy w tej pozycji chwilę, po czym powoli zwalniamy palec w określony sposób - od góry. Tym sposobem górna część sutka będzie odkryta szybciej, a dolna - na samym końcu. Jest to niezwykle proste, choć trudniejsze do dokładnego opisania. Najłatwiej chyba zobrazować mi to pozycją paznokcia. Z początku jest on ustawiony prostopadle w kierunku podłogi (przy karmieniu w pozycji siedzącej), następnie, gdy zaczynamy zwalniać palec, paznokieć zmienia z wolna pozycję aż do poziomej w stosunku do podłogi - do odsłonięcia całego sutka. Operację powtarzać do skutku przy każdym karmieniu, nawet po kilka razy, o ile mleko nadal wycieka. 
Wyczytałam gdzieś, że jedna z firm oferuje wkładki silikonowe, które tamują wypływ mleka przez ucisk. No to mam dobrą wiadomość dla wszystkich zainteresowanych tym wynalazkiem, jak i dla dziewczyn męczących się ze zwykłymi wkładkami: można to zrobić za 0zł i bez zanieczyszczania środowiska kolejnymi odpadami.



19 czerwca 2013

Zabawki i nie tylko

Muszę dodać do wypowiedzi mojej imienniczki, a obecnie współlokatorki i partnerki w rozmowach swoje 3 grosze. Ania napisała tak: link "Dla ciebie wszystko".

Kiedy myślę o swoim dzieciństwie, widzę mało sprzętów technicznych, stosunkowo mało zabawek - takie czasy, za to co pamiętam, to albo czas z Babcią (gotowanie, ogródek, zakupy), Dziadkiem (warsztat stolarski, ogród, spacery, czytanie), z rodzicami kojarzę głównie wakacje, czyli wyjazdy, wypady, wycieczki - nie przelewało nam się, ale jeździliśmy po Polsce, a czasem nawet za granicę. Najchętniej bawiłam się u Dziadka w warsztacie, gdzie wolno mi było rysować na drewnie, wiercić, wbijać gwoździe, bawić się magnesem. Uwielbiałam rysować, Babunia uczyła mnie szydełkować i robić na drutach, poza tym byłam ciągle w ruchu - zimą sanki, latem rower z kolegami. Gdy Dziadek nie pracował w warsztacie, zajmował się ogrodem, a najchętniej swoimi ulami, Babunia oporządzała kury. I to wszystko w środku niemałego miasta :) Z drugimi Dziadkami jeździłam na grzyby i jagody oraz na fantazyjne wakacje - mikrodomki lub wagon kolejowy przekształcony w wakacyjne mieszkanko. Niestety miałam zakaz chodzenia z Dziadkiem na ryby, gdyż wypuszczałam mu wszystkie zdobycze pochlipując w rękaw z żałości nad ich losem.

Miałam Barbie i Fleur, miałam świetny zestaw Lego, doskonałe kredki. Fleur miałam tylko dlatego, że nasz durny pies pogryzł ją koleżance, więc zepsuta została u mnie, a na nową z Baltony zbieraliśmy nie wiem jak długo, by pokrzywdzonej dziewczynce oddać... Nie miałam akcesoriów dla Barbie, ale za to Babcia szyła mi dla niej ubrania, jakich w sklepie nie można było dostać. Miałam też świetne zabawki zrobione przez Dziadka - najszybsze w okolicy sanki na giętych płozach, jeszcze po moim Ojcu; wózeczek na kiju, kołyskę dla lalki, którą mama pomalowała w ludowe wzory ( świetnie nadawała się dla kota, bo kto by się bawił lalkami, gdy zarąbisty, najwłaśniejszy kot na podorędziu), miałam też wózek dla lalki, w którym naturalnie woziłam kota. Miałam mnóstwo książek. Grałam na pianinie, pływałam, uczyłam się angielskiego, chodziłam na świetne zajęcia z plastyki. Miałam kupę czasu dla siebie.

Czy chcę "dać mojemu dziecku wszystko", "zrekompensować" mu to, czego mnie brakowało? Ani trochę. Mamy mało zabawek. Nie toleruję plastików, jeśli już to drewno. Neguję wszelkie gadżety. Niepohamowanie kupuję tylko książki. Ignaś najlepiej bawi się przedmiotami codziennego użytku i uwielbia czytać. Uważam, podobnie jak Ania, że zabawki, gotowe przedmioty rzekomo edukacyjne ograniczają wyobraźnię. Bo co można zrobić z gotowym telefonem, jak tylko bawić się nim w dzwonienie?
Kupowanie dziecku bardzo wielu rzeczy, o czym rozmawiałyśmy z Anią, ma wiele skutków. Dzieci są szczęśliwe, bo dostają to, czego chcą, rodzice cieszą się, widząc radość swych pociech. Ale... Dzieci nie są w stanie ogarnąć tego, co mają. W moim odczuciu tak tworzy się konsumpcyjne postawy u najmłodszych. Poza tym dla mnie najważniejszą chyba rzeczą jest to, że kupowanie wszystkiego ograbia dzieci z marzeń. Bo o czym marzyć, czego pragnąć, gdy już się wszystko ma? To dla mnie strasznie ponura wizja... Było coś wspaniałego w marzeniach z dawnych czasów - żeby mieć piękny strój kąpielowy, wyśniony atlas, czy odjechany rower. Teraz "wypada" dać dziecku komputer z okazji chrztu, kłada i tablet na komunię oraz samochód lub kilka tysięcy na osiemnastkę. Okrutnie smutne.

Zatem, czy chcę dać Ignasiowi to, czego mi w dzieciństwie brakowało? Brakowało mi lepszego roweru i domku dla Barbie, komputera i gier i paru innych rzeczy. Ale wcale nie uważam, bym ucierpiała bez tych rzeczy. Przeciwnie. Chodziliśmy do kolegi, bo miał na ogrodzie huśtawkę, rowerami się wymienialiśmy, a domkiem Barbie bawiłam się u koleżanki. Mam za to furę rewelacyjnych wspomnień i zdjęć. Chciałabym, żeby miał podobnie. Nie boję się z nim iść do sklepu, choć wyje o wszystko, by mu to kupić. Uważam to za cenną lekcję i konsekwentnie nie kupuję byle czego. Nie chcę mu kupować klocków, które go mocno jarają, a które są w każdej poczekalni w dziecięcym kąciku. Pomimo tego, jak bardzo lubi się nimi bawić. Bo... Co będzie robił w poczekalniach, gdy te klocki spowszednieją mu w domu?

Może jestem niedzisiejsza, za bardzo zapadły mi musierowiczowskie ideały, łykane nocami przy świetle lampki, ale... Zaryzykuję! Ignaś Doświadczalny w domowym laboratorium pod lupą :)


30 maja 2013

Przedszkole za granicą

Jeśli ktoś ma ochotę poczytać o naszej zagranicznej drodze przedszkolnej - czyli od psychiatryka do bardzo słodkiego miejsca, zapraszam do czytania na blogu Olgi, mój jest ostatnim z  serii artykułów o wczesnej edukacji dzieciaczków poza granicami naszego kraju.



23 listopada 2012

Jedzenie - najprościej jak się da

Mam nadzieję, że to już ostatni raz o żarełku sie rozpisuję. Tym razem jest to pisane z myślą o koleżance. I będzie o BLW - tu więcej zdjęć z naszej jedzeniowej przygody.
BLW, Bierz Lub Wywal, to nieskomplikowany sposób podawania jedzenia niemowlętom i toddlersom. Znajdzie zwolenników wśród tych, którzy:

  • lubią podnosić ciśnienie teściom ;-)
  • cenią swój czas 
  • cenią ciepły posiłek na talerzu i (co istotne) nadal ciepły w ustach
  • lubią prostotę
  • są skłonni zdrowo się odżywiać
  • chcą pozwolić na samodzielność dziecku
  • lubią wspólne posiłki i doceniają ich wagę w życiu rodzinnym
  • lubią zapewniać edukacyjne rozrywki dziecku
Na czym opiera się ten sposób odżywiania? To po prostu podawanie dziecku, od początku przygody z pokarmami stałymi, jedzenia w formie innej niż papki, słoiczkowe mazie i zawiesiste roztwory. W kawałkach, w całości, w słupkach. To wspólne jedzenie tych samych posiłków. To postawienie na samodzielność Małego Człowieka i wyzwanie dla rodzica w kwestii zaufania dziecku. To brak zmuszania, nakłaniania do jedzenia. To pełen szacunek dla tej Młodej Osoby, która najlepiej wie, czy jest głodna, czy nie, czy ma ochotę na chleb, czy jabłko, która czasem odczuwa ból brzucha lub zwyczajny brak apetytu. I szacunek dla umiejętności naszego dziecka - a brak wyręczania w czymś, co umie i może zrobić samo, jest doskonałym sposobem na to, by ten szacunek pokazać. To więcej czasu dla dziecka. I w pewien sposób "wymuszony" zdrowszy styl odżywiania całej rodziny.
Dodam jeszcze, że ten sposób, w autorsko zmodyfikowanej formie, pasował nam bardzo. Wyrażam sie o nim pozytywnie, co nie zmienia faktu, że jeśli ktoś nie ma ochoty na taki sposób odżywiania, nie zamierzam z tym polemizować :-)
Potrzebny sprzęt - przygotowujemy otoczenie:
- w wersji podstawowej nie potrzeba rzecz jasna niczego - wystarczą kolana rodzica i jego talerz, ewentualnie mniejsze sztućce (widelec deserowy, łyżeczka do herbaty)
- przydatny jest łatwy do umycia fotelik (my z powodzeniem korzystamy z najprostszego modelu pewnej skandynawskiej firmy), który można nawet wrzucić do wanny lub pod prysznic, jedzenie można wykładać wprost na tackę lub do odpowiednich naczyń
- przed dzieckiem można ustawić kubek z wodą (u nas doidy cup) i sztućce, których w pewnym momencie z pewnością zechce używać, naśladując nas
- śliniak, fartuszek, mata, worek lub nielubiane prześcieradło pod fotelikiem - a ja po prostu rozbierałam Ignasia do jedzenia, a po jedzeniu spłukiwałam go pod prysznicem, a otoczenie przecierałam ściereczką.

Wymogi - przygotowujemy siebie:
- przede wszystkim dużo spokoju, psychiczne przygotowanie się (szczególnie na odkrztuszanie)
- zapoznanie sie z zasadami pierwszej pomocy (na wszelki wypadek i dla większej pewności siebie)
- zaufanie dziecku w kwestiach doboru jedzenia, sposobu jedzenia, jego ilości,
- pozwolenie dziecku na samodzielne poznawanie świata
- dziecko je to, co my, zatem zwracamy uwagę na swoją dietę, unikamy cukru, soli, przypraw z solą, dodatków chemicznych, produktów gotowych, wysokoprzetworzonych, rafinowanych, smażenin, napojów sztucznych lub gotowych soków, herbaty, kawy itp.

Pierwsza pomoc - zapoznajemy się bezwzględnie:

Podstawowe zasady - czyli od strony praktycznej:
- pokarmy wprowadzamy po 6 miesiącu życia
- dziecko powinno siedzieć samodzielnie (nie zaleca się sadzania na siłę, więc niesiedzące maluchy można też położyć na brzuchu, a jedzenie położyć przed nimi, by mogły po nie swobodnie sięgać, ewentualnie na czas jedzenia podeprzeć bardzo dobrze w krzesełku lub na kolanach)
- podajemy jedzenie pokrojone w wygodne do uchwycenia kawałki, np. słupki
- dostosowujemy jedzenie do wieku malucha - jesli podamy 6-miesięczniakowi groszek, to wywołamy jego frustrację, a nie radość, za to kawałek chleba spotka się już z innym przyjęciem
- dyskretnie obserwujemy dziecko, szczególnie z początku, by przekonać się, jak radzi sobie z jedzeniem i jego odkrztuszaniem, 
- podczas posiłku przed dzieckiem powinny znaleźć się produkty ze wszystkich grup żywieniowych, by mogło spośród nich wybierać, oczywiście świat się nie zawali, gdy damy dziecku to, co akurat jest w kuchni, ale wybór jest bardzo ważny.

Nie trzeba:
- gotować dwóch osobnych obiadów tego samego dnia, przygotowywać osobnych śniadań, kolacji, przekąsek 
- rezygnować z własnego posiłku lub zjadać zimnego jedzenia. Jemy razem z dzieckiem, dzięki czemu spędzamy razem czas, a dziecko uczy się manier przy stole (choć przez pierwsze miesiące tego nie widać)
- sprawdzać w tabelach, jakie produkty można podawać dziecku (przy czym miód należy podawać po pierwszym roku życia, a grzyby, ho ho, dopiero w podstawówce) 
- zmuszać dziecka do jedzenia - jeśli mu zasmakuje i będzie głodne, z pewnością zje; jeśli nie je, być może nie ma na to ochoty lub jest uczulone na dany produkt
- nadmiernie pilnować odkrztuszającego dziecka, panikować, podbiegać do niego, strasząc je podczas każdego odruchu odkrztuszenia (należy za to, zwłaszcza z początku, spokojnie i uważnie je obserwować)
- podawać bezsmakowego jedzenia, unikać naturalnych przypraw, ziół.

Czego należy się spodziewać:
- twórczego nieładu, czyli produktu artystycznych zmagań z jedzeniem naszego dziecka
- radości z plaskania, zrzucania, rozgniatania, rozsmarowywania, oglądania, rozdrabniania, kruszenia, rozlewania, mieszania, smakowania, oblizywania, ciskania, wypluwania, wpychania sobie jedzenia do buzi dwoma łapkami, jedzenia zupy palcem, łapania, przesuwania...
- że jedzenie może stać się dla Małego Człowieka fascynującym zajęciem na godzinę lub dwie
- odkrztuszania, wyglądającego jak wymiotowanie lub wypluwanie z odruchem wymiotym lub kaszlem, wynikającego w większości przypadków wyłącznie z podrażnienia wrażliwego punktu w jamie ustnej odpowiadającego za ten odruch. Odruch ten z czasem zaniknie. Nie mylić z zadławieniem! 
- jedzenia dokładnie tego samego co mama - kwestia przetrwania. Dziecko przejawia ogromne zainteresowanie talerzem mamy i jego zawartością, bo jest to już pokarm "sprawdzony" przez najważniejszą osobę. Dawanie dziecku czegoś innego niż jemy może powodować jego niepokój lub po prostu ciekawość.

Czego można się spodziewać:
- do roku mleko jest najważniejszym pokarmem, dziecko może traktować jedzenie stałe wyłącznie jako zabawę, bardzo edukacyjną i twórczą, niekoniecznie jednak będzie dużo jadło
- odmawiania jedzenia. Jednorazowo lub na dłużej. W przypadku odmowy jednorazowej można naturalnie zaproponować coś innego, ale BLW opiera się na zaufaniu także w tej trudnej kwestii. U nas zawsze okazywało sie, że odmowa miała proste wytłumaczenie, gdy to zauważyłam, łatwiej mi było ufac Igiemu. Np. w pierwszym przedszkolu pani wciskała jedzenie na siłę, któregoś dnia Igi bardzo stanowczo odmawiał i nic nie zjadł, co mi zakomunikowała. Jeszcze tego samego dnia bardzo mocno wymiotował. Mój niespełna roczny syn rozsądnie podszedł do sprawy, nie chcąc nic jeść - sama zrobiłabym to samo. Gdyby ktoś kazał mi zjeść kanapkę na bolący żołądek, byłabym po prostu nieszczęśliwa.
W przypadku odmowy jedzenia przez dłuższy czas należy zdać się na własną intuicję, gdy podpowiada nam to ona - poradzić się lekarza.
- jeśli na stole postawimy sól i cukier, maggi itp. - dziecko także będzie chciało doprawiać sobie jedzenie na własnym talerzu
- "oszustwa" w stylu sprite w szklankach rodziców, a woda w szklance dziecka zostaną rozszyfrowane
- dziecko raczej nie zje czegoś, na co jest uczulone, a jesli zje i poczuje się gorzej lub wystąpi reakcja alergiczna, będzie samo odmawiało ponownego zjedzenia produktu, który mu zaszkodził
- "faz" na pewne jedzenie, czyli pomijania wszelkich produktów, oprócz jednego lub kilku konkretnych, my mieliśmy na przykład Rok Owsianki i Miesiąc Bananów.

Od siebie dodam na koniec, że trzeba mierzyć siły na zamiary. Gdy jesteśmy zmęczeni, a bałagan w otoczeniu zaczyna nas przerastać, czy może dokądś się spieszymy - może lepiej podać posiłek łyżeczką. Zdenerwowanie z powodu przedłużającego się posiłku, czy niechcianego dodatkowego nieładu nie będzie wpływało korzystnie na atmosferę podczas posiłku. Ja nie byłam "gotowa" na podawanie do samodzielnego jedzenia zup oraz kasz na mleku z takim trudem ściąganego.
Wspólne posiłki mają byc czystą przyjemnością z jedzenia i obcowania ze sobą.

Enjoy!


4 września 2012

Lalek Michał - czołem kolego!

Lalek dotarł do nas pewnego dnia podczas wakacyjnych rozkoszy. Marzyliśmy już o powrocie w domowe pielesze, żeby odpocząć. A tu ta niespodzianka. Zdecydowana osłoda urlopowych trudów i mąk!

Przybył, zauroczył nawet sceptyków, ale Ignasia Michałowe entrée w paczce pocztowej całkowicie wyprowadziło z dzidziusiowej równowagi. Na szczęście na osłodę lalek miał skarb w plecaku, więc Igi jakoś pojawienie się intruza przełknął. Kilka dobrych dni to trwało, gdy chłopcy się przepychali, a raczej Michał biernie poddawał się przepychankom, ciosom i poszturchiwaniom.
Co przysiadł gdzieś, to natychmiast materializował się tam Igi, brutalnie usuwał lalka i umiejscawiał się tam sam. Bronił zawzięcie swego terytorium, obejmujące siedziska wszelkie i bliskie osoby. Michał mile był widziany jedynie zaraz po zrzuceniu  - na podłodze. Gdy sadzałam go na niej po upadku, by było mu wygodniej, opartego o nogę stołu, to już, już był tam Igunio i przewracał Michałka na jego lalkową twarz. Michał za pojawienie się w tak bezczelny sposób był karany odmową karmienia go, złością i samymi zakazami ze strony Ignasia.
Z upływem czasu sytuacja traciła na intensywności. Michał czasami był oprowadzany po jakimś obiekcie, albo coś było mu pokazywane. Bywało, że dostawały mu się jakieś ochłapy z dzidziusiowego stołu. Czasami nawet zdarzało mu się dostąpić zaszczytu poczytania jakiejś książki lub posłuchania piosenki. 
Z czasem robiło się coraz lepiej. Igi zaczął go bowiem traktować jako małą upośledzoną istotę, która jeszcze niczego w swym krótkim życiu nie zaznała. Godził się na podzielenie się z biedakiem swoją życiową, półtoraroczną mądrością. Przewiózł Michałka ukochanymi "tambajkiem" i "autobusiem". Zaakceptował Michała w wózku, okazjonalnie tylko wyrzucając go zeń w przypływie złości. Zgadzał się na wspólne czytanie książek. Pokazał plażę, piach i polskie morze. Pokazał, jak się myje zęby i zakłada piżamę. Jak się schodzi ze schodów. Co więcej, trzymając za rękę tę upośledzoną i budzącą czasem odrazę istotę, zszedł pierwszy raz sam przodem po schodach. Całkowicie bez trzymanki, jeśli nie liczyć Michała. Najwyraźniej wątła łapka lalka trzymała Igunia bardzo pewnie podczas wędrówki po wysokich, kamienicznych schodach. Wspólne spanie niemal dopełniło obrazu powstającej komitywy.
A potem poważna synowska inicjatywa. Chlapnęli sobie bruderszafta ulubionego napoju Ignasia wprost z dystrybutora i sytuacja ociepliła się znacznie. Michał ostatecznie został zaakceptowany, co Igi pokazał, dopuszczając go do mlekopoju. Dotąd się to nie zdarzyło. Czułam się co najmniej dziwacznie, ale starałam się nie dać po sobie poznać.
Portret z paproszkiem

Od tej pory koegzystują sobie obok siebie - nie razem, ale są zawsze niedaleko i obaj o tym wiedzą. W razie nagłego Iguniowego przypływu sympatii do Michałka, ten ostatni bywa taszczony, wożony na rowerku, karmiony, rozbierany i ubierany, myte są jego wyimaginowane zęby, zezwala mu się na użycie Błękitnego Tronu. 
Tulo-duszenie

Michał to taka miła postać. Śliczny jest i wykonany po mistrzowsku. Uwadze Igiego nie umknęło nawet to, że ma oczy "jak niebo" (cytat z syna). Fascynują go czerwone lalkowe trampeczki, tak podobne do jego własnych. Michał nawet gacioszki ma, a sweterek taki, że sama bym taki chciała, tylko w większej wersji. Lalek jest bardzo sympatyczny, to idealny kompan zabaw i wypraw wszelakich. Wytrzymałość sprawdzona. Jako że Michał został zaakceptowany, jest traktowany z pełną brutalnej miłości atencją - tą samą, która każe Kotu Głównemu wydawać zduszone jęki i salwować się ucieczką. Kurz po szarganiu da się usunąć z twarzyczki ściereczką. Gdyby zbladły rumieńczyki, można je podkolorować, bo utalentowana autorka dołączyła nam do Michałka certyfikat i mały make-up kit, czyli wosk do lalczynej buzi. 

Cieszymy się, że Michałek jest u nas!

Michał w obiektywie prezentuje się tak:
(tylko zapomniał na swoją sesję plecaka ze skarbem)
Masz jakiś problem?

Od razu widać, jakiej płci był fotograf, bo nie poprawił modelowi swetra... :-)
Rugby Michałek :-)
Jak widać, Michałowi należy już umyć buzię...


16 lipca 2012

Nocnik podróżny

Nocnik w środowisku naturalnym
Nie lubię gadżetów. Dla Ignasia kupuję mało rzeczy, bo najczęściej zupełnie nie widzę takiej potrzeby. Po co mi np. drogi ręcznik dla dziecka, skoro "dorosły" spełnia te same funkcje i już kilka tego typu sprzętów jest w domu? Jednak pewnemu "gadżetowi" nie mogłam się po prostu oprzeć. Jest to nocnik podróżny i nakładka na sedes w jednym.
Nocnik wyłowiliśmy w necie, konkretnie - na allegro. I jesteśmy bardzo zadowoleni. Cena jest wyższa,  niż w przypadku nakładek na ubikację, ale jest w końcu i wspomniana druga funkcja, co przemawia moim zdaniem za tym zakupem.