19 czerwca 2013

Zabawki i nie tylko

Muszę dodać do wypowiedzi mojej imienniczki, a obecnie współlokatorki i partnerki w rozmowach swoje 3 grosze. Ania napisała tak: link "Dla ciebie wszystko".

Kiedy myślę o swoim dzieciństwie, widzę mało sprzętów technicznych, stosunkowo mało zabawek - takie czasy, za to co pamiętam, to albo czas z Babcią (gotowanie, ogródek, zakupy), Dziadkiem (warsztat stolarski, ogród, spacery, czytanie), z rodzicami kojarzę głównie wakacje, czyli wyjazdy, wypady, wycieczki - nie przelewało nam się, ale jeździliśmy po Polsce, a czasem nawet za granicę. Najchętniej bawiłam się u Dziadka w warsztacie, gdzie wolno mi było rysować na drewnie, wiercić, wbijać gwoździe, bawić się magnesem. Uwielbiałam rysować, Babunia uczyła mnie szydełkować i robić na drutach, poza tym byłam ciągle w ruchu - zimą sanki, latem rower z kolegami. Gdy Dziadek nie pracował w warsztacie, zajmował się ogrodem, a najchętniej swoimi ulami, Babunia oporządzała kury. I to wszystko w środku niemałego miasta :) Z drugimi Dziadkami jeździłam na grzyby i jagody oraz na fantazyjne wakacje - mikrodomki lub wagon kolejowy przekształcony w wakacyjne mieszkanko. Niestety miałam zakaz chodzenia z Dziadkiem na ryby, gdyż wypuszczałam mu wszystkie zdobycze pochlipując w rękaw z żałości nad ich losem.

Miałam Barbie i Fleur, miałam świetny zestaw Lego, doskonałe kredki. Fleur miałam tylko dlatego, że nasz durny pies pogryzł ją koleżance, więc zepsuta została u mnie, a na nową z Baltony zbieraliśmy nie wiem jak długo, by pokrzywdzonej dziewczynce oddać... Nie miałam akcesoriów dla Barbie, ale za to Babcia szyła mi dla niej ubrania, jakich w sklepie nie można było dostać. Miałam też świetne zabawki zrobione przez Dziadka - najszybsze w okolicy sanki na giętych płozach, jeszcze po moim Ojcu; wózeczek na kiju, kołyskę dla lalki, którą mama pomalowała w ludowe wzory ( świetnie nadawała się dla kota, bo kto by się bawił lalkami, gdy zarąbisty, najwłaśniejszy kot na podorędziu), miałam też wózek dla lalki, w którym naturalnie woziłam kota. Miałam mnóstwo książek. Grałam na pianinie, pływałam, uczyłam się angielskiego, chodziłam na świetne zajęcia z plastyki. Miałam kupę czasu dla siebie.

Czy chcę "dać mojemu dziecku wszystko", "zrekompensować" mu to, czego mnie brakowało? Ani trochę. Mamy mało zabawek. Nie toleruję plastików, jeśli już to drewno. Neguję wszelkie gadżety. Niepohamowanie kupuję tylko książki. Ignaś najlepiej bawi się przedmiotami codziennego użytku i uwielbia czytać. Uważam, podobnie jak Ania, że zabawki, gotowe przedmioty rzekomo edukacyjne ograniczają wyobraźnię. Bo co można zrobić z gotowym telefonem, jak tylko bawić się nim w dzwonienie?
Kupowanie dziecku bardzo wielu rzeczy, o czym rozmawiałyśmy z Anią, ma wiele skutków. Dzieci są szczęśliwe, bo dostają to, czego chcą, rodzice cieszą się, widząc radość swych pociech. Ale... Dzieci nie są w stanie ogarnąć tego, co mają. W moim odczuciu tak tworzy się konsumpcyjne postawy u najmłodszych. Poza tym dla mnie najważniejszą chyba rzeczą jest to, że kupowanie wszystkiego ograbia dzieci z marzeń. Bo o czym marzyć, czego pragnąć, gdy już się wszystko ma? To dla mnie strasznie ponura wizja... Było coś wspaniałego w marzeniach z dawnych czasów - żeby mieć piękny strój kąpielowy, wyśniony atlas, czy odjechany rower. Teraz "wypada" dać dziecku komputer z okazji chrztu, kłada i tablet na komunię oraz samochód lub kilka tysięcy na osiemnastkę. Okrutnie smutne.

Zatem, czy chcę dać Ignasiowi to, czego mi w dzieciństwie brakowało? Brakowało mi lepszego roweru i domku dla Barbie, komputera i gier i paru innych rzeczy. Ale wcale nie uważam, bym ucierpiała bez tych rzeczy. Przeciwnie. Chodziliśmy do kolegi, bo miał na ogrodzie huśtawkę, rowerami się wymienialiśmy, a domkiem Barbie bawiłam się u koleżanki. Mam za to furę rewelacyjnych wspomnień i zdjęć. Chciałabym, żeby miał podobnie. Nie boję się z nim iść do sklepu, choć wyje o wszystko, by mu to kupić. Uważam to za cenną lekcję i konsekwentnie nie kupuję byle czego. Nie chcę mu kupować klocków, które go mocno jarają, a które są w każdej poczekalni w dziecięcym kąciku. Pomimo tego, jak bardzo lubi się nimi bawić. Bo... Co będzie robił w poczekalniach, gdy te klocki spowszednieją mu w domu?

Może jestem niedzisiejsza, za bardzo zapadły mi musierowiczowskie ideały, łykane nocami przy świetle lampki, ale... Zaryzykuję! Ignaś Doświadczalny w domowym laboratorium pod lupą :)


23 komentarze:

  1. O tak, widzisz, ja niestety poastik mam, bo niestety tańszy:/ natomiast mam tezmplan by się go pozbyć:)

    Chciałabym, żeby Haniampołykała książki, żeby kiedyś sama coś tworzyła, żeby żyła z pasją.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko w Twoich rękach! PS. "wychowanie przez czytanie" stoi na półce, łyknij ;)

      Usuń
  2. Zgadzam się z Tobą całkowicie.
    Mój synek również doświadczalny w domowym laboratorium bez byle jakich zabawek i bez nadmiaru tych dobrych. Zamiast tego bawimy się tym co zwyczajnie jest w domu np. butelkami z fasolką.

    OdpowiedzUsuń
  3. podpisuje sie pod tym postem obiema rekami, ja kupuje zawsze drewniane kreatywne zabawki- co niedlugo pokaze miod na moje serce, wszystkie ktore mamy to prezenty a jest ich naprade wiele... ciocie i bancia nie znaja umiaru! czy sie nimi Maja bawi w zimie moze i tak, teraz jest bardzo padnieta aby dotknac cokolwiek. Uwazam podobnie, bo podobnie sie wychowalam, czas na dworze spedzony z innymi dziecmi, rodzicami jest najlepszy, niestety nie wiele jest takich ludzi, kolo nas jest plac zabaw na dosc duzy okreg, niestety tylko Maja i K. sa na nim, a gdzie reszta dzieci ja sie pytam - nawet Polskie maluchy sa zamykane w domu, latwiej wlaczyc bajke i miec z glowy, jeszcze sie ciesza ze jezyk ang. z Dory łapia... mam nadzieje ze zaszczepie w dziecku zabawe na dworze a nie w domu, radosc, kreatywnosc.. niech moc bedzie z nami!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też uważam, że za wiele zabawek dostajemy jako prezenty, ale cóż... Jk się okazuje, mam na toniewielki wpływ ;)
      A bajki są praktyczne. Bo wywołują często efekt śpiączki okołokanapowej, są tacy, którym na tym zależy ;)

      Usuń
    2. Dawkowane rozsądnie są ok, a nawet zbawienne dla nauki języka obcego. Wem po sobie:) mistrzem języka może nie jestem, jeśli chodzi o grmatyke i zasób słownictwa - praca z dziećmi potrafi uwstecznić. Ale rewelacyjnego akcentu nik mi nie odmówi:))))))) a nauczycielka z ogólniaka miała kompleksy jak mnie słyszała:)

      Usuń
    3. Nie wątpię, że miała :)
      Co do abjek, kiedyś byłam bardziej ortodoksyjna, ale zdarza mi się je włączać, szczególnie gdy obawiam się, że wystrzelę w kosmos ;)

      Usuń
  4. Widzisz, zgadzam się z Tobą, a tak często o tym zapominam! Jak widzę te wszystkie cudowności, to mi się płakać chce że nie mogę tego wszystkiego dać dziecku... A przecież dobrze wiem, że są ważniejsze rzeczy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to właśnie, moja droga jest esencja tego, co chciałam napisać chyba. Wmawia nam się, że dobrze, że trezba, bo jak nie, to... Ale prawda jest taka, że to nieważne! Tylko trzeba sobie o tym nieustannie przypominać :)

      Usuń
  5. Chciałaby Cie zaprosić do zabawy na naszym blogu. Zerknij do mnie na bloga. Będzie mi miło jak zostaniesz moim (naszym) gościem.
    o szczegółach napiszę Aniu - Ani i obie dołączycie do naszej wakacyjnej zabawy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zerknę, dzięki wielkie :) Anjami coś wspominała :)

      Usuń
    2. Przesłam Ani wiadomość o zabawię :-) Daj znać jak wchodzisz :-)

      Usuń
  6. Dlatego u Nas mimo, że zabawki mają swoje miejsce to książki je powoli wykopują na samo dno :) Są takie bez, których Amelia nie wyobraża sobie poranku: Pan Żaba i takie, które rzuciła w kąt i były błędem największym! Każda jednak Nas czegoś uczy - każda jest małą lekcją .

    ... że też ja trafiłam tu dopiero teraz :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja mam nieco inne zdanie na ten temat :) Gotową zabawką edukacyjną też się można kreatywnie bawić. My w czasie zabaw nie ograniczamy się tylko do podstawowych funkcji danej zabawki. Maluch sam wymyśla inne ich zastosowanie. Według mnie to wszystko zależy od dziecka i tego, jak się w nim tę kreatywność rozwija ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie zastanawia tylko to, że obecnie KAŻDA zabawka nazywana jest edukacyjną, podobną etykietkę mają też programy i kreskówki...
      Za to Kreatywność pzrez duże K obserwowałam codziennie w przedszkolu waldorfskim, w ktorym pracowałam, tam dzieci tworzyły Coś z niczego, było to naprawdę niesamowite.
      Uważam, że budzenie w nas potrzeby kupowania i w ten sposób okazywania uczucia dziecku jest nam wmawiane przez speców od marketingu (z wykształcenia jestem jednym z nich, z przekonania zaś zupełną przeciwniczką). Nie mówię, że nie należy kupować wcale... My mamy trochę zabawek, ale prawdziwym celem w moim odczuciu są tak naprawdę wyłącznie realcje międzyludzkie :)

      Usuń
  8. Ja mam podobne zdanie i ostatnio zorientowałam się, że Ala bawi się gryzakami z okresu niemowlęcego. Kupiłam kilka drobiazgów bo mi się zwyczajnie zrobiło jej żal ale chciałam by umiała zawsze czerpać radość z tych rzeczy najmniejszych. I tak jest.
    A książki na szczęście wciąż są na miejscu 1. Nie ma dnia bez "Pawła i Gawła" i cieszy mnie to ogromnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O to, to! Radość z niewielkch rzeczy :)

      Usuń
  9. ja miałąm Barbie, bo mieliśmy rodzinę w Niemczech i prosiłam, żeby nam przysłali :P tak, to mogłam sobie tylko pomarzyć ;) nie było nas stać na wycieczki zagraniczne, ale nad polskie morze jeździliśmy kilkakrotnie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My mieliśmy szczęście - rodzina za granicą. A i Tatry słowackie tańsze niż nasze.

      Usuń
  10. Generalnie jestem podobnego zdania, ale niestety babcia ma manię kupowania badziewnych zabawek i Piotr ma ich sporo. Sami wybieramy raczej starannie, drewno wiadomo lepsze ale nie stać nas zbytnio więc i trochę plastiku się znajdzie.

    OdpowiedzUsuń
  11. Mam podobne odczucia. Nie mogę się nadziwić ile zabawek mają współczesne dzieci. I co ciekawe, te ilości wcale nie zależą od zasobności portfela rodziców. Sama dziwię się ile już zabawek nazbierało się Pierworodnemu choć tak niewiele i raczej przemyślanie kupujemy, uważam że jest ich za dużo jak na jego wiek, choć z całą pewnością wszyscy jego rówieśnicy których znam mają zabawek znacznie więcej. Zaopatruje Młodego przede wszystkim Babcia, która wyszukuje dla niego różne skarby na tzw. "starociach" albo w lumpeksach, dlatego nie protestuję, bez żalu będzie można przekazać je kiedyś dalej. Też pałam sympatią do zabawek drewnianych, ale wkurza mnie jak się tłuką z łoskotem po mieszkaniu. Nie mam niechęci do plastików, ale tylko tych porządnych, które nie pękną, nie rozpadną się, przeżyły już niejedno dzieciństwo i jeszcze po Pierworodnym będą kogoś bawić. Mamy np. taki telefon słynnej firmy na F - kiedyś znalazłam na nim wytłoczoną datę 1991 rok i nie zgodzę się, że nie rozwija on wyobraźni - rozmawiamy przez niego z tatą, który jest w pracy, z babcią, której dawno u nas nie było, albo ze sobą, gdy drugie weźmie do ręki jakiś inny telefon, opowiadamy bajki, historie albo mijający dzień - telefon to akurat bardzo fajna zabawka :-)

    OdpowiedzUsuń

Twój komentarz się nie pojawił? To dlatego, że oczekuje na moderację. Opublikuję go najszybciej, jak tylko będę mogła!