Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kołsliping. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kołsliping. Pokaż wszystkie posty

22 grudnia 2014

O końcu karmienia nocą

Dziś chcę napisać o pewnym paradoksie - o tym, jak zakończenie karmienia może czasem karmienie uratować.
Ignaś miał wtedy kilka miesięcy, prawie pół roku. Jazda zaczęła się parę tygodni wcześniej. Dziecię budziło się nocą tak namiętnie, że przestaliśmy spać - te kilkuminutowe drzemki z wycieńczenia nie liczyły się jako pełnoprawny sen. Najdłuższy maraton to dwa tygodnie bez snu trwającego ciągiem choćby godzinę. Zapisaliśmy pierworodnego do przyszpitalnej Kliniki Snu. 

Żeby nie było wątpliwości, uważam, że karmienie nocne jest niezwykle istotne dla bliskości, kluczowe dla rozwoju mózgu. Wiem, że dziecko i jego żołądek nie potrzebują odpoczynku od wartościowego i lekkostrawnego jedzenia, jakim jest mleko mamy, bo jest to mit. Wiem, że budzenie się nocą w celach spożywczych nie jest szkodliwe dla dziecka. I wiem, że dziecko karmione piersią nie będzie z powodu podawania w nocy piersi cierpiało na próchnicę. Zainteresowanych tym tematem odsyłam do wiarygodnych artykułów: (KLIK) (KLIK). Idealnym wyjściem dla Ignasia byłoby, gdybym umiała spać karmiąc i była rano równie rześka jak on. Niestety, Igi potrafił budzić się tyle razy, że po 12 pobudkach w ciągu 6 godzin snu przestawałam zazwyczaj liczyć i zaokrąglałam ich ilość do tysiąca. Odstawiłam Igiego ze względu na siebie. Czułam, że musiałam to zrobić.

Odstawiłam go w nocy zdecydowanie za wcześnie.
Gdybym mogła cofnąć czas, spróbowałabym jakoś dotrwać do roku. Teraz uważam, że pół roku to zbyt szybko na odstawienie, choć w skrajnych przypadkach uznałabym to za nieprzekraczalne minimum wiekowe.

Zalecenia położnej z kliniki nie były z nurtu Rodzicielstwa Bliskości. Kluczowe było bowiem zostawienie płaczącego dziecka na minutę w pokoju, po czym powrót, uspokojenie i ponowne wyjście. Ja te zasady zmodyfikowałam pod siebie, jako że wypłakiwanie mi nie leży. Wiem zbyt dobrze, jak może zaszkodzić to dziecku. Pomogło. Około 2 miesięcy nasze życie nocne było istnym koszmarem. Spróbowaliśmy chyba wszystkiego. Sęk w tym, że ja, obudzona, nie potrafię już zasnąć. Zrobiło się to niebezpiecznie, osłabłam, zaczęła siadać mi psychika, osiągnęłam dramatyczny poziom zmęczenia, bałam się usiąść za kierownicą samochodu, by nie spowodować wypadku.

Co jest pewne, to to, że doświadczenie z Kliniką Snu spowodowało, że odstawiliśmy Ignasia od piersi nocą. To oznaczało dla mnie powrót do żywych. Tato Ignasia chodził przytomny do pracy. Ignaś zaczął budzić się znacznie rzadziej, by w koncu przejść do snu trwającego nieprzerwanie 10-12 godzin.

Zmodyfikowane zalecenia (bez szkodliwego wypłakiwania):
- przygotowanie się na płacz*, nawet 40-60 minut ciągiem,
- mówienie dziecku przed odstawieniem, w tym samym dniu, że nocą dostanie wodę, ale nie będzie piersi (TAK, NAWET PÓŁROCZNEMU MÓWIMY - najwyżej nie zrozumie)**,
- zorganizowanie się - przeprowadzenie odstawiania np. w weekend, kiedy 1 rodzic może działać nocą, a potem odsypiać w dzień. Odstawianie najprawdopodobniej będzie trwać 2-3 dni,
- podanie kolacji w przypadku dziecka jedzącego już posiłki stałe (ale z tym czekamy oczywiście do ukończenia pół roku lub nawet dłużej, jeśli dziecko czekania potrzebuje), 
- nakarmienie dziecka z piersi przed snem (po pierwszej proponujemy drugą),
- gdy dziecko się obudzi, podajemy wodę,
- pierwotne zalecenie to uspokajanie przez rodzica bez mlecznych piersi. Moim zdaniem występowanie mleka w piersiach nie ma tu znaczenia***.

Odstawianie w nocy nie jest aż takie straszne, jak się może wydawać. Grunt to nasze wewnętrzne przekonanie, że tego chcemy. Pomaga także w innym podejściu do płaczu - nie pełnym bezsilności i bezsensownej szamotaniny, a dojrzałym, zorientowanym na pomoc. W sumie dość bierną, ale nadal pomoc. Nie robimy tego, czego dziecko chce. Podejmujemy decyzję i pomagamy mu z radzeniem sobie z emocjami. Płaczu, wbrew pozorom, nie ma aż tak dużo. Dziecko uspokaja się, czując nasz spokój.

Gdy odstawiasz:
- podawaj wodę
- tul, głaszcz
- mów do dziecka, ale krótko - gdy płacze, usłyszy jedynie krótkie hasła; u nas było to np. "Mleko śpi", "Możesz napić się wody", "Jest ci źle" czy cokolwiek, co było nazwaniem emocji malucha
- przypominaj, że mleko będzie rano
- pamietaj, że Twoje opanowanie i trzymanie sie swojej decyzji jest oparciem dla dziecka
- pamiętaj, że gdy dbasz o siebie, uczysz tego samego swojego dziecka
- jeśli musisz, wyjdź, odetchnij, wróć - 10 oddechów działa czasem cuda.

Zanim odstawisz od piersi spróbuj:
- karmić dziecko śpiąc
- spać w dzień (wykorzystuj drzemki dziecka!)
- kłaść się wcześniej spać
- spać z dzieckiem, jeśli nie praktykowałaś tego wcześniej - obecność rodzica może wpłynąć kojąco na jakość snu malucha 
- obniżyć standardy w domu - nieumyte naczynia nie są aż tak ważne jak Twój sen
- zadbać o zdrową, zróżnicowaną, pełnowartościową dietę
- pić dużo wody i melisy
- prosić o pomoc partnera, rodziców, przyjaciół (wyręczenie w obowiązkach domowych lub zabranie dziecka na spacer, gdy Ty w tym czasie możesz uciąć sobie drzemkę mogą baardzo pomóc)
- spotykać się z innymi dorosłymi, których towarzystwo działa na nas pozytywnie
- zadbać o ruch, najlepiej na świeżym powietrzu
- przekonać się, że nocne pobudki to nic aż tak dziwnego, o czym można przeczytać tutaj (KLIK)
- uświadomić sobie, jak ważne dla dziecka jest nocne mleko, a o tym tu (KLIK)
- postarać się o trochę czasu dla siebie.

Wielokrotnie spotkałam się z opinią mówiącą, że skoro mama jest skrajnie przemęczona, powinna dziecko odstawić od piersi. Całkowicie, bo inaczej się nie da. Opinie takie głoszą nawet niektórzy lekarze. Nic bardziej mylnego.

Odstawiałam od piersi niezliczoną ilość razy. To dlatego, że Igi dostawał dyspensę na pierś nocą, gdy chorował. A przecież zaczęło się chodzenie do niani, do przedszkola - a to oznacza infekcje. Stąd uważam się za ekspertkę w tej dziedzinie. Odstawienie nocne po pierwszych trzech razach budziło już we mnie zerowe emocje. Stało się codziennością taką, jak podawanie jedzenia i zmienianie pieluch. Nigdy już nie trwało 3 dni, raczej były to 1-2 pobudki pierwszej nocy. Robiłam ze sporą nadzieją kilka podejść do powrotu do nocnego karmienia, ale zawsze kończyło sie tak samo. Z dwóch karmień Igi płynnie wskakiwał na setki. 

Nie polecam odstawiania dziecka nocą dlatego, że tak się robiło 30 lat temu, z obawy przed próchnicą, z chęci kształtowania "prawidłowych nawyków żywieniowych", dania żołądkowi odpoczynku. Polecam odstawienie dziecka od piersi nocą w stanie niebezpiecznego zmęczenia, gdy wszystko inne już zawiodło, gdy przeszłyśmy badania (morfologia, ft3 i ft4, ferrytyna, witamina D, magnez, potas), gdy wykluczona została depresja. 

Dlaczego jestem przeciwniczką całkowitego odstawienia od piersi? Im dłużej karmisz piersią, tym lepiej - i dla dziecka, i dla Ciebie! Karmimy wyłącznie mlekiem z piersi przez pierwsze półrocze życia. Potem łagodnie wprowadzamy posiłki stałe tak, by mleko stanowiło 80-90% diety maluszka. WHO zaleca karmienie piersią minimum do 2 lat lub dłużej, gdy mama i dziecko tego chcą. Karmienie piersią m.in. obniża szansę na zachorowanie na raka piersi czy osteoporozę. Dlaczego jestem przeciwniczką cierpietniczego podejścia do macierzyństwa? Bo same wiemy, kiedy przekroczyłysmy granice normalnego funkcjonowania. Gdy życie traci ostatnie oznaki normalności, trzeba wreszcie sobie pomóc. Czasem oznacza to pewien minus dla dziecka (brak wartościowego mleka nocą), ale odstawienie prawdopodobnie mniejszą liczbę pobudek, a to z kolei daje dziecku opiekę bardziej wyspanej mamy.



* Tak, płacz. Dlaczego piszę, że "bez wypłakiwania", a tu nagle płacz? Otóż dlatego, że płacz płaczowi nierówny. Gdy rodzic aktywnie uczestniczy w trudnych emocjach dziecka, to nie możemy mówić o wypłakiwaniu. Małe dzieci płaczem się komunikują, stąd zawsze pojawi się ten element komunikacji i ekspresji - to od nas, rodziców, zależy, co z tego wyniesie dziecko. Czy poczucie, że rodzice mają je w nosie, strach, osamotnienie, złość, czy może uczucie bycia wspieranym, rozumianym przez dorosłego.

** Mówilismy prosto, że gdy Igi obudzi się w nocy, nie dostanie mleka, za to będzie tyle wody ile dusza zapragnie. Mówiliśmy mu, że będziemy go tulić aż zaśnie. I będziemy przy nim, jeśli będzie mu źle.

*** Mimo mlecznych piersi zaczęłam odstawiać Ignasia sama. Ponieważ miałam więcej cierpliwości niż Kwiatowy Tato, szło mi to lepiej i wszyscy byli zadowoleni z podziału ról.


26 listopada 2013

Śpiąca Królewna Ignaś

Był taki (i to dość długi) okres w naszej karierze rodzicielskiej, gdy prychaliśmy na samą myśl o określeniu "spać jak niemowlę". Igi i łóżko to historia przypominająca szalony roller coaster. Dobre i cięższe chwile sfilmowane, sfotografowane i opisanne są  tu (drugi film)tututu, tu, a także tu.

Najpierw umierkowanie kłopotliwy, potem zaskoczył nas pierwszą przespaną nocą w wieku 6 tygodni, a chwilę później (3,5 miesiąca) skutecznie zamienił nas w parę zombie, kiedy to nie spaliśmy bity tydzień. Tato Kwiatka opanował wtedy trudną umiejętność przysypiania połową ciała, gdy druga połowa była zaangażowana w kołysanie wózkiem, stojącym koło łóżka. Nasze dziecię, wyjące co 10 minut wstawało po nocy świżutkie i skore do dalszych wrzasków, a my wyglądaliśmy jak para goryli po imprezie, wlokąc ramiona i wory spod oczu po podłodze. 

Igi wyprodukował pierwszy ząb - to dlatego nie spaliśmy tydzień - i wkrótce płynnie przeszedł w fazę zasypiania zupełnie samodzielnego. Ponieważ niemal widziałam w jego oczach sugestię "Odczep się kobieto, nie rozpraszaj mnie, jest git", więc zostawiałam go, by pokonwersował ze sobą i porozdawał ścianom uśmiechy, a w efekcie także usnął. W końcu odechciało mu się i tego, więc okazało się, że usypianie jest dość wymagającą dla rodzica czynnością. Mocno ułatwiło mi życie to, że wraz z rosnącą wiedzą wyluzowałam na gruncie piersiowym, a mianowicie przestałam próbować stosować się do najgłupszej chyba rady/ostrzeżenia, czyli "nie usypiaj dziecka przy piersi". 

Później bywało różnie. To zasypiał przy piersi, to odsysał się i nie zasypiał, choć był zmęczony. W kolejnej takiej fazie pomógł mi Juul i jego sugestia, by pozwolić dziecku zasypiać, kiedy chce. Gdy Igi zdecydowanie odmawiał pójścia spać, mówiliśmy mu, że jego decyzją jest to, że nie śpi, a my potrzebujemy wieczorem czasu dla siebie. O dziwo zajmował się spokojnie zabawą, a my mogliśmy oddać się naszym obowiązkom.

Pomysł Juula miał jeszcze jeden skutek. Gdy decyzja o spaniu oddana została w ręce Ignasia, Młody jako półtoraroczniak przychodził do mnie, mówiąc "Meko i spać". I rzeczywiście szedł spać. W obliczu problemów, które mieliśmy przedtem była to niesamowita ulga.

Niedawno, bo pół roku temu, przeprowadziliśmy się z powrotem na wieś. Jedną z przyczyn tego drastycznego ruchu była chęć spędzania więcej czasu z Ignasiem. Ale niedługo po przeprowadzce zauważyliśmy z zaskoczeniem, że Igi znowu zmienił zwyczaje. I zaczął chodzić spać o... 17. Rekord to kwadrans przed. Kiedy pierwszy raz się to zdarzyło, spojrzeliśmy na siebie w osłupieniu i nie wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić. Budzić, zostawić? Obudzi się po drzemce i będzie balował do rana, czy też prześpi całe popołudnie i noc? I serio, co mam zrobić z tak oszałamiającą ilością wolnego czasu?

Szybko przekonaliśmy się, że sen o 17 jest już na całą noc. Igi dzielnie przesypiał ponad 14 godzin, wstawał sobie przed 8 i... Poczułam dość szybko, że tęsknię za własnym dzieckiem. Siedzimy na tej wsi zabitej dechami, a Igul przesypia półdnia i całą noc. Widywałam go rano - wszak trzeba go do przedszkola przygotować, oraz po południu. W planach miałam spacery, baseny, zabawy, czytanie nowych książek, a tu... Z ust mego dziecka dobywa się tylko ciche posapywanie.

Zwyczaje te powoli ulegają kolejnej zmianie, Igi zaczął znowu chodzić spać nieco później. Ale w weekend znowu dał czadu. W piątkowy wieczór wracaliśmy, zahaczając jeszcze o sklep, do domu naszych przyjaciół. Igi, lekko mętny, zapalił się do pomysłu zjedzenia bagietki z czosnkiem. Dostał więc kawałek do łapki i pojechaliśmy. Gdy po chwili odwróciłam się do niego, zobaczyłam, że śpi z nadgryzioną bagietką w dłoni. Nieprzytomnego wniesliśmy do znajomych, których synek ubolewał nad stanem Ignasia. Próbowaliśmy go zatem bezskutecznie obudzić. W pewnym momencie coś mnie zaniepokoiło... Rozchyliłam Ignasiowi usta i zobaczyłam tam... odgryziony kawałek bagietki w zaciśniętych zębach. Jednym słowem Igi zasnął nie tylko w trakcie rozmowy z nami, ale także podczas gryzienia. 

Pokarm został wydobyty z ust Śpiącej Królewny, która (zupełnie jak w oryginale!) otworzyła oczy i wóciła do życia. Zgaduję jedynie, że w bajce nie pachniała tak apetycznie czosnkiem ;-)

Poza tym przypominam, że miły kocyk szuka dobrego domu ;-) 
Czas ucieka!

28 lutego 2013

Ignacy dwufazowy, czyli opowiesć pt. "Noce i dnie"

Tak to już jest z tym Ignasiem, że jak nie urok, to wiadomo co. 

Długie, spokojne noce zostają z łatwością zastąpione nocami zadziwiająco krótkimi, niespokojnymi, okraszonymi wrzaskami o spodnie dżinsowe, chlebek, czy inne dobra, których nie dostarczam w takich porach. Ja w ogóle niczego w nocy nie dostarczam, w ostateczności pozwalam sobie dostarczyć szklankę wody. Mnie za to dostarczane są rześkie kopniaki wkurzonych dziecięcych odnóży i ożywcze kuksańce ostrym łokciem prosto w gałki oczne. I tu oficjalnie protestuję, bo ja takich zamówień nocnych nie składałam. Przedtem narzekałam, że kołsliping mnie wkurza, bo Igi jest za głośny nocą. I jak się przewraca z boku na bok, to musi robić to równie teatralnie jak jego tato z jedną maleńką różnicą. Obaj unoszą się, po czym rzucają bezwładnie na drugi bok lub na brzuch - i to jest wspólny mianownik. Starszy i cięższy egzemplarz opanował tę zdolność do tego stopnia, że śpiący obok może spaść z łóżka pod wpływem wibracji materaca lub zejść na zawał ze strachu, że łóżko się rozsypie. Młodszy podczas rzutu zazwyczaj tłucze z rozmachem łepetynką w wezgłowie łóżka. Głośne łupnięcie budzi wszystkich w promieniu stu metrów. W tym mnie rzecz jasna. Młody nawet nie zauważa, że zmienił pozycję, jego Tatuś także śpi snem kamiennym.

Dobre dni z odrobiną symbolicznego marudzenia przemianowały się magicznie na wrzaskliwe, łzawe, tantrumowe sesje przerywane chwilami spokoju. Tantrumki zreszta towarzyszą nam całą dobę. najwyższy poziom nieszczęscia to afera połączona z rzygiem na deser - po prostu żyć nie umierać, i to z pawiem na skórzanych kozakach.
Do przedszkola chodzi za to inne dziecko. Słodkie, rezolutne, płaczące sporadycznie i oczarowujące wszystkich. I zadziwiające wszystkich ilością wrzucanego w siebie pokarmu podczas każdego posiłku, choć Niuś idzie na uczelnię po śniadaniu i deserze w postaci tranu.

Rzadkością są ostatnio takie dni, jak dziś, kiedy Igunio poryczał się tylko raz, pokłócił się z nami tylko raz (o kolor klucza) i raz jeden wykąpał kotka w swojej wanience (kotek obruszył się średnio, bo dla niego to nie pierwszyzna i zupełnie mu to nie przeszkadza). Normą są dni wyjątkowe w każdym momencie. Doszłam do wniosku, że powinniśmy chyba zafundować sobie jakieś psychotropy, by z uśmiechem na ustach płynąć łagodnie przez całodzienną rzeczywistość, a nie przejmować się happeningami antykoncepcyjnymi, urządzanymi przez Potomka... Ubierać się nie da po staremu. Niutek, który był już osobnikiem zadziwiająco samodzielnym, każe się teraz obsługiwać. No to się bawimy... Co rano odstawiam szopkę pt. "oświeć mnie dziecko, bo nie daję rady". I tak, podając mu majtki, mówię, żeby założył czapkę. Na co on się nie zgadza, przeszczęśliwy, bo niezgadzanie się i robienie na przekór jest obecnie nowym sensem i celem jego życia. Ja upieram się, żeby galoty znalazły się na głowie, na co on z wyższością pokazuje mi, jak można je umieścić na innej części ciała. Padam w zachwycie nad nowatorskim wykorzystaniem czapki, podając mu sweter (czyli rajstopy). I tak dalej. Ale nie zawsze jest tak kolorowo. Bo jeśli ubieranie się przeciągnie i głód ściśnie małe trzewia, to może być naprawdę potworrrrrnie. Szczególnie, że Igul zjada teraz niemal pół bochenka chleba z połową kostki masła lub pochłania wielką michę owsianki na śniadanie. A wcześniej trzeba także wyszorować kły. Przebieg tej skomplikowanej operacji zależy od wielu złożonych czynników i przewidywanie go to loteria. Kiedy humor gadowi nie dopisuje, zaczynam od inwentaryzacji bakterii. Igi, zafascynowany, że ma ich aż 156, otwiera pyszczek i zaczynamy czyszczenie w rytm hymnu Fasolek. Jak dobrze pójdzie. Bo jak pójdzie źle, to buzia będzie zasznurowana, wzglednie otworzy się, by przytrzasnąć szczoteczkę i tyle. Mogłabym tak długo o naszej codzienności, bo teraż każda czynność to "nie".

Z nowości mamy jeszcze "fazę tak-nie", czyli stan, w którym Ignaś chce na przykład być na kolanach, ale chce być na podłodze. Własne prośby wprawiają skołowanego biedaka w osłupienie i kończy się to rykiem. Tak jak wtedy, gdy chciał pić wodę, ale jej nie chciał... Sytuacja patowa, jak dla mnie ;-)

I jeszcze o chceniu. Bo oczywiście mała Mordoklejka dużo chce, a jak już czegoś zachce, to nas o tym informuje. I nie kończy na tym. Informuje nas dopóty, dopóki nie tego nie dostanie. Jakby mu się płyta zacięła. Wczoraj olał obiad, ale na podwieczorek zapragnął naleśników. Od momentu zapragnięcia naleśników do chwili, gdy pierwszy wylądował na talerzyku słyszałam "mamo naleśnika cem, placka cem, placka cem mamo, naleśnika, daj mi naleśnika mamo, plaacka cem, mogę naleśnika? Zlób mi placka, placka cem, daj mi placka mamo"... To było bardziej upierdliwe niż nieszczelny kran nad metalowym garnkiem!

Gumowych ścian chcę, kaftanu chcę, chwili ciszy chcę! ;-)