Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty

16 września 2013

Dzień współczucia dla osób bez samochodów

Czuć już jesień. I widać. I słychać. Słychać wycie wichru, widać ścianę deszczu (naprzemiennie albo naraz ze słońcem), a w powietrzu czuć rześki chłód. Bywa, że leje tak mocno, że deszcz jest nawet pionowy. To się tu dość rzadko zdarza - zazwyczaj poziome strugi atakują człowieka, który z czystej rezygnacji nie używa parasola. Mary Poppins nie miałaby tu łatwo, to pewne. Podmuchy wiatru bywają tak silne, że rzuca ludźmi, rzuca też samochodami - nie ma wielu śmiałków, którzy by tym "rzutom" jeszcze pomagali tak bezsensownym sprzętem.

A teraz mam ciekawostkę. Jeden dzień, jeden kraj, miejsca oddalone od siebie tylko kilkadziesiąt kilometrów - a jaka różnica! Na początek - południe, burza piaskowa:



12 sierpnia 2013

Etiopia

Jest takie miejsce na naszej Wyspie, gdzie można zjeść tradycyjne, etiopskie jedzenie - jest wspaniałe i nawet jest wybór wege! Ale i tak prawdziwą perełką jest kawa, parzona w sposób zbliżony do tradycyjnego. Igul był zafascynowany, zresztą kto by nie był? Kawa jest palona, mielona i gotowana tuż przed podaniem, serwuje się ją w maleńkich czareczkach, zagryza chlebem i popkornem z cukrem. Palona jest też żywica dla pięknego aromatu. 
Tak przyrządzona kawa jest przepyszna i co najważniejsze nie boli mnie po niej brzuch. 
Nawet Ignaś dostał wyjątkowe pozwolenie na umoczenie dzioba w czareczce. 
Ceremonii parzenia kawy dopełnia Azeb. 
Fotografował Tato Kwiatka - rok temu.

17 stycznia 2013

Kontrowersyjny post letni, upstrzony zdjęciami

Pewnego letniego weekendu (co, że czapka, bluza i kurtka i niby nie widać, że lato? Niedowiarków zapewniam, że kalendarzowo była ta pora roku) postanowiliśmy wybrać się do drugiej co do wielkości metropolii na Wyspie. 
Jak powszechnie wiadomo, Igulinda jest wymarzonym towarzyszem podróży. Trudno powiedzieć, czy wynika to z cech osobniczych, czy z przyzwyczajeń - jeszcze za czasów warzywnych Igunio zapakowany kompaktowo w chustę spędzał całe dnie poza domem, blisko mnie lub swego Taty (Babu i Dziadek, o ile obecni, też brali w tym procederze czynny udział). Niezależnie od wieku wystarczyło wsadzić Kwiatuszka do samochodu i wywieźć w dal i dzicz lub do muzeum, czy restauracji, by spowodować jego rosnące zadowolenie. Zmieniające się otoczenie, nowi ludzie i nietypowa rutyna wpływały na niego kojąco.
Stąd też pomysł przemieszczenia sie o 400km na północ wydał się bardzo kuszący. Nocleg w namiocie w międzyczasie także nie odstraszał. Jedyne, co mnie nieco zastanawiało, to "co by było, gdyby" odpieluchowanemu Iguniowi zdarzyła się wpadka w śpiworze. Ale postanowilismy, że takie drobiazgi nie będą stały na przeszkodzie nowych doświadczeń i niesamowitych atrakcji.
To Igul sierpniowy, tradycyjnie nieczysty na obliczu:
Igul, który okazał się spać w namiocie równie mocno, jak we własnym łóżku. Który dostał pieluchę (jechali z nami znajomi z małym synkiem, którzy nas poratowali w tej sytuacji) i używał jej przez cały wyjazd. 
Namiotowanie na naszej chłodnej Wyspie kojarzy sie ze sportem ekstremalnym, ale byliśmy na nie dobrze przygotowani od ostatniego incydentu, kiedy to w środku lata poczuliśmy na własnej skórze, jak to jest spać w temperaturze lekko ujemnej. Tym razem było co prawda powyżej zera, ale nadal chłodno. Nie narzekaliśmy jednak, a Igi tym bardziej.
Dodam jeszcze, że Wieś tak się przejął naszą prośbą o informowaniu o siusiu, że udało mu się obsikać blisko pół Wyspy. Co kilkanaście minut prosił o postój, po czym zraszał podłoże dzięki naszemu nocnikowi turystycznemu. Rewelka, choć w pewnym momencie postoje, wypakowywanie dziecięcia i wystawianie nocnika stało się po prostu męczące. 
A to nasz cel, Duże Miasto. Największe Miasto plus miasteczka satelickie około 200 000 mieszkańców. Drugie co do wielkości też jest ogromne - 15 tysięcy duszyczek. Oto i ono:
Na Wyspie nie może zabraknąć wełnianego akcentu w najmniej spodziewanym miejscu, na przykład na latarni ulicznej.

3 października 2012

Jak owce spędzają czas?


Jesienne święto. Radość, ostre, wiejskie powietrze, wspólna praca, śpiew, alkohol. Czas spędzony z rodzinami, przyjaciółmi. Czas wolny od pracy, jeśli réttir (spęd owiec) wypada w piątek. Na tydzień przed akcją chętni jadą konno w góry i przygotowują owce do spędu przez kilka dni, zaganiając je i śpiąc w nieogrzewanych metalowych szałasach. W wybrany dzień kolejni chętni i turyści zjawiają się w osadzie, by pomagać w dzieleniu owiec.
W miejscu spędu znajduje się zagroda, składająca się z dwóch okręgów. Mniejszy w środku jest pusty i tam zaganiane są wszystkie owce na początku. Większy okręg podzielony jest na "kawałki tortu", czyli zagrody należące do różnych farmerów. Z mniejszego okręgu prowadzą furtki do każdego kawałka tortu.
Każda owca jest oznaczona, należy przetransportować puszystą ślicznotkę do odpowiedniej zagrody, trzymając najlepiej oburącz za rogi. Wygląda to brutalnie. Owce skaczą, wyrywają się, meczą głośno (tak, tutejsze nie beczą).
Po wszystkim, a praca wbrew pozorom przebiega szybko i sprawnie, ludzie zbierają się wewnątrz okręgu. Zaczynają się śpiewy, a od samego wdychania powietrza można się upić.
W spędzie biorą udział wszyscy, niezależnie od płci i wieku. Liczy się przede wszystkim świetna zabawa.

10 września 2012

Wiejskie rozrywki

W dzisiejszym odcinku będzie między innymi o tym...
  • Ile wytrzyma traktor, taki, powiedzmy, niepozorny Zetor?
  • Czy na słynącej z zimna Wyspie można biegać na golasa i chodzić boso?
  • Czy w rzekach kąpią się tu tylko morsy i ludzie niespełna rozumu?
  • Czy zawsze zamieszczam za dużo zdjęć?

28 lipca 2012

Ostra sobota

Taką oto rozryweczkę rodzinną sobie zafundowaliśmy. Dodam, że pogoda pogarszała się z chwili na chwilę i w pewnym momencie miałam już dość wszystkiego i wkurzałam się nawet na ukochaną kurtkę narciarską, że mnie nie grzeje. 
Oczywiście winna była nie kurtka, a moja blondynkowatość, która kazała mi założyć dżinsy zamiast porządnych spodni narciarskich. Tresowana na turystkę od wczesnego dzieciństwa (przynajmniej w teorii) wiem, co zrobić, by spokojne stać w deszczu i górskim wietrze. Blondynka, i tyle. Niewyspanie. Jedzenia też zapomnieliśmy, podobnie jak kombinezonu przeciwdeszczowego dla Młodzieży. :-) 
Niewątpliwie wpływ na moje samopoczucie miało też to, że krew ścięła mi się w żyłach na widok pierwszego wypadku, a przestała w ogóle płynąć na widok wypadku, podczas którego jedno z aut zapłonęło. 
Ot, taka skandynawska, weekendowa rozrywka. Nazywa się "formula offroad" i polega na wjeżdżaniu, zjeżdżaniu (a nierzadko spadaniu) na i z piaszczystych łach, górek i pagórków. Od razu podaję odnośnik do strony, jeśli kogoś interesuje geneza i zasady bezpieczeństwa tego dziwnego sportu: FORMULA OFFROAD. Wypadki wyglądały koszmarnie. Wszyscy kierowcy wyskakiwali jednak żwawo z aut, machali do widowni i ulatniali się. Pokiereszowane auta wywożone były koparką (Igi prawie eksplodował z powodu nagłego przypływu miłości do niej) i startowały w kolejnych konkurencjach, co mnie zaskakiwało za każdym razem. Nawet to, które zajęło się ogniem, pojechało w górę jeszcze kilkakrotnie.
Widok nieziemski, emocje niezapomniane, hałas silników, pył w powietrzu, zapach benzyny.
Ci kierowcy muszą mieć stalowe nerwy lub są zupełnie uzależnieni od adrenaliny!
Dzidziuś natomiast stał się fanem tego sportu, każe sobie od czasu do czasu puszczać filmy z tymi dziwacznymi autkami i opowiada o nich często.
Dodam, że ani deszcz, ani wiatr, ani hałas mu nie przeszkadzały. Gdy pokibicował już samochodom, uciął sobie drzemkę w nosidle, a gdy ja zmarzłam do szpiku i przeniosłam się do naszego samochodu, sporządził siku aż 3 razy do nocnika, a nie pod siebie, co było miłą odmianą po kilku poprzednich dniach.
Organizatorzy tego wydarzenia nie zapomnieli o widzach. Bilety wstępu można było kupić za symboliczną kwotę gotówką lub - co z tego, że na pustkowiu - kartą płatniczą. Ustawiono rząd przenośnych toalet i ciężarówkę przerobioną na sklep z colą, popcornem i prince-polo, jednym z ulubionych batoników tutaj.

A my? Dziękujemy bardzo  Cioci D. i Wujkowi T. za sprawdzanie ciepłoty śpiącego Dzidziusia, gdy byłam zajęta ochranianiem go przed wiatrem i za osłanianie mnie przed wichrem i wszelką pomoc, łącznie z zabraniem mi plecaka i prowadzeniem mnie po wyboistej drodze, gdy Kwiat w nosidle zupełnie ograniczał mi widoczność. Dziękujemy Wujkowi K. za kurtkę, którą mogłam owinąć Ignasia, a przez co jej właściciel zmarzł i zmókł. Dziękujemy Cioci A. i Wujkowi W. za awaryjny kombinezon dla Kwiatka.
Takich mamy fajnych ludzi wokół siebie :-)


Czas prezentacji wizualnej:


10 lipca 2012

U nas było zielono


Pierwsze wspomnienie z wyjazdu - Euro. W naszym miasteczku wyglądało właśnie tak, jak na zdjęciach. Przeżyliśmy nalot obcokrajowców, przy czym Irlandczycy rzucali się w oczy najbardziej. I urzekli lekko skostniałych tubylców swoim zachowaniem, nastawieniem i tym, ile piwa potrafili w siebie nieustannie wlewać :-) Byli wszędzie, z piwem w dłoniach i uśmiechem na ustach, w zielonych koszulkach, radośni niezależnie od wyników. Jarmarczno - karnawałowa  atmosfera udzieliła się wielu, muzyka dudniła w mieście, zatamowany ruch samochodowy otworzył dla pieszych ulice, ludzie odetchnęli mimo upału i zaczęli żyć pełną piersią. Oto kilka scen sprzed meczu Irlandia - Włochy.