24 lutego 2014

Dziewczyna we wrzątku

My to zawsze musimy trafić na kobiety tak zdeterminowane, że włos się jeży ;-) 
I to dosłownie.

Wyobraźcie sobie wichurę taką, że człowieka zwiewa podczas przemieszczania się z punktu A do punktu B. Że ciuchów i blendy nie można położyć zwyczajnie na mchu w obawie przed ich utratą. Że w 3 sekundy nos robi się czerwony jak pomidor, a ręce grabieją w mgnieniu oka. I do tego w komplecie wysokie niebo krzyczące lazurem i cudowny zachód słońca. Oraz boskie miejsce, z gotującą się i intensywnie parującą wodą.

Nasza modelka, targana potwornymi dreszczami z zimna wystąpiła na bosaka i w cienkiej sukienczynie. Trzęsła się potem cały wieczór, choć sesja trwała 10 minut! Ale trzeba było uciekać, bo cierpiała nie tylko Agnieszka, ale i Iguś w ciepłych kozakach i puchowej kurtce. 

Miejsce, w którym Agnieszka dokonała (prawie) samounicestwienia jest niezwykłe i nie czytacie o nim ostatni raz. W tej chwili napiszę jedynie, że sadystyczna sesja była jej pomysłem i ukłonem w kieunku miłego sąsiada. Björn kupił kawałek gotującej się ziemi ze starym basenem, mieszka w garażu, tuż nad wodą i każdą chwilę przeznacza na remont i projekt swojego życia - odbudowę akwenu. Wyobrażacie sobie tak daleko idące poświęcenie? Jak dla mnie rewelacja. Masz pomysł i go realizujesz, nie przejmując się czymś, co dla kogoś innego mogłoby być poważną przeciwnością, choćby taki "drobiazg", jak mieszkanie w luksusie. Siła woli godna podziwu.

Jako klimatyczną ciekawostkę dodam jeszcze, że popularne imię zdeterminowanego sąsiada Agi znaczy po prostu "niedźwiedź".

Trzymamy kciuki za powodzenie wielkiego planu Niedźwiedzia!

PS. A Igi po sesyjce majaczył w gorączce nocą i tykał mnie rozpaloną stopą, co skutecznie odpędzało ode mnie sen. To i zsumowane akcje w stylu "siusiu", "syropku", "posiedzę sobie i pobredzę, zamiast się wtulić w poduszkę" i wiele, wiele innych, które rumiany (wiatr czy gorączka?) trzylatek potrafi wymyślić na zawołanie.






Oto sam basen. Spora niecka w kształcie zbliżonym do prostokąta, z naturalnym, kamienistym dnem i pięknie ułożonymi kamieniami po bokach. Da się w nim wykąpać, bo Niedźwiedź doprowadził zimną wodę.


Jakie wrażenia? :-)

19 lutego 2014

Ignasia pomysły na spanie

O czym się mówi o nas rankami i wieczorami:

  • Igi-buntownik postanawia czasem nie zapiąć jednego guzika w piżamie. Informuje mnie o tym szeptem, a czasem pyta, czy może tak rozpietą piżamę zostawić. Pozwalam oczywiście. Młody zasypia z uśmiechem spełnionego rebelianta na ustach :-)
  • Iguś od dawna obawia się tego, że "oczy będą mu wyciskały". Tato Kwiatka kompletnie nie rozumie problemu, ja stawiam, że Młodemu chodzi o uczucie piasku w oczach, czego najwyraźniej nie znosi. Ja proponuję mu zasypianie z otwartymi oczami, a podły tatuś czasem wprowadza zamęt i pyta z niewinnym uśmiechem na ustach "A co jeśli nawet przy otwartych nadal będą ci wyciskały?"
  • Bywają takie wieczory, gdy Igi pyta na przykład "Czy ja mogę spać dziś z otwartami oczami i na siedząco?" Nie widzę powodu, dla którego mogłabym się na to nie zgodzić ;) Chwilę później oczywiście dochodzi do mnie miarowe posapywanie od Zdzisia zwiniętego w kłębuszek.
  • Najfajniej jest, gdy Młody padnie gdzieś (lub nawet w domu) w ciuchach. Wtedy kładziemy go do łóżka w tym, w czym zasnął, co oznacza tylko jedno - obudzi nas radosny chichot dziecka, które znowu złamało zasady i cieszy się z tego niezmiernie.
  • Bywa, że pyta, czy może ubrać się na noc w normalne ciuchy. Moją jedyną prośbą jest to, by ubranie było czyste, więc przeszczęśliwy Ignaś kładzie się spać w koszulce i spodniach dresowych.
  • Gdy wybiera sobie stórj nocny zupełnie sam, może się skończyć tak, jak pewnego dnia, gdy zastałam Igiego w sypialni. Na głowie miał czapkę z koszulki, na rękach podciągniete do łokci skarpetki. Z błyskiem w oku przekazał mi informację, że jest gotowy do snu :-)
  • Igi oczywiście inspiruje się lekturami. Po "Fizi Pończoszance" zdarzało mu się zasypiać naturalnie z nogami na poduszcze, a głową pod kołdrą, wiadomo, klasyka ;-)
  • Rzadko zdarza się biednemu dziecięciu, gdy nie może zasnąć, bo przecenił swoją senność i zarządził pójście do łóżka za wcześnie. jest wtedy niepocieszony i informuje mnie ze łzami, że "ja się nie nauczyłem spać"...

17 lutego 2014

Igi i roztocza - analiza porównawcza

Igi sam się bardzo mocno zainspirował tym, jak nawtykał sobie w prawe nozdrze jaskrawoniebieskiej ciastoliny. Bo jedną z trzech kulek usunęłam mu palcem, drugą wyciągnął mu jego własny tato za pomocą narzędzia tortur (zdaniem Ignasia) Fridą zwanym. Igiego podnieciło to do tego stopnia, że na wizytę u lekarza (wyciąganie ostatniej, najgłębiej wetkniętej kulki) u lekarza zabrał już ze sobą odciągacz glutów. Pan doktor miał wprawdzie swój odkurzacz i z jego pomocą udało się opróżnić zaklajstrowany nosek Ignasia, co wcale nie zmieniło jego stosunku do Fridy. Igi tulił ją do łona w samochodzie, potem zaczął wciągać nią kurz i paprochy zalegające w okolicach fotelika. W sumie fajnie, bo Tato Kwiatka, choć kocha swoje auto miłością ogromną, pozostaje jeno przy wyznaniach słownych, podchodząc do kwestii porządkowych bardzo luzacko.

Odciągacz glutów towarzyszył Ignasiowi podczas wizyty u kumpel, uroczych bliźniaczek (z jedną całował się niemal rok temu), a my w tym czasie oddawaliśmy się drugiemu już kabaretowi w ciągu dnia.








Igi bawił się bez nas szampańsko, oczywiście z Fridą, zażył kąpieli z obiema dziewczynami, po czym pojechaliśmy do domu.

Fascynacja Fridą trwa nadal. Igi śpi z odciągaczem, z rurki każe sobie robić naszyjniko-obróżkę, wciąga nią wodę podczas płukania zębów, w strzykawkopodobnej końcówce umieszcza małe przedmioty, a najbardziej chyba spodobało mi się, jak ustnik umieścił w paszczy, "strzykawkę" w uchu i nawijał sam do siebie, twierdząc, że to telefon. Oczywiście Frida zajęła miejsce miksera podczas porannych podróży samochodem do przedszkola. To już coś znaczy :)

Dodam jedynie, że oprócz odciągacza glutów zabawowe fascynacje Igiego są związane z gospodarstwem domowym:
1. Odkurzacz: jeśli Igi nie wciąga paprochów z podłogi Fridą, prawdopodobnie bawi się odkurzaczem. Rozmontowuje pokrywę i biega z nią, jak z kosmicznym hełmem, zaśmiewając się do rozpuku. Demontuje worek, umieszcza swoje zabawki w odkurzaczu oraz wkłada wszystko co popadnie do rury. Odkurzanie stało się teraz sportem ekstremalnym, za każdym razem, zanim podłącza się go u nas do prądu, stan i zawartość odkurzacza musi być koniecznie sprawdzony. Bo ostatnio w odkurzaczu spało 5 resoraków, za to worka nie było.
2. Butelka ze spray'em: pełna wody, koniecznie pełna wody! Igi nie ogranicza zabawy jedynie do mycia okien (choć robi to z ogromną radością, z czego bezczelnie korzystam, więc mam impresjonistycznie pomaziane szyby gdzieś tak do metra od podłogi). Gdyby mu pozwolić, spsikałby wodą całą materię ożywioną i nieożywioną, więc trzeba mocno pilnować, by Młody nie zalał chatynki, nie poniszczył sprzętów i nie wprowadził kotów w (jeszcze większą) nerwicę.
3. Suszarka: dzisiejszy debiut zabawkowy, więc nie ma jeszcze szerokiego wachlarza zastosowań. Pomysł z dziś to suszenie aqua doodle, bo suszenie wody w pełnej wanience na szczęście Ignaśkowi wyperswadowałam.
4. Mop: jaki to piękny obrazek, gdy Tato Kwiatka oporządza jak co tydzień podłogę, ale najpierw musi przejść przez poważną dyskusję z synem, który chce mu skonfiskować mopa. Chłopaki muszą się koniecznie umówić, że najpierw podłogę myje starszy, a potem odda zabawkę młodszemu w obroty. Igi potrafi zapomnieć iść spać, gdy ma do dyspozycji butelkę wody (którą sumiennie spsikuje wszystkie sęki w podłodze) i mopa.



16 lutego 2014

Z krainy chichów

Igi, jak wiadomo, liże. Na dowód linkuję teksty (KLIK) (KLIK) i najfajniejszy (KLIK). Ponieważ Igi lizać nie przestaje, chyba że chce mu się posnuć opowieści o sikach, bąkach i kupie, w naszym domu można usłyszeć na przykład takie oto, zadane znienacka pytanie:
- Moge cię polizać w oko?

Albo mój rozmówca telefoniczny może usłyszeć ode mnie:
- Bla bla bla. Nie liż mojej łydki. Bla bla bla.

Wyrwane z kontekstu:
TK (bezskutecznie próbuje odkurzyć podłoge odkurzaczem, bo sprzęt nawala): Ignasiu, kiedy wkładasz resoraki do odkurzacza, wyjmuj je po skończonej zabawie.

Igi: Ja kocham ciebie, kocham tatę i mnie kocham. Ja wszystkich kocham i lubię.

Czasami go w tym lubieniu i kochaniu ponosi w ciekawe rejony.
Przygotowuję śniadanie.
Igi: Co robisz?
Ja: Smażę jajecznicę.
Igi (w ekstazie): Ja lubię jajecznicę!!! JA WSZYSTKICH LUBIĘ!

Igul pichci. Znany jest jego pociąg do mielenia i miksowania, więc w robieniu różnych rodzajów pesto jest świetny. A potem ordynuje sobie żarełko:
krakers z masłem, serem, pesto, selerem nacieniowym i orzeszkami piniowymi :)


A jak sam pokroi warzywa do zupy, to z jakim smakiem ją zjada! Bezbłędnie wyławia własnoręcznie pokrojone kawałki, rozpoznając je po nietypowych kształtach i wielkości :)

Igi cały dzień sępi orzechy nerkowca i pożera je w wielkich ilościach. Wieczorem zabieram z łóżka kołdrę i moim oczom ukazują się orzechy rozesłane na prześcieradle.
- O, orzechy - mówię. - Ciekawe, kto je tu zostawił...
- Chyba jakieś niemiłe dziecko - odpowiada Igi pewnym głosem.

13 lutego 2014

Kołysanka

Jakiś czas temu czytałam post "Dlaczego matka płacze" u Matki Tylko Jednej. I dziś właśnie przypomniałam sobie, dlaczego któregoś dnia wyłam jak głupia.

Najpierw poszukałam sobie piosenki - cudnej kołysanki, tutejszej oczywiście :) "Sofðu unga ástin mín" -"Śpij, moje małe kochanie":

Wspaniała, prawda?
Kołysanka została napisana przez Jóhanna Sigurjónssona. Opowiada o najsłynniejszej parze ludzi wyjetych spod prawa, a mowa tu o Fjalla-Eyvindurze i jego żonie Halli. Rzecz działa się pod koniec XVII wieku. Para zamieszkiwała nieprzyjazne góry. Halla śpiewała tę piosenkę swojemu dziecku, zanim rzuciła je w otchłań wodospadu. Mąż musiał uciekać przed władzami, a Halla żegnała się z maleństwem, by móc także samej uciekać i dołączyć do męża.

Kulawe tłumaczenie angielskie jest takie:
Sleep my young love,                                       Śpij moje kochanie,
outside the rain is weeping,                               na zewnątrz płacze deszcz,
mommy keeps your treasures,                          mamusia zachowa twoje skarby -
old bones and a round case.                             stare kości i okrągłą skrzynkę.
We should not stay awake through dim nights.   Nie powinniśmy czuwać podczas mroku nocy.
There is much that darkness knows,                  Ciemność wiele wie,
my mind is heavy.                                            mój umysł jest ciężki.
Often I have seen the black sand                       Wiele razy widziałam czarny piasek
burning the green meadow.                               palący zieloną łąkę.
In the glacier rumble death deep cracks.            W lodowcu huczą śmiertelnie głębokie szczeliny.
Sleep long, sleep peacefully,                             Śpij długo, śpij spokojnie,
late is best to wake up.                                     najlepiej wstawać późno.
Hardship will teach you soon,                            Trudy życia wkrótce cię nauczą,
while the day decays quickly                             że gdy dzień upada szybko
that the men love, lose, cry and mourn.              ludzie kochają, tracą, płaczą i rozpaczają.


Bardzo zimowa i mroczna ta piosenka, kołysząca (do dziś) dzieci do snu. Nic zatem dziwnego, że otaczający świat opisuje jako straszny, ciemny i wrogi. W ciemności wszystko zawsze wydaje się gorsze, pełne nieznanych, niepokojących cieni. Sroga natura tylko pogłębia strach i utrudnia życie.
A może opisując ponurą i pełną niebezpieczeństw rzeczywistość, zrozpaczona matka usiłuje znaleźć wytłumaczenie dla swojego czynu? Być może śpiewa o tym swemu dziecku, by nie żałowało tak wcześnie traconego życia? Wokół trwa nieustanna walka z żywiołami, ludzie cierpią, a ona tylko chce, by jej maleństwo spało już zawsze spokojnie i nie musiało sie martwić tym wszystkim, co jest zwykłą koleją rzeczy w życiu każdego - gdy odrobina słodyczy posypana jest grubą warstwą soli. Jedyne, co pozostanie po tym małym życiu, to "skarby", skrzynka i kilka kostek owcy, które matka, mimo rozpaczliwej ucieczki i walki o życie zachowa, tak jak pamięć o swoim dziecku.

Ignaś też przy niej zasypiał :-)

10 lutego 2014

Skecz o niebieskiej plastelinie, czyli Kabaret Igiego przedstawia...

Tak się ostatnio złożyło, że oboje z Tatą Kwiatka padliśmy złożeni błyskawicznym gryspkiem. Cała choroba zajęła raptem 3 dni, ale jej intensywność była wykańczająca. Mogłam spodziewać się najścia wirusa, ponieważ na kilka dni przed chorobą opuściły mnie siły i spędzałam popołudnia z mym dziecięciem w wyjątkowo spokojny sposób. Zaszywałam się w zaciszu przyciemnionej roletą sypialni i w blasku lampki nocnej podczytywałam książki, ciesząc się, że tylko ciało nawala, za to mózg jeszcze jako tako funkcjonuje.

Dziecię, puszczone samopas, znajdowało sobie zajęcia samo i samo organizowało sobie wieczory. Gdy dobiegał mnie jego perlisty śmiech, z radością przewracałam kolejne stronice przy tak miłym akompaniamencie.

Z okazji mojego wypełznięcia z nory na czas mycia "zęb" okazywało się, że przyczyną tej radości było na przykład nowatoskie użycie przyborów do gotowania z Ignaśkowej kuchenki, gdy Młody między innymi zebrał i odkręcił słoiki z suchymi dobrami spożywczymi do gotowania i usłał nimi całe mieszkanie oprócz sypialni. Bez wojny jednak zaopatrzył się w odkurzacz i wciągnął ryż poprzetykany soczewicą i ciecierzycą, pokrywający fotele, sofę i całą podłogę kuchni i salonu.

Gdy innego dnia dziecię moje podobnie zanosiło się radosnym rechocikiem przez pół godziny, poczekałam na rozwój wydarzeń w myśl zasady "Śmieje się, to żyje". Po krótkim czasie pogodny śmiech stał się wyraźniejszy i głośniejszy, chwilę później oczom moim, zerkającym przez otwarte drzwi sypialni ukazał się wypięty kuperek Ignasia, który z trudem (śmiech) dreptał do tyłu i znaczył swoją trasę wodą wykapywaną z butelki z dzióbkiem, w którą ze swym tatą zaopatrzyli się z okazji dalekiego spaceru. Igi rozlał pół litra płynu, ale nawet w miarę rozsądnie po sobie posprzątał. Spoko, prawda?

Weekend był dla niego niesamowicie nudny. Wspaniała pogoda, a my trzęśliśmy się, opanowani dreszczami i leżeliśmy, postękując z powodu bólu mięśni, stawów, a nawet skóry. 

Nasze znudzone dziecko nowym zwyczajem zorganizowało sobie zabawę przy komodzie z własnymi dobrami i przy szklanicy świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy, który został zrobiony przez jego tatę nadludzkim wysiłkiem. Sok wyciskała sokowirówka, nadludzkim wysiłkiem było za to zwleczenie się z barłogu i naciśnięcie guzika maszyny.

Nagle wczesnym południem poczułam się lepiej. Nie tylko wirus stracił swą moc, ale mieliśmy cel na popołudnie i wieczór. Wstałam i odnotowałam potworny bajzel. Zaordynowałam potomkowi (bez majtek, za to w body o minusowym stopniu czystości, lekko usmarkanemu i mocno wytatuowanemu czarnym pisakiem, z wielkimi wełnianymi skarpetami na stópkach, skorupką z soku na pyszczku i oczywiście nieumytymi zębami) posprzątanie po sobie i zatrzymałam się jedynie nad aqua doodle, które mnie zastanowiło.
- Czym to namalowałeś? - spytałam Ignasia, wskazując na paciaja wykonanego nie wodą, a żółtą cieczą.
- Sikami - stwierdził Ignaś pogodnie i bez zastanowienia.

Oględziny miejsca zbrodni wykazały, że malunek wykonano rozlanym sokiem pomarańczowym, przypominającym odcieniem wspomnianą urynę. Dziecię wycierało "rozsypany" sok i zbierało kredki, ukazując światu dwa dzieła napodłogowe (kredki olejne na kafelkach) i jedno nałóżkowe (kredki olejne na prześcieradle), posapując jednocześnie i oddychając przez usta. "Aha", myślałam "nam mija choroba, a ten zakatarzony." I rzeczywiście, gdy Ignaś przyczłapał do zaciemnonej sypialni, w mroku dojrzałam dorodnego gluta w jednej dziurce i wysłałam go do taty, by poprosił go o pomoc w wydmuchaniu nosa.

Chwilę później była u mnie moja Druga Połowa z kawałkiem papieru toaletowego. Zabarwionego na niebiesko.
- Zobacz, kredkę miał w nosie, wyciągnąłem mu.
Szybkie oględziny dziecięcego nosa wykazały, że nadal znajduje się w nim ciało obce o jaskrawoniebieskim zabarwieniu. Wielka kulka poddała się szybko moim palcom i wyskoczyła na światło dzienne w całej swojej okazałości. Była to jednak nie kredka, a ciastolina, której to Igi chojnie nawpychał sobie do nozdrza, a która traciła swoją zwartość przez wilgoć i temperaturę w Igulkowym nosie.

Szybkie oględziny za pomocą latarki wykazały kolejne jaskrawoniebieskie ciało obce zalegające głęboko w nosku Ignasia, wyszykowani więc zadzwoniliśmy pod dyżurny telefen przychodni i umówiliśmy się z lekarzem na szybką randkę.

Igi spokojnie przyjął zaglądanie do nosa wziernikiem. Darł się już i wierzgał jak to on na próby gmerania mu w nosku przyrządem do wyciagania ciał obcych. Trochę to trwało. Lekarz coś wyciągał, sprawdzał co zostało i grzebał dalej. Igi niczego nie ułatwiał. W końcu pan doktor zaprzestał bezcelowego grzebania i przytaszczył "odkurzacz" z silnikiem, ssawką i słojem na zaklinowane w ciele dobra i zaczął odkurzać nos drącego się wniebogłosy Ignasia, którego już nie dawałam rady unieruchomić sama. Po kilku utrudnionych seansach odkurzacz zassał coś więcej niż niebieskie smarki i naszym oczom ukazała się kolejna, wielka kulka ciastoliny.

Wniosek? 
Igi skrupulatnie pragnął powiększyć sobie mózg lazurową substancją, względnie chciał nią wyścielić wnętrze jamy nosowej.

Wieczorem czekała nas jeszcze lepszy kabaret. Ale o tym później.


5 lutego 2014

Z krainy chichów

Igi do mnie: Mogę cię przytulić, kochanie moje?

Wieczór. Zbieramy się do odmówienia "Aniele Stróżu".
Igi: W imię Ojca i Syna, i Ducha, Świętego Mikołaja.

Igi gramoli mi się na kolana. Nagle przestaje się ruszać, popada w króciutki zamyślenie, po czym pyta:
- Mam brudne usta?
- Nie - odpowiadam.
- To mogę dotykać twarzą twoich spodni?

Hanka Ani JM ma urodziny. Ponieważ nie jestem z kalendarzem za pan brat, dzwonimy z życzeniami dzień później. Igi w podnieceniu śpiewa:
- Sto lat, sto lat, kubek, ciepła woda... (i tak przez kwadrans).

Jesteśmy na basenie, w płytkim brodziku. 
Tato Kwiatka: Na głowę skocz, Ignasiu!
Ja: Serio? Na głowę? Tu jest za płytko.
TK: E, co się martwisz, przecież on zawsze na dechę skacze.
W tym momencie dochodzi do nas głuche "DUP", a gdy odwracamy się, widzimy nogi naszego dziecka wystające pionowo w górę sponad tafli zmąconej nieco wody. 
TK: Ups, no zobacz, udało mu się.

Igi goni nas ze swoim ukochanym lukrowaczem tortów i wrzeszczy zanosząc się śmiechem:
- MOGĘ CIĘ WPYKNĄĆ?
(Do tej pory nie wiemy, co to znaczy "wpyknąć")

Igi planuje sobie dzień:
- Czy mogę teraz puzlać?

Igi pała sporą niechęcią do rajstop. Jest ciepło, więc daję Młodemu rzeczy do ubrania, w tym skarpety. Ignaś przegląda stosik i nagle stwierdza:
- Dziękuję ci, że mi to dałaś. Te skarpety. Ja nie lubię rajstopów.

Igi i odmiana wraz z przykładami:
Ja nie mam ocz.
Nie umyłaś mi zęb.
Nie ma moich rzecz.
Możesz mi tu zapnąć?

Oraz kilka starszych:
W dzień wigilii Bożego Narodzenia Igi zaczytuje się w Tupciu Chrupciu w łóżku. Po czym wysnuwa cały plan. Tupcio Chrupcio to jedna z ulubieńszych książek. Jest bombowa. Więc Gwiazdorek też musi ją sobie poczytać. Igi zatem pożyczy mu tę książkę, gdy ten pojawi się wieczorem. Chodzi nabuzowany cały dzień :-)

Koniec stycznia. Kumpelka w przedszkolu ma urodziny. jedziemy do przedszkola z prezentem, bo kilkoro dzieci zaproszonych jest na imprezę, mama Addy przyjdzie po nie i zabierze do siebie, żeby mogły świrować. Igi kojarzy fakt zapakowanego prezentu z Gwiazdką i wprowadza się w doła, gdy mówię mu, że dziś nie jest BN i Gwiazdor nie przyjdzie. Igi płacze rozpaczliwie całą drogę do przedszkola.

Jedziemy do lekarza. Igi ogląda swój stary kupolendarz (kiedyś o tym napiszę...) i postanawia, że nasz lekarz musi go sobie koniecznie zobaczyć. Z uporem nosi kalendarz ze sobą, w końcu kładzie przy drzwiach, by nie zapomnieć, w samochodzie czule tuli go do siebie. 









Basen w Polsce? Nie, dziękuję.

Ten wpis powinnam była napisać już dawno temu. Bo tak jak puby w Anglii, tak tutaj od razu zauważa się baseny. Jasna sprawa, skoro woda płynie tu strumieniami z nieba i z lodowców, a także spod ziemi - i ogrzewa domy oraz napędza przedsiębiorstwa. W domach strumienie płyną z kranów w nicość, woda leje się także podczas długich pryszniców czy niekończących się kąpieli w wannach lub przydomowych jacu. Pływalnie i kawiarnie to popularne miejsca spotkań. Niemowlęta (od 6 tygodnia życia) i zgarbieni staruszkowie oraz wszystko pomiędzy pojawia się na basenach.

Moją osobistą teorią jest, że jeśliby znacznie podwyższyć ceny wody lub nie daj boże kazać płacić za wodę pitną, ten zrelaksowany i pokojowy naród zbuntowałby się bez wahania.

Pływalnie są w miastach i na zabitych dechami wsiach (nie znam wsi bez basenu, ale może takie są; przypomnę, że przez "wieś" rozumiem skupisko 200-300 osób, bo moja poprzednia "wiocha" miała 8000 dusz i 2 i pół basenu, w tym jeden zupełnie wypasiony). Różnią się więc między sobą, bo rozstrzał między stołecznym luksusem a wsiowym "późnym Gierkiem" jest widoczny, co nikomu nie przeszkadza moczyć kończyn w ciepłej wodzie. Nie spotkałam się nigdy (oprócz Błękitnej Laguny) z opłatami czasowymi. Płacisz (tak z 15 zł), wchodzisz i siedzisz, ile chcesz. Nawet na najwiekszym zadupiu standardem jest basen głęboki, choć nie spodziewajmy się długości 25 metrów, przynajmniej jedno jacu i jakiś brodzik, coby bachory się nie potopiły. Najczęściej jest sauna parowa lub fińska, oczywiście w cenie basenu. Gdy jest dobrze, jest zjeżdżalnia. Oczywiście są to baseniki całoroczne, niezadaszone. W stołecznych wodnych przybytkach prawie zawsze jest coś pod dachem, jakis płytszy basen lub kąpielisko dla dzieci.

W Polsce, gdy na torze jest mniej niż 10 osób, można powiedzieć, że nie ma tłoku. U nas zazwyczaj w głębokim basenie pływa jakiś rześki dziadziuś. W stolicy rozpustnie czekałam na "swoją kolej", gdy na każdym torze znajdowały się aż 2 osoby, żebym nie musiała się tłoczyć (pływam szybciej niż większość użytkowników basenów, a tutaj mogę sobie pozwolić na luksus pływania we własnym tempie i niesmyrania kogoś po stopach). Latem większa część basenu pływackiego pozbawiona jest lin i szaleją tam dzieciaki, które, nawiasem mówiąc w ramach wuefu w szkole mają również pływanie, tak, cały rok, tak - na świeżym powietrzu. A to podobno gigantyczny problem dla wielu polskich rodziców, choć polskie baseny są kryte.

W jacu i brodzikach siedzą najczęściej dziadziusiowie i babunie, prowadząc ożywione rozmowy. Najlepiej opala się w brodzikach.

ZDZIWIENIE PRZY WEJŚCIU
W zależności od rozwiązania użytego w danym przybytku wchodzisz, zdejmujesz buty i kupujesz bilet w skarpetkach. Ewentualnie dane jest ci kupić bilet w obuwiu, a potem natrafiasz na półkę na buty. W kontekście dalszych wydarzeń jest to ważny punkt programu basenowego :)

KONTROWERSJA NA WSTĘPIE
Nie spodziewajmy się szafek z kluczykami w wioseczkach, choć możemy czasem byc zaskoczeni, bo będą. Zazwyczaj rzeczy zostawia się na wieszakach i idzie kąpać, bo szczególnie we wsiach społeczności są małe i uczciwe. Ja nie korzystałam z szafek nawet w stolicy, bo pływanie z dyndającym kluczykiem jest bez sensu.

KONTROWERSJA I
Wszystkie baseny mają powielone rozwiązanie: rozbierasz się do gołego, bierzesz ręcznik, szampon i strój i idziesz do części z prysznicami. Ręcznik zostawiasz sobie na później na specjalnym wieszaku lub na półce z przegródkami, a w strój kąpielowy ubierasz się dopiero po dokładnym wyszorowaniu całego ciała
Budzi to kontrowersje. Szczególnie, gdy potencjalny użytkownik basenu wywodzi się z Europy Środkowej lub Wschodniej.

Moje wspomnienia z czasów dzieciństwa to widok ludzi kryjących się w ręcznikach lub osobnych szatniach, by założyć strój lub kapielówki, ochlapanie koniuszków palców pod prysznicem i hop do wody. I tutaj niektórzy bardzo starają się nie pokazać ciała i przychodzą już w strojach pod ubraniem. Biedne te babki, które muszą prosić ludzi, by weszli nago pod prysznic i użyli mydła. Odkąd zauważyłam tę znaczną różnicę, roboczo nazywam wodę w polskich basenach "zupą z cipek i penisów", choć należałoby wspomnieć o spoconych pachach, zatęchłych stopach i tłustych włosach, dla ścisłości.

Z moich wakacyjnych obserwacji wynika, że niewiele się w tej kwestii zmieniło.

Gdy wracasz z basenu, myjesz się, wycierasz do sucha przy wieszaku z ręcznikami i suchy wchodzisz do szatni. Jakie to proste! Z łatwością zakładasz ubranie i w skarpetkach wychodzisz na zewnątrz. Przy wejściu na basen zakładasz buty.

Ponieważ pół życia spędziłam na basenach, pamiętam koszmar błotnistej brei na posadzce w szatniach, do których wszyscy wchodzili w butach. Jesli na posadzce była tylko woda, to i tak było do kitu. Człowiek wycierał się po kawałku i wciągał na nie do końca wysuszone ciało kolejne części garderoby. Przy czym największym wyzwaniem były skarpetki lub rajstopy, ze względu na morką podłogę oczywiście. 

POWAŻNA KONTROWERSJA NR II
Rozbierasz się, jak wspomniałam. A ludzie chodzą na basen z dziećmi. Nie ma dyskryminacji, mama może iść z synami, tato z córką. Większe dzieci mogą się przebierać same w szatniach zgodnych z ich płcią, mniejsze (np. pięcioletnie) idą z rodzicem, czyli chłopcy z mamami, a dziewczynki z tatusiami. Gapią się? Nie. Demoralizują? Hm, jeśli nauka higieny jest demoralizacją, to bardzo.

Nie dziwi mnie to wcale, bo mama kiedyś przypomniała mi czasy mojej "kariery" (hahaha) pływackiej, gdy nasza grupa mijała się ze starszymi dziewczynami z sekcji, które kąpały się pod prysznicami nago. Troskliwe mamusie dziewczynek z naszej grupy zaczęły krucjatę przeciwko dziewczynom "demoralizującym" ich córeczki.

Nie widziałam natomiast nikogo bez stroju w saunie.

PROBLEM III
Możesz być stary, gruby, włochaty czy niepełnosprawny. Możesz być w ciąży. Możesz mieć rozstępy lub obwisłe piersi. I możesz iść na basen. Dla niektórych to problem, dla mnie nie. Koleżankom w Polsce zdarzało się słyszeć brzydkie komentarze, gdy były w ciąży. Że tu chodzą dzieci i nie powinny obrażać uczuć ludzi pokazując brzuch... Za to tutaj kobietom w ciąży "wolno" też mieć dwuczęściowy strój. 

SZOK IV
Jako że większość Islandek karmi swoje potomstwo własną piersią, mile (!) i do tego bardzo często widziane jest karmienie w szatni, w okolicy prysznica czy na samym basenie. To norma, dziecko głodne lub niespokojne, to dostaje jeść. Jedynymi komantarzami, jakie słyszy mama to gratulacje, a po nich uprzejme, zwyczajowe pytania o wiek i płeć dziecka. Na koniec rozmówca stwierdza, że dziecko jest śliczne i po rozmowie :)

DZIWACTWO V
Ludzie nie umierają od pływania na otwartych basenach zimą, podczas deszczu lub sztromu. Ścieżki między basenami, jacu i brodzikami bywają odśnieżane, często (i to lubię!) wyłożone są specjalnymi gąbczastymi płytkami, więc człowiek się nie ślizga, gdy jest oblodzenie. Bywa, że miejscami chodnik jest podgrzewany. W ogóle najbardziej lubię baseny z ogrzewaniem podłogowym w szatniach.

INNE ZASADY:
  • nie sikamy do basenu, od tego są ubikacje
  • nie sikamy przez strój
  • nie sikamy pod prysznicem
  • najfajniejsza, choć (podobnie jak powyższe) niepisana: po załatwieniu się ponownie bierzemy prysznic i dopiero wracamy do wody
  • dzieci mogą bawić się głośno i mogą chlapać wodą, ale dobrze byłoby, gdyby nie deptały po ludziach
  • maluchom wolno używać materiałowych pieluszek-kąpieluszek, nie ma wymogu stosowania kąpieluszek jednorazowych (co oczywiście jest wyrzucaniem pieniędzy i działaniem zupełnie nieekologicznym. A piszę o tym dlatego, że spotkałam się w Polsce z wymogiem stosowania pieluchy jednorazowej na niektórych basenach. Nakazy te łamałam bardzo konsekwentnie.)
Przykładowy basen wioskowy:

I jak się Wam podobają te różnice?





1 lutego 2014

Napij się... wieloryba

A już myślałam, że mnie nic nie zaskoczy. Czytam zapiski z Japonii z pewnego "frajersko napisanego" bloga (KLIK) i myślę sobie - ależ oni mają pokręcone rzeczy na półkach. Smaki nie do pomyślenia. Co więcej, osobiście wygrałam czipsy o smaku pepsi (dziwne były!) i kit katy o smaku budyniu dyniowego.

Jednak okazuje się, że dziwactwa, i to większe niż opisywane przez mnie ostatnio (KLIK) są do nabycia w sieci sklepów monopolowych, a ja nawet o tym nie wiem.

Mowa oczywiście o piwe wielorybim
fot. mbl.is



Do produkcji tego kontrowersyjnego napitku (zwie się on Hvalabjór) używana jest miedzy innymi mączka ze zmielonych wielorybich kości. Nie piłam tego i nie zamierzam - nie jadam i nie pijam ssaków. Znajoma twierdzi, że wszystkie piwa z tego krajowego browaru są ohydne, a to w porównaniu z resztą jest najlepsze. Ma dymny posmak. Dziewczyna nie planuje ponownego zakupu.

Wokół piwa znowu dym - tym razem jeden z parlamentarzystów o wdzięcznym imieniu Mörður oczekuje (i słusznie) od Ministerstwa Rybołówstwa i Rolnictwa odpowiedzi na niewygodne pytania, np. jakim cudem firma, produkująca mączkę wielorybią, która nie ma licencji na produkcję artykułów spożywczych dla ludzi, może zaopatrywać browar w sproszkowane kości. Piwo już w pewnym momecie zostało uznane za nielegalne, ale wspomniane ministerstwo przywróciło je do obrotu. Bo tak. Wieści o tym "rarytasie" w butelce obiegły już świat i spowodowały oczywiście wzburzenie opinii publicznej. Mörður chciałby także wiedzieć, czy ktokolwiek zainteresował się zarówno kwestiami prawnymi, jak i zdrowotnymi przed wypuszczeniem piwa na rynek. Ja chyba też.

fot. dv.is
fot. ruv,is
Spróbowalibyście tego?