Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wizja mamy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wizja mamy. Pokaż wszystkie posty

22 grudnia 2014

O końcu karmienia nocą

Dziś chcę napisać o pewnym paradoksie - o tym, jak zakończenie karmienia może czasem karmienie uratować.
Ignaś miał wtedy kilka miesięcy, prawie pół roku. Jazda zaczęła się parę tygodni wcześniej. Dziecię budziło się nocą tak namiętnie, że przestaliśmy spać - te kilkuminutowe drzemki z wycieńczenia nie liczyły się jako pełnoprawny sen. Najdłuższy maraton to dwa tygodnie bez snu trwającego ciągiem choćby godzinę. Zapisaliśmy pierworodnego do przyszpitalnej Kliniki Snu. 

Żeby nie było wątpliwości, uważam, że karmienie nocne jest niezwykle istotne dla bliskości, kluczowe dla rozwoju mózgu. Wiem, że dziecko i jego żołądek nie potrzebują odpoczynku od wartościowego i lekkostrawnego jedzenia, jakim jest mleko mamy, bo jest to mit. Wiem, że budzenie się nocą w celach spożywczych nie jest szkodliwe dla dziecka. I wiem, że dziecko karmione piersią nie będzie z powodu podawania w nocy piersi cierpiało na próchnicę. Zainteresowanych tym tematem odsyłam do wiarygodnych artykułów: (KLIK) (KLIK). Idealnym wyjściem dla Ignasia byłoby, gdybym umiała spać karmiąc i była rano równie rześka jak on. Niestety, Igi potrafił budzić się tyle razy, że po 12 pobudkach w ciągu 6 godzin snu przestawałam zazwyczaj liczyć i zaokrąglałam ich ilość do tysiąca. Odstawiłam Igiego ze względu na siebie. Czułam, że musiałam to zrobić.

Odstawiłam go w nocy zdecydowanie za wcześnie.
Gdybym mogła cofnąć czas, spróbowałabym jakoś dotrwać do roku. Teraz uważam, że pół roku to zbyt szybko na odstawienie, choć w skrajnych przypadkach uznałabym to za nieprzekraczalne minimum wiekowe.

Zalecenia położnej z kliniki nie były z nurtu Rodzicielstwa Bliskości. Kluczowe było bowiem zostawienie płaczącego dziecka na minutę w pokoju, po czym powrót, uspokojenie i ponowne wyjście. Ja te zasady zmodyfikowałam pod siebie, jako że wypłakiwanie mi nie leży. Wiem zbyt dobrze, jak może zaszkodzić to dziecku. Pomogło. Około 2 miesięcy nasze życie nocne było istnym koszmarem. Spróbowaliśmy chyba wszystkiego. Sęk w tym, że ja, obudzona, nie potrafię już zasnąć. Zrobiło się to niebezpiecznie, osłabłam, zaczęła siadać mi psychika, osiągnęłam dramatyczny poziom zmęczenia, bałam się usiąść za kierownicą samochodu, by nie spowodować wypadku.

Co jest pewne, to to, że doświadczenie z Kliniką Snu spowodowało, że odstawiliśmy Ignasia od piersi nocą. To oznaczało dla mnie powrót do żywych. Tato Ignasia chodził przytomny do pracy. Ignaś zaczął budzić się znacznie rzadziej, by w koncu przejść do snu trwającego nieprzerwanie 10-12 godzin.

Zmodyfikowane zalecenia (bez szkodliwego wypłakiwania):
- przygotowanie się na płacz*, nawet 40-60 minut ciągiem,
- mówienie dziecku przed odstawieniem, w tym samym dniu, że nocą dostanie wodę, ale nie będzie piersi (TAK, NAWET PÓŁROCZNEMU MÓWIMY - najwyżej nie zrozumie)**,
- zorganizowanie się - przeprowadzenie odstawiania np. w weekend, kiedy 1 rodzic może działać nocą, a potem odsypiać w dzień. Odstawianie najprawdopodobniej będzie trwać 2-3 dni,
- podanie kolacji w przypadku dziecka jedzącego już posiłki stałe (ale z tym czekamy oczywiście do ukończenia pół roku lub nawet dłużej, jeśli dziecko czekania potrzebuje), 
- nakarmienie dziecka z piersi przed snem (po pierwszej proponujemy drugą),
- gdy dziecko się obudzi, podajemy wodę,
- pierwotne zalecenie to uspokajanie przez rodzica bez mlecznych piersi. Moim zdaniem występowanie mleka w piersiach nie ma tu znaczenia***.

Odstawianie w nocy nie jest aż takie straszne, jak się może wydawać. Grunt to nasze wewnętrzne przekonanie, że tego chcemy. Pomaga także w innym podejściu do płaczu - nie pełnym bezsilności i bezsensownej szamotaniny, a dojrzałym, zorientowanym na pomoc. W sumie dość bierną, ale nadal pomoc. Nie robimy tego, czego dziecko chce. Podejmujemy decyzję i pomagamy mu z radzeniem sobie z emocjami. Płaczu, wbrew pozorom, nie ma aż tak dużo. Dziecko uspokaja się, czując nasz spokój.

Gdy odstawiasz:
- podawaj wodę
- tul, głaszcz
- mów do dziecka, ale krótko - gdy płacze, usłyszy jedynie krótkie hasła; u nas było to np. "Mleko śpi", "Możesz napić się wody", "Jest ci źle" czy cokolwiek, co było nazwaniem emocji malucha
- przypominaj, że mleko będzie rano
- pamietaj, że Twoje opanowanie i trzymanie sie swojej decyzji jest oparciem dla dziecka
- pamiętaj, że gdy dbasz o siebie, uczysz tego samego swojego dziecka
- jeśli musisz, wyjdź, odetchnij, wróć - 10 oddechów działa czasem cuda.

Zanim odstawisz od piersi spróbuj:
- karmić dziecko śpiąc
- spać w dzień (wykorzystuj drzemki dziecka!)
- kłaść się wcześniej spać
- spać z dzieckiem, jeśli nie praktykowałaś tego wcześniej - obecność rodzica może wpłynąć kojąco na jakość snu malucha 
- obniżyć standardy w domu - nieumyte naczynia nie są aż tak ważne jak Twój sen
- zadbać o zdrową, zróżnicowaną, pełnowartościową dietę
- pić dużo wody i melisy
- prosić o pomoc partnera, rodziców, przyjaciół (wyręczenie w obowiązkach domowych lub zabranie dziecka na spacer, gdy Ty w tym czasie możesz uciąć sobie drzemkę mogą baardzo pomóc)
- spotykać się z innymi dorosłymi, których towarzystwo działa na nas pozytywnie
- zadbać o ruch, najlepiej na świeżym powietrzu
- przekonać się, że nocne pobudki to nic aż tak dziwnego, o czym można przeczytać tutaj (KLIK)
- uświadomić sobie, jak ważne dla dziecka jest nocne mleko, a o tym tu (KLIK)
- postarać się o trochę czasu dla siebie.

Wielokrotnie spotkałam się z opinią mówiącą, że skoro mama jest skrajnie przemęczona, powinna dziecko odstawić od piersi. Całkowicie, bo inaczej się nie da. Opinie takie głoszą nawet niektórzy lekarze. Nic bardziej mylnego.

Odstawiałam od piersi niezliczoną ilość razy. To dlatego, że Igi dostawał dyspensę na pierś nocą, gdy chorował. A przecież zaczęło się chodzenie do niani, do przedszkola - a to oznacza infekcje. Stąd uważam się za ekspertkę w tej dziedzinie. Odstawienie nocne po pierwszych trzech razach budziło już we mnie zerowe emocje. Stało się codziennością taką, jak podawanie jedzenia i zmienianie pieluch. Nigdy już nie trwało 3 dni, raczej były to 1-2 pobudki pierwszej nocy. Robiłam ze sporą nadzieją kilka podejść do powrotu do nocnego karmienia, ale zawsze kończyło sie tak samo. Z dwóch karmień Igi płynnie wskakiwał na setki. 

Nie polecam odstawiania dziecka nocą dlatego, że tak się robiło 30 lat temu, z obawy przed próchnicą, z chęci kształtowania "prawidłowych nawyków żywieniowych", dania żołądkowi odpoczynku. Polecam odstawienie dziecka od piersi nocą w stanie niebezpiecznego zmęczenia, gdy wszystko inne już zawiodło, gdy przeszłyśmy badania (morfologia, ft3 i ft4, ferrytyna, witamina D, magnez, potas), gdy wykluczona została depresja. 

Dlaczego jestem przeciwniczką całkowitego odstawienia od piersi? Im dłużej karmisz piersią, tym lepiej - i dla dziecka, i dla Ciebie! Karmimy wyłącznie mlekiem z piersi przez pierwsze półrocze życia. Potem łagodnie wprowadzamy posiłki stałe tak, by mleko stanowiło 80-90% diety maluszka. WHO zaleca karmienie piersią minimum do 2 lat lub dłużej, gdy mama i dziecko tego chcą. Karmienie piersią m.in. obniża szansę na zachorowanie na raka piersi czy osteoporozę. Dlaczego jestem przeciwniczką cierpietniczego podejścia do macierzyństwa? Bo same wiemy, kiedy przekroczyłysmy granice normalnego funkcjonowania. Gdy życie traci ostatnie oznaki normalności, trzeba wreszcie sobie pomóc. Czasem oznacza to pewien minus dla dziecka (brak wartościowego mleka nocą), ale odstawienie prawdopodobnie mniejszą liczbę pobudek, a to z kolei daje dziecku opiekę bardziej wyspanej mamy.



* Tak, płacz. Dlaczego piszę, że "bez wypłakiwania", a tu nagle płacz? Otóż dlatego, że płacz płaczowi nierówny. Gdy rodzic aktywnie uczestniczy w trudnych emocjach dziecka, to nie możemy mówić o wypłakiwaniu. Małe dzieci płaczem się komunikują, stąd zawsze pojawi się ten element komunikacji i ekspresji - to od nas, rodziców, zależy, co z tego wyniesie dziecko. Czy poczucie, że rodzice mają je w nosie, strach, osamotnienie, złość, czy może uczucie bycia wspieranym, rozumianym przez dorosłego.

** Mówilismy prosto, że gdy Igi obudzi się w nocy, nie dostanie mleka, za to będzie tyle wody ile dusza zapragnie. Mówiliśmy mu, że będziemy go tulić aż zaśnie. I będziemy przy nim, jeśli będzie mu źle.

*** Mimo mlecznych piersi zaczęłam odstawiać Ignasia sama. Ponieważ miałam więcej cierpliwości niż Kwiatowy Tato, szło mi to lepiej i wszyscy byli zadowoleni z podziału ról.


21 stycznia 2014

O hodowli dzieciaka niejedzącego mięsa :)

Z czym wiąże się taka hodowla?

Z tym, że nie musimy zmieniać poglądów i zawartości lodówki ze względu na występowanie takiego małego osobnika w naszym domu.
Z tym, że trzeba sie psychicznie przygotować na pytania "A co wy właściwie jecie?" Nie do końca przez całą swoją karierę (już ponad dekadę) niejedzenia mięsa wiem, jak na takie pytanie odpowiedzieć... Mam wszystkie produkty w szafkach wymieniać? ;)
Z tym, że trzeba uprzedzać o niejedzeniu zwierząt tych, do których idzie się w gości. I podpowiedzieć, jaki zamiennik bedzie niekłopotliwy w przygotowaniu.
Z tym, że będą komentarze o krzywdzeniu dziecka i z tym, że trzeba wziąć się w garść i albo poprosić o darowanie sobie takowych, albo zacząć tych komentujących omijać szerokim łukiem. (Ciekawostka: ograniczenie spożycia słodyczy jest jeszcze bardziej kontrowersyjne niż brak mięsa w diecie. Ciekawostka druga: nie spotkałam się nigdy z takim komentarzem od nie-Polaków.)
Z tym, że da się taką hodowlę bezproblemowo prowadzić nawet gdy jedno z rodziców - co prawda rzadko, ale jednak - nie potrafi się oprzeć hamburgerowi. TK miewa czasem ochotę kupić sobie i zjeść przy nas mięso. Da się.
Z tym, że ludzie wokół o tym nie pamiętają i zdarza się, że chcą się dzielić, powiedzmy chlebem z pasztetem lub szynką. I trzeba im przypominać, że pasztet to mięso. Szynka też.

A jak to wygląda w przedszkolu? W pierwszym przedszkolu mięso było w jadłospisie przez 2 dni w tygodniu. Ignaś dostawał wtedy potrawy wege gotowane dla wegedzieciaków. Drugie przedszkole było wegańskie, zero problemu, rewelacyjne jedzenie. Obecne przedszkole jest jak najbardziej mięsne, ale mamy przekochanego kucharza, który powiedział, że dla niego ugotowanie czegoś wege dla Ignasia to żaden problem. Super, bo wstępnie dyrektorka mówiła mi, że będę musiała przynosić Ignasiowi obiady ugotowane w domu. Z mlekiem też nie ma problemu, w przedszkolu jest też inne niż krowie, którego Igi nie dostaje.

Z czym jeszcze należy się liczyć?
Z tym, że jednak z dzieckiem trzeba przeprowadzić rozmowę (i to niejedną) o tym, dlaczego my mięsa nie jemy, a inni tak. Ja nie owijam w bawełnę i mówię prawdę, że żal mi zwierząt i nie chcę ich jeść. Gdy Ignaś będzie trochę większy, wejdziemy w temat głębiej.
Z tym, że dziecko może chcieć spróbować mięso. Trzeba rozsądnie obserwować, co się dzieje. Ja porozmawiałam z naszymi boskimi przedszkolankami, które wiedzą już, że mają mi powiedzieć, gdyby coś się zmieniło. Wszak to one widzą go wśród dzieci, które mają inną dietę. Jak na razie Ignaś jest jedynym dzieckiem w grupie, które nie je mięsa, ale jest więcej niż OK z tym faktem - przynajmniej na razie. 

Nie zakładamy, że Igi będzie miał taką dietę zawsze. Do niczego nie jest zmuszany. Jeszcze w ciąży wspólnie z moją niewege połową ustaliliśmy, że z początku swojego życia Ignaś jeść mięsa nie będzie, potem zobaczymy. Nie mamy żadnej granicy wiekowej. Po prostu rozmawiamy z Ignasiem i obserwujemy go. Mówimy mu, że jeśli będzie chciał jeść mięso, to będzie to robił, bo będzie to jego decyzja.

Od koleżanek w Polsce słyszałam jednak budzące mój zupełny sprzeciw historie o ich bezmięsnych dzieciach i reakcji innych. Kilkoro rodziców boryka się ze sporym problemem, bo inni opiekunowie (np. dziadkowie) twierdzą wprost, że gdy będą mieli dziecko pod swoją pieczą, będą je karmili niezgodnie z zaleceniami rodziców. Dla mnie to nie do pomyślenia.

Cieszę się też, że mamy pełne poparcie ważnego domownika, jakim jest Tato zainteresowanego. Choć sam jada czasem mięso, nie wyobraża sobie podawania go Młodemu.

Taka hodowla wiąże się też z tym, że można być świadkiem takiej sytuacji:

Tato Kwiatka zabiera syna na lody. Kupują smakołyk, siadają, TK zabiera się do jedzenia. Igi nie, bo musi zadać pytanie upewniające:
- A czy w tych lodach jest mięso?

:-)

Jest wśród was ktoś, kto nie je mięsa? Jakie wrażenia?

PS. Świadomie nie piszę, że jesteśmy wege, choć jak ktoś pyta to dla ułatwienia właśnie tak mówię. Czasem jemy bowiem ryby.

27 listopada 2013

Czego uczy mnie moje dziecko

Dużo mówi się na temat wychowania. A konkretnie - o tym, że dzieci należy wychowywać. 
Wiecie co? Im dłużej przyglądam się młodzieży - i to nieważne, czy młodzież ta ma 2 miesiące czy 2 lata - tym bardziej dochodzę do wniosku, że to my, dorośli, powinniśmy wielu rzeczy się od naszych malców nauczyć. A właściwie - przypomnieć sobie, jak to było kiedyś... Po namyśle stwierdzam, że chętnie przejęłabym parę zachowań i cech Ignasia. Których?


  • Pracowitość (i dzika radość z pracy połączona z niezmordowaniem) - każda zabawa to tak naprawdę praca. Mały Naukowiec rozkłada na części pierwsze, obserwuje, eksperymentuje, doświadcza, myśli "outside the box". Fascynuje go wszystko i ciągle. Pracę zaczyna w momencie otwarcia oczu, kończy ich zmrużeniem do snu. Który dorosły ma siły na tak długi dzień aktywności zawodowej? Mało tego, nas otoczenie praktycznie nie interesuje. Dzieci obserwują je z rosnącą, a nie malejącą ciekawością, zadaja milion wnikliwych pytań.
  • Wyobraźnia, innowacyjność, nowatorstwo - Młodym nie jest potrzebna instrukcja obsługi. Chyba że do podarcia, zbudowania samolotu lub zrobienia wycinanki. Przedmioty znajdują w małych rękach tak niesamowite zastosowania, są tak ciekawie łączone, że nic tylko usiąść, popatrzeć, pouczyć się.
  • "Wiem, czego chcę", czyli stuprocentowe nastawienie na zaspokojenie swoich potrzeb. Rewelacja! My, dorośli, pędzimy przez rzeczywistość, a nasz zdrowy egocentryzm hamowany jest przez milion czynników. Igi po wstaniu pędzi do książki, choć chce mu się siku. Ale praca jest ważniejsza! Nie przytuli obcej osoby. Nie porozmawia z babcią, gdy właśnie odkrył nową zabawę, choć sprawi jej to przykrość. Zastanawiam się, kiedy zaczynamy zatracać wiedzę, o tym, czego naprawdę chcemy i kiedy priorytety układają nam się tak, że nudne siku jest ważniejsze od nowej książki.
  • Stanowcza odmowa - nie można tego jeszcze nazwać asertywnością, bo i elementy agresji mogą się zdarzyć, i niebranie pod uwage potrzeb innych. Dzieci (przynajmniej te młodsze) rzadko bywają jak dorośli ograniczone obawą przed zranieniem innych, chęcią ich zadowolenia itp. Po prostu nie robią tego, czego nie chcą. Kropka.
  • Nieskrępowana wolność. Wolność słowa, wolność śpiewu, tańca, rysowania czego się chce i jak się chce. Wolność fikania, dziczenia, kwiczenia, a także drapania się w pośladek. Olewania próśb, gróźb i poleceń. Któraś dziewczyna (jejku, nie pamiętam!) napisała obłędny przykład. Przypomnij sobie sytuację, w której chcesz czegoś od swojego dziecka, a ono zlewa cię ciepłym moczem, odbiega w dziwacznych podskokach, pokwikuje, chwyta się z pośladki i wywala język. Przypomnij sobie, co wtedy czułaś. A nastepnie zamień osoby. Na miejscu dziecka postaw siebie, a na swoim - szefa, który daje ci nieciekawe zadanie. Ole! 
  • Drapanie się w pośladek podsumowuje brak wstydu - w pewnych aspektach. O ile łatwiejsze jest życie, gdy z takim drapaniem nie trzeba się kryć. Że nie wspomnę o innych "wstydliwych czynnościach". Ale wstyd też jest. Tam, gdzie zasady savoir-vivre'u mają jeszcze małe znaczenie, człowiekowi wolno być niepewnym i nieufnym wobec obcych, schować się za mamą lub fotelem, by ocenić, poobserwować, przyzwyczaić się, przełamać lody lub nie. To takie podążanie za instynktem i intuicją. Dzieci nie czują potrzeby bycia miłymi, gdy tego nie chcą ani nawiązywania kontaktów wbrew sobie. 
  • Błyskawiczne załatwianie spraw i brak wyrachowania. Kolega zabrał mi auto? Dostaje za to natychmiast w łeb i nieważne jest to, że ma kupę odjechanych zabawek, którymi jego mama, obrażona za cios nie pozwoli mi się bawić ;-) Zresztą i tak za 3 minuty pogodzimy się, by za kwadrans pobić ponownie. Po prostu emocje.
  • Wolność na talerzu. To nie tak, że zjadamy wszystko co do okruszka i to dokładnie to, co zostało na stole postawione przez kogoś innego. Tu rządzi żołądek, który mówi kiedy, co i ile zjeść. I często nijak się to ma do planu dnia dorosłych. To samo ma się do spania.
  • Wewnątrzsterowalność - oceny innych mają na dzieci taki wpływ, jak kasztany na produkcjęlampek choinkowych. Dzięki temu Młodzi zaskakują zabawami, niesamowitymi zestawieniami ubrań i dodatków, czy chodzeniem dwa kroki w bok, trzy do tyłu i podskok. Tańczą tak, jak gra im w uszach melodia i nie widzą krzywych spojrzeń, nie wiedzą, co to ocena i krytyka. Oczywiście do czasu, niestety.
  • Wiara w siebie. Maluchy przychodzą na świat umiejąc zaskakująco niewiele. Do wszystkiego dochodzą same ciężką pracą i ciągłymi ćwiczeniami. Świat stoi przed nimi otworem, mogą wszystko! Marzenia to dla nich chleb powszedni, a nie niepotrzebne mrzonki.
Dzieci uśmiechają się podobno około 400 razy na dobę. Ciekawe, jaki ma to związek z tą moją wyliczanką? :-)

Ja chyba za bardzo w wychowanie nie wierzę. Często wychowanie jawi mi się jako temperowanie, zabijanie chęci działania, ustawianie według innych, nauka zapominania o sobie, nauka sztampowego myślenia, a w najgorszym razie (fakt, to żadne "wychowywanie" nie jest) - związane jest z krytyką, wylewaniem zimnego kubła wody na głowę, bolesną oceną, wyśmiewaniem marzeń.

Wierzę zdecydowanie w dawanie przykładu. Wierzę również, że moją własną jakość życia bardzo podniosłoby takie "dziecięce" podejście do wielu spraw. I dużo rozmyślam nad tym co zrobić, by przynajmniej część z wymienionych cech pomóc Ignasiowi zachować :-)

Widzę, że moja akceptacja jego potrzeb i zachowań powoduje, że chce mu się podchodzić do nas emaptycznie i respektuje nasze potrzeby nawet chętnie. (Oprócz wycia, moja potrzeba spokoju jest od lat niezaspokojona i to bez jakichs świetlanych widoków na przyszłość... ;-) I to jest budujące, bo zawsze gdzieś tam czai się obawa o wychowanie tyrana i egocentryka, gdy mówimy o zaspokajaniu potrzeb dziecka. Więc komunikujmy swoje potrzeby! Mówmy o nich, żeby mogły byc przez małolata zauważone i wzięte pod uwagę! 

Mission accomplished? Pogadamy za paręnaście lat ;-)

Chętnie poczytam, czego Was uczą Wasze dzieci (a może przeciwnie, nie uczą?) i jakie zdanie macie na ten temat.

A zbaczając z tematu - jeszcze tylko kilka dni macie na zgłoszenie chęci przygarnięcia kocyka!
Wystarczy podać ciekawą zimową zabawę z "ciepłem" jako motywem przewodnim! Czas ucieka...


14 listopada 2013

Uczulenie

Gdy zostałam mamą, zaczęła mi się alergia. Jedna zwykła, wziewna, paskudna - nikomu nie życzę i dobrze, że sama po 2 latach minęła!
Druga nie minie chyba nigdy, choć zapewne wyciszy się, gdy Igi będzie starszy. To alergia na "grzeczne" dzieci.

Nie lubię czytać o grzecznych dzieciach, nie lubię o nich słuchać, a w osłupienie wprawia mnie, gdy zadawane mi jest pytanie, czy Igi jest "grzeczny". Logika mi się burzy, zrozumienia brak, nie wiem, co odpowiedzieć.

No bo jak mam odpowiedzieć? Z obserwacji wynika mi, że "grzeczne" niemowlę to takie które:
  • grzecznie śpi - ale jak już się budzi, bo jest głodne, to je dyskwalifikujemy, gdy zaczyna mu się choroba lub ząbkuje i budzi się, by płaczem zawołać rodzica o pomoc, to sorry kolego, grzeczny już nie jesteś. Grzeczne zasypianie, czyli szybkie i bezproblemowe, też kwalifikuje się do tej grupy.
  • grzecznie je - wtedy, kiedy rodzice chcą, tyle, ile podadzą i to, co podadzą. Natomiast gdy głodne nie jest lub (Boże broń!) jedzenie jest niesmaczne, czy po prostu nie ma na nie ochoty - tytuł "grzecznego" jest szybko odbierany.
  • grzecznie się bawi - długo, raczej cicho, w trosce o spokój dorosłych, za to gdy zabawa je znudzi, czymś sfrustruje - ups, zaczyna być "niegrzeczne". Do zachowań niegrzecznych zaliczany jest też cały ogromny wór zawierający "poznawanie świata" - paszczą, ozorem, łapą, przez rzucanie, rozgniatanie, obślinianie, przez ciekawskie wspinanie się, przesuwanie, włażenie do, rozrzucanie, darcie i szarpanie. Nie bawisz się wyłącznie zabawkami i to zgodnie z instrukcją producenta? Uczysz się, poznajesz? Jesteś niegrzeczny.
  • grzecznie robi siusiu i kupę - nie za często, nie za rzadko (wtedy rodzic musi się martwić) i nie tuż po zmianie pieluszki, bo to jest po prostu czysta złośliwość.
Z osobą nieco większą jest też większy problem. Grzeczny żłobkowicz i przedszkolak to taki, który oprócz powyższych:
  • grzecznie bawi się z innymi dziećmi - zawsze chętnie, bez burd i afer, bez gryzienia, krzyczenia, płaczu i wydzierania sobie lalek. Zły nastrój, osobista antypatia lub strach o swoją własność nie są mile widziane.
  • grzeczne olewanie okresów buntów i lęków separacyjnych - te ciężkie dla dziecka i rodziców momenty rozwojowe są apogeum niegrzeczności. Płacz, tantrumki, nierozłączność... To nie może dotyczyć grzecznego dziecka.
  • wspina się dzielnie w kierunku wysokiej poprzeczki postawionej przez rodziców - jedząc, nie ma chęci na zabawę i używa sztućców oraz serwetki, bawiąc się nie robi wokół siebie bajzlu, szybko zaczyna mówić oraz chodzić i nie przewraca się. A gdy opanuje trudną sztuke przemieszczania się, nie ucieka i nie wchodzi tam, gdzie mu nie wolno. Nie powtarza przekleństw po rodzicach.
  • grzecznie się ubiera - nie dręczy rodziców własnym zdaniem i zachciankami ciuszkowymi. Ubiera się lub pozwala ubierać sprawnie i bez zakłóceń. Także wtedy, gdy metka gryzie lub pasek jest za ciasny i boli od niego brzuch.
  • grzecznie chodzi do placówki - żadnych tęsknot za rodzicami, żadnego strachu przed rozstaniem, obcym miejscem i nieznanymi opiekunami.
Żarty na bok :-)
Nie widziałam jeszcze "grzecznego" dziecka. Mam wrażenie, że ten dziwny wytwór to pozostałość po poprzednich pokoleniach. W tej chwili kojarzy mi się tylko z brakiem refleksji rodziców i chęci zupełnego podporządkowania dziecka życiu dorosłego.

Grzeczne dziecko to taki mały robocik albo lalka. Bez własnego zdania, uczuć. Zawsze wstaje prawą nogą i ma wyłącznie dobry (ale nie za dobry!) nastrój. Działa idealnie - jak mały, nakręcony przez kogoś zegarek. Jeśli nawet ma, to nie komunikuje złego samopoczucia, bólu, choroby. Nie poznaje świata w niepożądany sposób, jest ciche, zasady savoir - vivre'u wysysa z mlekiem matki. Mówi "dzień dobry" nawet, gdy się wstydzi, na zawołanie odstawia przedstawienia związane z odpowiadaniem na pytania i pokazywaniem swoich umiejętności. Głód, sen, czas aktywności oraz ruchy jelit dostosowuje do potrzeb dorosłych. Praktycznie, prawda?

To ja jednak wolę mieć prawdziwe, przeżywające wszystkie emocje dziecko, a nie lalkę, która się niczym ze mną nie dzieli. Gdy jestem wyspana, obserwuję z fascynacją wszelkie objawy "niegrzeczności" mojego syna - babranie, paćkanie, rysowanie swojego ciała, radosne fikołki, kolczaste emocje, jeżdzenie do przedszkola z mikserem i chlapanie się w kałużach. I wiele, wiele innych. Ale na pytanie, czy Igi jest grzeczny, nadal nie umiem odpowiedzieć.



17 października 2013

Blisko, coraz bliżej...

Rodzicielstwo bliskości jest ważnym elementem mojego życia. Jest moim zdaniem najlepszą odpowiedzią na tak zwany "zimy WYchów", którą mógł dać świat. Bo ja ten termin wolę rozumieć jako puszczanie dzieciarni po domu i dworze bez skarpetek i zbędnych warstw na grzbiecie. Pomysł, że relacje rodzic - dziecko to nieustanna walka, która ma pokazać, kto jest górą, smuci mnie. 

Smuci mnie, gdy ktoś chce mnie przekonać, że moje dziecko ma złe zamiary, że chce mnie zmanipulować. I że robi to już będąc w brzuchu, a po wyjściu z niego swoimi mackami próbuje zawłaszczyć wszystko, co znajdzie wokół, a przede wszystkim próbuje "rządzić" rodzicem. A rodzic musi się "bronić". 

Ta teoria jest krzywdząca i przysłania nam, rodzicom, prawdziwe potrzeby dziecka. Każe "uczyć" i "przyzwyczajać", zamiast "być z" i najzwyczajniej "kochać" oraz "rozumieć". Zabija w nas instynkt słuchania dziecka i odpowiadania na potrzeby, których samo jeszcze nie potrafi zaspokoić. 

Rodzicielstwo bliskości to dla mnie zbiór propozycji, w których przebieram sobie i wybieram to, co mi odpowiada. Dużo myślę, analizuję, wczuwam się w siebie, aż w końcu znajduję to, co odpowiada mnie i Ignasiowi. Mam na koncie kilka sukcesów oraz kilka spektakularnych porażek. Ale jedno mogę napisać z wszelką pewnością - to dla mnie nie moda, za którą ślepo podążam. To wór pomysłów i narzędzi, które pomagają mi, gdy moje kompetencje bywają podważane. Stamtąd czerpałam siłę, szczególnie jako świeżo upieczona, niepewna siebie mama.

Rodzicielstwo bliskości pozwala widzieć swoje dziecko jako człowieka, godną szacunku, małą osobę, a nie przeciwnika. Osobę, która wiele rozumie, której umiejętności są bacznie obserwowane. Zgadzam się z Anią JM, która zwraca uwagę, że to trudniejsza droga, droga bez wyręczania (chyba, że trzeba), bez tresury. To wymagające podejście, które zakłada bycie z dzieckiem, dobrą komunikację i mądre wspieranie jego rozwoju, bycie "przewodnikiem". Nie ma tu miejsca na porównywanie, ocenianie, przyspieszanie rozwoju na siłę, to podejście w założeniu bezprzemocowe.

Moim zdaniem RB nie ma nic wspólnego z widmem bezstresowości. Bo z zarzutem, że RB = wychowanie potwora w cieplarnianych warunkach chyba spotykają się wszyscy, którzy otarli się choć o ten termin. Wychowanie bezstresowe to coś, czego wszscy się boją, a nikt do końca nie wie, co to jest. Życie bez stresu jest chyba utopią, a poza tym to żadne wychowanie nie jest. Raczej brak wychowania, gdy rodzice puszczają dziecko samopas w imię własnej wygody, lenistwa, strchu przed konfrontacją itp.

Rodzicielstwo bliskości nauczyło mnie o dziwo, że mam zadbać przede wszystkim o swoje potrzeby. Że mam robić to, czego chcę. Że jak najbardziej ustalam zasady, choć słucham, oczywiście, dziecka (chyba że tego absolutnie nie dopuszczam, np. zabawy ostrym nożem, gryzienia lub wtykania paluchów w kontakt). Że znam swoje dziecko lepiej, niż inni. Nauczyło mnie większej łagodności i trochę wypolerowało mi ostre brzegi. Dało mi siłę przebicia. I pretekst do przemyśleń oraz inne stanowisko, bo komentarze na temat "zimnego chowu" mamy często w pakiecie wraz z poprzednim pokoleniem.


5 października 2013

O Słodkich Sobotach raz jeszcze

No i wreszcie wyczekiwana sobota - najulubieńszy dzień Igusia (bo do szczęścia brakuje mu jedynie wizyty w przedszkolu). Imieniny Kota, czyli rytualny czas słodyczowego obżarstwa. Ostatnio wpadłam na nowy pomysł - wykładam całodzienny przydział na talerz, który dumny posiadacz może okupować już od samego rana i zaraz po śniadaniu zdecydować samodzielnie, kiedy wszystko zjeść. Na jedno posiedzenie? A może z przerwami? Wybór należy do Ignasia.

2 sierpnia 2013

Szlag!

Mieliśmy pewnego razu (ponad rok temu!) nieprzyjemność brać udział w bitwie. O... żegnanie się z Ignasiem.

19 czerwca 2013

Zabawki i nie tylko

Muszę dodać do wypowiedzi mojej imienniczki, a obecnie współlokatorki i partnerki w rozmowach swoje 3 grosze. Ania napisała tak: link "Dla ciebie wszystko".

Kiedy myślę o swoim dzieciństwie, widzę mało sprzętów technicznych, stosunkowo mało zabawek - takie czasy, za to co pamiętam, to albo czas z Babcią (gotowanie, ogródek, zakupy), Dziadkiem (warsztat stolarski, ogród, spacery, czytanie), z rodzicami kojarzę głównie wakacje, czyli wyjazdy, wypady, wycieczki - nie przelewało nam się, ale jeździliśmy po Polsce, a czasem nawet za granicę. Najchętniej bawiłam się u Dziadka w warsztacie, gdzie wolno mi było rysować na drewnie, wiercić, wbijać gwoździe, bawić się magnesem. Uwielbiałam rysować, Babunia uczyła mnie szydełkować i robić na drutach, poza tym byłam ciągle w ruchu - zimą sanki, latem rower z kolegami. Gdy Dziadek nie pracował w warsztacie, zajmował się ogrodem, a najchętniej swoimi ulami, Babunia oporządzała kury. I to wszystko w środku niemałego miasta :) Z drugimi Dziadkami jeździłam na grzyby i jagody oraz na fantazyjne wakacje - mikrodomki lub wagon kolejowy przekształcony w wakacyjne mieszkanko. Niestety miałam zakaz chodzenia z Dziadkiem na ryby, gdyż wypuszczałam mu wszystkie zdobycze pochlipując w rękaw z żałości nad ich losem.

Miałam Barbie i Fleur, miałam świetny zestaw Lego, doskonałe kredki. Fleur miałam tylko dlatego, że nasz durny pies pogryzł ją koleżance, więc zepsuta została u mnie, a na nową z Baltony zbieraliśmy nie wiem jak długo, by pokrzywdzonej dziewczynce oddać... Nie miałam akcesoriów dla Barbie, ale za to Babcia szyła mi dla niej ubrania, jakich w sklepie nie można było dostać. Miałam też świetne zabawki zrobione przez Dziadka - najszybsze w okolicy sanki na giętych płozach, jeszcze po moim Ojcu; wózeczek na kiju, kołyskę dla lalki, którą mama pomalowała w ludowe wzory ( świetnie nadawała się dla kota, bo kto by się bawił lalkami, gdy zarąbisty, najwłaśniejszy kot na podorędziu), miałam też wózek dla lalki, w którym naturalnie woziłam kota. Miałam mnóstwo książek. Grałam na pianinie, pływałam, uczyłam się angielskiego, chodziłam na świetne zajęcia z plastyki. Miałam kupę czasu dla siebie.

Czy chcę "dać mojemu dziecku wszystko", "zrekompensować" mu to, czego mnie brakowało? Ani trochę. Mamy mało zabawek. Nie toleruję plastików, jeśli już to drewno. Neguję wszelkie gadżety. Niepohamowanie kupuję tylko książki. Ignaś najlepiej bawi się przedmiotami codziennego użytku i uwielbia czytać. Uważam, podobnie jak Ania, że zabawki, gotowe przedmioty rzekomo edukacyjne ograniczają wyobraźnię. Bo co można zrobić z gotowym telefonem, jak tylko bawić się nim w dzwonienie?
Kupowanie dziecku bardzo wielu rzeczy, o czym rozmawiałyśmy z Anią, ma wiele skutków. Dzieci są szczęśliwe, bo dostają to, czego chcą, rodzice cieszą się, widząc radość swych pociech. Ale... Dzieci nie są w stanie ogarnąć tego, co mają. W moim odczuciu tak tworzy się konsumpcyjne postawy u najmłodszych. Poza tym dla mnie najważniejszą chyba rzeczą jest to, że kupowanie wszystkiego ograbia dzieci z marzeń. Bo o czym marzyć, czego pragnąć, gdy już się wszystko ma? To dla mnie strasznie ponura wizja... Było coś wspaniałego w marzeniach z dawnych czasów - żeby mieć piękny strój kąpielowy, wyśniony atlas, czy odjechany rower. Teraz "wypada" dać dziecku komputer z okazji chrztu, kłada i tablet na komunię oraz samochód lub kilka tysięcy na osiemnastkę. Okrutnie smutne.

Zatem, czy chcę dać Ignasiowi to, czego mi w dzieciństwie brakowało? Brakowało mi lepszego roweru i domku dla Barbie, komputera i gier i paru innych rzeczy. Ale wcale nie uważam, bym ucierpiała bez tych rzeczy. Przeciwnie. Chodziliśmy do kolegi, bo miał na ogrodzie huśtawkę, rowerami się wymienialiśmy, a domkiem Barbie bawiłam się u koleżanki. Mam za to furę rewelacyjnych wspomnień i zdjęć. Chciałabym, żeby miał podobnie. Nie boję się z nim iść do sklepu, choć wyje o wszystko, by mu to kupić. Uważam to za cenną lekcję i konsekwentnie nie kupuję byle czego. Nie chcę mu kupować klocków, które go mocno jarają, a które są w każdej poczekalni w dziecięcym kąciku. Pomimo tego, jak bardzo lubi się nimi bawić. Bo... Co będzie robił w poczekalniach, gdy te klocki spowszednieją mu w domu?

Może jestem niedzisiejsza, za bardzo zapadły mi musierowiczowskie ideały, łykane nocami przy świetle lampki, ale... Zaryzykuję! Ignaś Doświadczalny w domowym laboratorium pod lupą :)


30 maja 2013

Przedszkole za granicą

Jeśli ktoś ma ochotę poczytać o naszej zagranicznej drodze przedszkolnej - czyli od psychiatryka do bardzo słodkiego miejsca, zapraszam do czytania na blogu Olgi, mój jest ostatnim z  serii artykułów o wczesnej edukacji dzieciaczków poza granicami naszego kraju.



26 lutego 2013

Sobota - Imieniny Kota

A wiecie, co mamy w soboty? Przyswoilismy sobie praktyczny tutajszy zwyczaj - słodkości je sie tylko jednego dnia tygodnia. Im starszy sie robi nasz Igulek, tym bardziej mi go wszyscy pasą ciachami, szczególnie w gościnie. Trzeba było jakies reguły ustalić. Bałam się o jego zęby, o apetyt na wartościowe jedzonko i o kupona, tym bardziej że z zatwardzeniami nawykowymi woziliśmy się przez kilka miesięcy. Fakt, Igi nie jadł dużo słodyczy (ze mną spożycie jednej kostki czekolady zajmowało kilka dni, bo dostawał mikrokęsy i mimo tego fikał z radości, ale już Tati nie potrafił się powstrzymać), ale reguły potrzebne były nam, dorosłym. Bo kiedy ja ustalałam regułę jednego cukierka dziennie, to często okazywało się, że Igi dostawał jednego ode mnie, dwa od Taty i jeszcze coś w gościach. 
I tak oto tylko w soboty Zdzisinek dostaje SUODYYYYCZEEE. Rankiem rzuca się na świeżo ugotowane kakałko, potem często bywają lody lub jakieś ciasto. Najlepiej, wiadomo, własnej roboty.
Ostatnią sobotę spędzaliśmy w całości z Kwiatowym Tatą, który tak sobie wziął do serca Imieniny Kota, że posłodził kakałko, zapchał Stworka całym paskiem gorzkiej czekolady oraz zaoferował mu ogromną czekoladową muffinkę w sklepie. Potem w naszym kochanym "peczkolu" był balik i Ziutek skosztowal jabłecznika, a może nawet wszamał coś jeszcze, nie monitorowałam go aż tak bardzo, zeby wiedziaeć, co skapnęło mu ze stołu. 
W pewnym momencie na pytanie, czy napije się kakao, nasze dziecię, urodzony czekoladoholik, odpowiedziało "nie, dziekuję" i poszło sobie. 
Nastąpiło przesycenie. Słyszałam o tym stanie (no dobra, he he, sama go często doświadczałam i nadal mi się zdarza). Ale jeśli chodzi o Ignasia, to myślałam, że jest czekoladową studzienką bez dna. Okazało się, że wystarczy trochę tatokwiatkowej inicjatywy i słodycze będą nabierały właściwości wykrztuśnych.

O, o! I jeszcze cos mi się przypomniało! Jakie dziwaczne potrafią być dzieci. Bo mi Igul żebrze czasem o tran. I dziś złapałam się na tym, że sugeruję mu, że tran dostanie po naleśniku - czyżbym dokonywała kuszenia RYBIM OLEJEM?

A na koniec tej historyjki z morałem film, w którym wystepuje najrozkoszniejszy krokodyl, jakiego miałam okazję widzieć. Miałam go pokazać Igiemu, ale zapomniałam. Mimo wszystko idę o zakład, że jutro zakocha się ponownie w krokodylach. Bo jakby ktoś nie wiedział, to on jest teraz Oglomnym Potwolem i Potwól musi mówic ceść Potwól Mamooo.


23 lipca 2012

Trudne tematy


Posiadanie zwierzątek ma swoje miłe strony (mruczenie i puchatość oraz fakt, że nic nie robi lepiej na ból brzucha niż okład z ciepłego i zawsze empatycznego kocura), uciążliwe (piach i sierść w każdym zakamarku domu) i trudniejsze. Bo koty to drapieżniki, które o swoich właścicielach pamiętają nawet w czasie łowów i często znoszą łupy do domu, by podzielić się swoją wielką radością.
Nasza mała kociczka ostatnio się podzieliła. Ptaszkiem. 
Wparowała do domu, gdy jedliśmy śniadanie.

20 lipca 2012

O jedzeniu jeszcze raz

Każda wakacyjna wizyta w Polsce nastraja mnie refleksyjnie, jeśli chodzi o jedzenie.

Tegoroczny Przekrój czerwcowy: Wywiad z redaktorką naczelną miesięcznika (obym nie skłamała) Dziecko. "W Polsce trauma powojenna nadal trwa. Rodzice boją się, co się stanie, gdy dziecko nie zje posiłku. Młode mamy tracą mnóstwo energii na usiłowanie nakarmienia dziecka. Dzieci są w większości nakarmione i dobrze ubrane, a brak im "pożywienia" emocjonalnego" (to nie cytat, a jedynie podsumowanie fragmentu tekstu, który czytałam dwa miesiące temu). Moim zdaniem w wychodzeniu z tej traumy na pewno nie pomogły też PRL-owskie kolejki, puste półki, kartki, zdobywanie dóbr wszelakich. Wyobrażam sobie te niesamowite teraz dla nas troski rodziców o to, by włożyć coś do garnka i strach oraz rozczarowanie, gdy dziecko nie chciało jeść tego z trudem kupionego jedzenia.
Melchior Wańkowicz: "Cukier krzepi" - a niech go!
Moja Babcia: "To może ciasta? Nie? Przecież on ma już 7 miesięcy. Co ci przyjdzie z tego, że go tak sterylnie trzymasz?"
Ja rok temu w Polsce: "Gdzie mogę kupić zwykłą, naturalną, jednoskładnikową, niesłodzoną kaszę instant bez mleka modyfikowanego i owoców, czy innych dodatków?"
Koleżanka: "Moje dziecko nie je. Musimy je zmuszać, karzemy, gdy nie zje posiłku." Ja: "A co się stanie, jeśli mu po prostu pozwolisz nie jeść przez jakiś czas?" Koleżanka: "Zagłodzi się. Ona nigdy i niczego nie je, jeśli jej nie zmusimy."
Znajomi: "Dlaczego nie dajesz Ignasiowi (trzymiesięcznemu) herbatek i soczków?" W tej kwestii nic sie nie zmieniło. Igi oprócz mleka dostaje wodę i zbożówkę, jeśli chce.
Przyjaciółka: "Moje dziecko prawie nic nie je. Kolacja trwa kilkadziesiąt minut i talerz nie jest pusty" (ale osoba z otoczenia łatwo zauważy, że dziecko ma żołądek pełen przekąsek i nie jest w stanie poradzić sobie z kolejnym posiłkiem)
Fakt: Człowiek (także taki mały) ma żołądek o pojemności porównywalnej do swoich dwóch zaciśniętych pięści.
Znajomi: "Nasze dziecko nie zje nic, chyba że damy mu słodycze. Więc dajemy, inaczej byłaby katastrofa."
Fakt: Smaki słony i słodki uzależniają. Poza tym człowiek instynktownie wybiera bardziej kaloryczne jedzenie - "łatwiejszą" energię.
Fakt: Kubki smakowe odnawiają się po 10-14 dniach. Co oznacza, że po tym czasie mamy "nowy" smak - w ciągu dwóch tygodni można się odzwyczaić od smaku słodkiego, słonego, czy umami (5 smaku dodanego do 4 podstawowych, jest to smak np. zupek w proszku).
Ciekawy wywiad podpatrzony u Anuszki - wart przeczytania, oto link: http://zwierciadlo.pl/2012/bez-kategorii/usmiechnij-sie-siadamy-do-stolu
Scenka sprzed kilku miesięcy: Jedziemy samochodem na wycieczkę, pozwalamy sobie na odrobinę szaleństwa i kupujemy na stacji benzynowej ciacha w czekoladzie, słone i pikantne krakersy oraz batoniki zbożowe z czekoladą. Na widok zakupów Ignasiowi zaczynają świecić się oczy. Skąd on wie, co jest w tych szeleszczących opakowaniach, nie mam pojęcia! Skoro my jemy, to on też. Po ciasteczku, kilku krakersach i połowie batonika pije wodę do końca podróży. Przez 2 następne dni nie robi kupy.
Morał: Gdybym chciała, moje dziecko jednak by jadło. Ale nie zwykłe śniadania, obiady i kolacje, którymi w zasadzie gardzi, a rzeczy takie jak te powyżej. Ufam jednak, że on sam lepiej wie. I, jak pisałam w poprzednim poście jedzeniowym, nie martwię się, skoro jest radosny, rozwija się świetnie i wygląda kwitnąco :-)
Wiem i cały czas przypominam sobie, że niejedzenie to faza, która minie.