Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawowo. Pokaż wszystkie posty

17 października 2014

Deszczowy dzień

Deszczowe weekendy owocują miłymi, niekomercyjnymi zabawami. Oto jedna z nich:


Igi zrobił z lego rakietę, która została przyczepiona do deskorolki:


Dalsza ewolucja zabawy:


A marzy mi się takie zagospodarowanie tego kawałka salonu:

Pozdrawiamy z kraju, w którym zima stoi już za progiem :-)

11 października 2014

Wiesio - 4 lata

Narybek dorasta. Z rzadka trzeba mu zmienić ciuchy, a często nawet daje się go namówić, żeby przestał drzeć paszczę i powiedział coś ludzkim głosem. W codziennych rozmowach jest niezastąpiony, szczególnie ze względu na tę nieodłączną nutkę abstrakcji, którą wnosi do nawet najprzyziemniejszej konwersacji.

Niech żyje Wieś!

Czekał na "urodzinę" w napięciu. A tego wielkiego dnia wyczuł, że chcemy, żeby spał i wstał. Trzymaliśmy go więc w wyrze na siłę ;) Miał mieć urodziny jak Lisa z "Dzieci z Bullerbyn" - pyszności w łóżku. 


Dzióbek skupienia prezentuje nam teraz kotek za każdym razem, jak tylko przysiądzie przy klockach. LEGO są jednak fajne, mimo że plastikowe :)


To ten. Idę zbudować jakiś domek.

3 października 2014

Robienie na drutach... palcami :)

Źródła podają (zresztą widziałam vintage zdjęcia), że za dawnych czasów, kiedy nie było jeszcze gore-texu, islandzkie dzieci robiły na drutach już w wieku 3 lat. To oczywiście jest możliwe, choć nie probowałam jeszcze Igiego uczyć. Dźga sobie igliczkami jak chce i jest przeszczęśliwy, twierdząc, że robi sweter. 
Natomiast "finger knitting" jest doskonałym wprowadzeniem do świata bardziej wymagających robótek ręcznych. Jest tak z powodu prostoty zadania, natychmiastowych efektów - sznur rośnie w oczach, więc dziecko ma radochę jak nie wiem; a także niewymagających zasobów. Palce i włóczka, to wszystko.

Oto tutorial, z którego korzystaliśmy:


A na naszym instagramie (KLIK) możecie zobaczyć, jak szło Ignaśkowi:)

Paluszkowe prace z wełną wymagają precyzji i koncentracji oraz niepoddawania. Ćwiczą pamięć oraz myślenie przestrzenne. Ten rodzaj "robienia na drutach" jest świetny na początku, bo nawet osoba ćwicząca małą motorykę będzie cieszyła się natychmiastowym rezultatem.

Miłej zabawy!

27 stycznia 2014

Bawimy się - pianka

Jest pewien blog, który śledzę w sumie od niedawna. Jest wspaniały! Zaczęło się od tego, że zupełnie zwariowałam na punkcie kuchni Emila - zobaczcie sami! Ktoś gdzieś ją podlinkował, no i tak właśnie wpadłam po uszy! Bo mimo wieku sama taką chciałabym mieć! (KLIK

Inspiracje przychodzą do mnie od Izabeli codziennie. Wszystkich, którzy szukają pomysłów zapraszam do odwiedzenia tego szalenie kreatywnego miejsca. 

Już jakiś czas temu kupiłam piankę do golenia, bo zamierzałam zrobić z Igim coś, co spodobało mi się w jednym z wpisów. Zabawa poszła w innym kierunku. Igi miał psikać pianką przy pomocy pistoletu do lukrowania ciast, co kompletnie nie przypadło mu do gustu. Jednocześnie jednak, jak być może wiecie, zapałał ogromną miłością do lukrowacza, nazwał go swoim aparatem, robił nim zdjęcia bez przerwy i woził ze soba do przedszkola i na wycieczki.

Pianka stała w tym czasie w kącie, zapomniana i niepotrzebna. Aż pewnego dnia spadł deszcz, marna namiastka światła dziennego sączyła się przez gruby kożuch chmur, Tato Kwiatka w ramach przygotowań do wyjścia na basen zaległ na kanapie i zachrapał uroczyście... a ja natrafiłam na ten wpis.

Szybko zabraliśmy się do dzieła - na pierwszy ogień poszła nasza ukochana, wielka szyba w salonie. Igi zapoznawał się z aksamitną fakturą pianki, radośnie mazał i smarował też ręce:


Szybko pozbył się części ubrania, bo nie chciał go brudzić. Z rozmachem wysmarował sobie gołe nogi z uwzględnieniem stóp. W czasie gdy ja produkowałam podstawę do piankowych ciasteczek, Igi dreptał, obserwował pojawiające się ślady oraz wsłuchiwał się w plaskający dźwięk opiankowanych stóp na podłodze.
Przygotowałam mu gotowe (chyba juz przeterminowane) lukry, trochę ozdób świątecznych do pierniczków i suche dobra natury - ziarenka, kasztany, orzechy itp.

Igi bardzo chciał oblewać wszystko wodą, więc następnym razem rozłożę na podłodze folię malarską. Tym razem musiał mu wystarczyć jeden kieliszek do wina wody. Pianka mimo wszystko trzymała w miarę fason, a dźwięki wydawane przez stopy zmieniły się. Deptanie po przemoczonej ściereczce również okazało się fascynujące.

Opróżniony kieliszek wykorzystaliśmy do zrobienia intensywnie pachnącego męskim kosmetykiem (przez co absolutnie nieapetycznego) deseru:

Wyglądało to zupełnie inaczej niż pachniało - SMAKOWICIE!

Jeszcze trochę babeczko-cistaeczek:

Igi wrócił jednak do zabawy wielkoformatowej - barwienia lukrem pianki i przyklejania nasion dyni do okna...

... oraz wydrapywania wzorków paznokciami:

Na zakończenie Wieś poszedł na całość, smarując starannie całe ciało białą mazią:





Gorąco polecamy!

29 listopada 2013

Śmieci od Świętego Mikołaja

Wór śmieci, nieco spożywki, artykuły biurowe, ogólnie pojęty towar do zrecyklingowania i damskie akcesoria. To znalazłoby się na liście w liście do Świętego M. W zeszłym roku wór od Gwiazdorka mógłby być w zasadzie pusty, choć pełen rzeczy niewidzialnych

Ale do rzeczy :-)

Tak zwany Wiesiek jest istotą fascynującą. Przynajmniej dla mnie, a wie o tym każdy, kto podczytuje bloga. Tym razem światło reflektora pada na... najdziwniejsze i najulubieńsze zabawy Kotka z ostatnich dni. Trudno mi przejść obojętnie obok jego wyjątkowych aktywności.

To jak, wymieniać? Proszę:

  1. Papryka pokrojona w półokrągłe paski oraz butelka olejku to, jak się okazuje, podstawa długiej zabawy. Papryka może być tęczą, może być łodzią, może tulić i oplatać butelkę, może też być plastrem butelkę oklejającym. Możliwości są praktycznie nieskończone. Dużym plusem jest też to, że zabawkę można w trakcie ze smakiem chrupać, a w razie potrzeby dokrawać więcej kawałków tęczy.
  2. Dwie "podkradzione" podczas innej zabawy rolki po papierze toaletowym stają się "ubraniem" ukochanego pick-up'a. Ubieranie i rozbieranie auta zająć może cały poranek i spowodować odwlekanie w nieskończoność pójście do przedszkola.
  3. Niestandardowa zabawa w dom. Igi ma obecnie dwójkę dzieci - wspomnianego pick-up'a oraz malutki traktorek. Karmi je (piersią oraz swoim jedzeniem), ubiera, tuli do snu, znajduje innych rodziców tymczasowych, gdy wpadnie mu w oko jakieś wielkie auto. Kiedy któregoś razu Ignaś zrobił potworny bałagan, stwierdził, że to tak naprawdę pick-up. Pick-up, poproszony przeze mnie o posprzątanie bajzlu, stanął na wysokości zadania. Ubrany w dwie rolki po papierze toaletowym i prowadzony rączką Ignasia sprzątał "po sobie" kilkadziesiąt minut. Igi ganiał ze sprzątającym samochodem po domu i roztkliwiał się nad nim, powtarzając "To dobry i miły dzidziuś". Wiadomość z ostatniej chwili: pick-up ma nową mamusię, jest nią lokomotywa. I mamusia i dzidziuś muszą z Ignasiem jeździć do przedszkola i czekać na niego na półeczce.
  4. Latem Ignaś, zainspirowany wizerunkiem Hanki, poprosił o opaskę do włosów. Dostępne w danej chwili były okropne, ale w końcu niedawno natrafiłam na spoko egzemplarze. Kupiłam Zdziśkowi pakiet dwóch opasek. Igi, podniecony, oddał się natychmiast szalonej zabawie. Z jedną opaską na głowie, z drugą szalał i wymyślał zabawy tak różne, że odnotowałam tylko jedną: opaska przewleczona przez uchwyt szafki kuchennej staje się kierownicą bardzo szybkiego samochodu. Fascynujący jest również księżycowy kształt opaski, a także różnorakie są jej zastosowania, bo może być ona paskiem, bransoletką, okularami...
  5. Stary mikser. Wiem, że o tym już pisałam, ale jak robię zestawienie, to mikser musi być. To chyba najfajniejszy dar, na jaki mogłam wpaść. Igi pokochał swój mikser miłością wielką. tym wiekszą, że sprzęt działa i pozwalamy mu go włączać. Ignaś długo miksował podłogę, dzięki temu wie już, że wiertła się od tego wyginają. Ale zabawka nie straciła na atrakcyjności. Długo popylał do przedszkola z pudełkiem z mikserem :-)
  6. Puzzle. Wiesio ma swoje puzzle, ale i nasze, dorosłe są niczego sobie. Igi nie przejmuje się szczególnie kształtami, czy kolorami. Puzzle podbiera nam garściami i godzinami układa wielkie projekty: schody, gąsienice oraz kwadraty, wpychając części układanki na siłę. Zajęciu towarzyszy Dzióbek Skupienia. A zabawę zakończyć można chowaniem puzzli do pudełka. Ale nie byle jak. Gładkie kawałki układanki lepią się do małej stópki, co Ignaś skrzętnie wykorzystuje, nadeptując kolejne fragmenty, podskakując do pudełka i strząsając je do niego bardzo skrupulatnie.
  7. Zrobilismy w końcu kuchenkę naszemu małemu Mistrzowi Gara i Miksera. Zwieńczeniem projektu było dla mnie wsypanie całego suchego dobra, jakie miałam, do słoików. Igi zdziczał z radości i zaczął zabawę. Najbardziej ukochał sobie suchą fasolę. Słoik z fasolą powędrował do salonu, poduszka z fotela została zrzucona. Igi stanął na ogołoconym siedzisku, podał mi słój i kazał rzucać. Po rzuceniu ziarnka fasoli na poduszkę musiałam powiedzieć "Hop!" - tylko wtedy Igi (jak twierdził) mógł skoczyć.
  8. Jest coś elektryzującego w naszych słoikach - tych z solą, cukrem itp. Podczas gotowania łapka Ignasia zawsze "wpada" do słoja i zaczyna gmerać w zawartości, przesypywać, chwytać garścią i rozsypywać. Gdy nadchodzi jakis ciężki dzień, mogę włączyć Kiciusiowi Peppę, a jakże. Ale mogę też podać kilka słojów i pudełek (ryż, mąka, sól, soczewica) oraz podsunąć miotełkę i ściereczkę, by zyskać na czasie i chwili bardzo sensorycznego spokoju :) 
  9. Słyszysz "puszka sardynek" i co widzisz? Zapewne jedzenie. Moje dziecko, podobnie, jak dziecko Ani JM, widzi zabawę. Zabawę polegającą na... noszeniu sardynek (w puszkach) w zębach i chodzeniu tak po domu. 
  10. Zszywacze są tak niedoceniane jako prezenty dla przedszkolaków! Ten dzień, gdy Igi przyjął do wiadomości istnienie zszywacza i następujący tydzień zapisał się małymi, metalowymi zgłoskami w historii naszej rodziny. Ignasia ogarnęła pasja zszywania. Najpierw zszywał tradycyjnie, kartki. Albo jedną kartkę, po co dwie. Potem zafascynowało go wybebeszanie wnętrzności zszywacza, a na horyzoncie pojawiła się paczka ze zszywkami. Kto wie, czy nie bardziej fascynująca od samego zszywacza! Zszywki usłały podłogę naszego domu, ale z ich rozrzucania Igi zrezygnował w momencie, gdy pierwszy raz nadepnął na to małe, kłujące ustrojstwo. Gdy załatwił paczkę zszywek, zabrał się za zszywanie wyższego rzędu. Na przykład koc. Koce polarowe dobrze się zszywa. Gorzej, gdy chce się koc połączyć z fotelem, nie zawsze wychodzi. Zszywacz zabraliśmy mu, gdy pewnego razu na bardzo śpiąco nie mogłam wbić stopy w skarpetkę. Bo była zszyta. 
Mogłabym tak w nieskończoność. Rozumiecie teraz, skąd moja lekka awersja do kupowania typowych zabawek?

20 sierpnia 2013

Zabawa na deszczowe dni lub zwichnięte kolano

Niemobilne matki są bez sensu. A już niemobilne matki w połączeniu ze zbuntowanym dwulatkiem - katastrofa. Upadnie mi coś i nie ma bata, żebym podniosła - rozpaczliwie potrzebuję pomocy od własnego dziecka i... słyszę "NIE!" Serce rośnie. (W końcu Młody się reflektuje, ale często jest to okupione płaczem, albo długim przekonywaniem.)

Niemobilne matki są szczególnie bez sensu, gdy się chce iść na spacer, basen, rower itp. Ale wtedy można siegnąć do szerokiego aresenału gier i zabaw na pochmurne dni.

Cała tajemnica tej zabawy polega na tym, by ułatwić sobie życie. W tym celu farbę (ja używam podobno ekologicznej akrylowej) należy zmieszać z mydłem w płynie. Trik ten powoduje, że farba jest łatwa do zmycia z powierzchni wszelakich.

Po dwa odcienie z każdego koloru. Jak w Waldorfie. Żeby uwrażliwiać na kolory.



20 kwietnia 2013

Chlup!

Za oknem dzieją się rzeczy co najmniej idiotyczne, a juz na pewno - nieprzewidywalne. Bo ja staroświecka jestem i oczekuję, po ciepłej i bezsensownie bezśnieżnej zimie, kontynuacji w postaci bezśnieżnej wiosny. Ale to guuupie pomysły są. Nie będzie się chwilowo człowiek cieszył tym, co było jeszcze tydzień temu, a mianowicie spacerami w samym swetrze. A właściwie mógłby, ale chyba moja tkanka tłuszczowa nie pozwala mi się kwalifikować do grupy szczęśliwców, którzy nie muszą odgrzebywać kurtek z zakamarków w szafie. Nie dalej jak przedwczoraj przydomowa góra numer jednen prezentowała się tak: 

Zupełne przegięcie moim zdaniem. Ludzie wokół jakoś funkcjonują i nie podrzynają sobie masowo tętniczek, choć wypadałoby. Być może jednak spadek nastroju mojego i Kwiatowego Taty wiąże się pośrednio z tym, że Igi z wrzaskiem wkroczył w magiczny wiek 2,5 lat, miej nas Panie Boże w swojej opiece.
Nie polecam nikomu dzieciąt dwuletnich z hakiem. Dzieciątka w tym wieku dla zdrowia psychicznego powinny zostać oddelegowane na wakacje. Długie. Nie wiem, czy pokarałabym tą wizytą dziadków. Może jakiegoś wroga. Niemniej, jeśli ktoś lubi, to jasna sprawa. Melisa, dziurawiec, bateria ziołowych antydepresantów, pełen barek na najgorsze chwile i lektura pocieszająca - Juul, Faber i Mazlish, "Mądrzy rodzice", "Rodzicielstwo przez zabawę", "Rozwój psychiczny dziecka od 0 do 10 lat"... Byleby tylko nie myśleć za dużo, a przede wszystkim nie zapędzić się w kozi róg pytaniem "Co ja takiego zrobiłam, że moje dziecko takie jest?". Nie, nie, w tę stronę iść nie należy. 

Sobota zawsze niesie ze sobą pewne ukojenie. Dzieć od rana zapycha się kakałkiem i wszelkimi pochodnymi czekolady, poza tym jest basen. Co prawda na basen trzeba się dostać mimo potwornych kłód rzucanych pod drobne stopy Ignasia, a którymi mogą być na przykład:
- fakt obudzenia się
- pełen pęcherz (należałoby opróżnić, ale lepiej zawyć boleśnie do księżyca)
- poranne mycie zębów
- to, że na szczoteczce znalazł się jeden rodzaj pasty, a miały być dwa, Ignasiowy i maminy
- to, że na stole leży kożuch z kakao, a jak wiadomo, nie da się pić kakao w towarzystwie kożucha na stole
- to, że na śniadanie chciałoby się zjeść naleśniki, a Ojciec bezduszny powiedział, że będzie chleb z miodem
- to, że należy zdjąć piżamę, by móc się ubrać
- to, że skarpetka opornie wchodzi na stopę
- to, że stopa nie wchodzi do buta
- to, że "zawiązadła" nie poddają się manipulacjom i nie zawiązują tak łatwo
- to, że czapka nie ta
- to, że nie można się samodzielnie zapiąć w foteliku samochodowym.
Po przebrnięciu przez te straszliwe życiowe komplikacje można się zanurzyć w basenie, by poddać się kojącemu działaniu wody i możliwości torturowania wyszukanym wizgiem szerszej publiczności. Bo dwuletni z hakiem Igi nie wrzeszczy zwyczajnie. Jego "nie" jest słyszalne w promieniu około 10 kilometrów, a jest to dźwięk tak przenikliwie wysoki i wibrujący, że w domach i samochodach trzaskają szyby.
Na basenie, mimo że na zajęcia chodzimy odkąd Wieś skończył 8 tygodni, jest ogólny sprzeciw i przyklejenie do wybranego rodzica. Od ponad miesiąca, odkąd znowu przeprosiliśmy się z zajęciami, było nie, wrzask, strach, niechęć i ogólny napad emocji negatywnych. Równie dobrze mogłabym moczyć Kwiatka pod prysznicem, taniej by wyszło. Niektóre dzieciaki przepływają pod wodą pół basenu, a Igi lata poza, wrzeszcząc, że nie wejdzie.
A dziś - zupełny przełom. Olał Miś okulary pływackie, olał wrzaski, olał przyklejenie i ucieczki. Przypomniał sobie absolutnie wszystko, co robił kiedyś i... I zaczął pływać. Sam i z deską. Zaczął nurkować. Zaczął chichrać się pod wodą i stawać na dłoni Taty zupełnie wyprostowany. Zaczął znowu z radosnym plaśnięciem wskakiwać do basenu. Zaczął sam regulować długość czasu pod wodą i puszczony - sam wpływał na schodki i wyłaził na powierzchnię. Zaczął znowu mieć radochę i widać było po nim, że cieszy się swoją na nowo odzyskaną podwodną samodzielnością. 
Prawdę mówiąc, spodobało mu się to tak bardzo, że nie mogliśmy wyjść z basenu, mimo że zajęcia dawno się już skończyły. Musieliśmy siedzieć w basenie kilka metrów od siebie i łapać Gada za łapki, gdy się do nas zbliżał pod wodą.
To mnie nastroiło tak pozytywnie, że choćby spadło teraz pół metra śniegu, oleję to tak, jak Igi olał wrzeszczenie na basenie. O. I foty:









6 marca 2013

DIY - lampa lawowa




Czego potrzeba?

  • radosnego dziecka
  • butelki - szklanej lub plastikowej
  • oleju (raczej sporo)
  • barwnika spożywczego (ja już wiem, że lepiej w proszku, a nie w paście)
  • wody
  • tabletki Alka Seltzer (lub zamiennika) połamanej na 4 części
Jak stworzyć lampę? Należy w 3/4 wypełnić butelkę olejem, następnie dolać tyle wody, by zostało ok 3cm przestrzeni. Wsypać barwnik. A potem wrzucić połamaną tabletkę. W roli wrzucacza tabletek Igi znalazł się doskonale. Mnie urzekła kompozycja w butelce jeszcze przed barwnikiem. 
Wybuchy lawowe niestety trwają krótko, bo kilka minut, ale są całkiem przyjemne dla oka.
Zabawka w estetycznej butelce po winie stoi w kuchni i wrzucamy sobie do niej po tablecie, gdy najdzie nas ochota :-)

5 grudnia 2012

Czapka-niewidka

Koleżanka niedawno spytała mnie o hobby, zainteresowania, zabawy i zabawki preferowane przez Ignasia. To z okazji zbliżających się świąt i planów wspólnego ich spędzenia, oraz, w prostej linii następstw tej decyzji, rytualnej, cichaczem dokonanej podmiany prezentów dla Młodzieży od Gwiazdorka.
Stanęłam przed dylematem.w miarę jednoznacznej odpowiedzi.

Zabawy ostatnio wyglądają tak, że albo usuwamy jakieś niewidzialne, budzące strach żyjątka - przedwczoraj były to zające, a wczoraj krokodyle i jeden smok. Poza tym Igi wariuje w kuchni, wytwarzając hektolitry nieistniejącego koktajlu, który serwuje mnie i Michałowi w niewidzialnych szklankach, w których zawsze umieszcza słomkę. Niewidzialną. Gotuje nam niewidzialne potrawy i bawi się jeszcze całym mnóstwem przedmiotów pozostających pod działaniem czapki-niewidki.
Przedwczoraj zdefraudował "tempatulę" (czyli termometr). Było to o tyle niefortunne, że na początku tego tygodnia dziecię nam się podgrzało i nie wysłałam go w związku z tym na uczelnię. Rytualne pomiary "tempatuli" były bardzo ważnym punktem każdego dnia, a tu - termometru brak. Do tej pory Igi zapytany, gdzie schował coś, czego szukamy, zazwyczaj odpowiadał i po kilku próbach przedmiot znajdował się z powrotem u właściciela. Tym razem miotałam sie zupełnie bezcelowo, poszukując zaginionego termometru. Igi, zapytany o to, gdzie go umieścił, początkowo unikał odpowiedzi. Później zdematerializował się, by wrócić do mnie ze zdobyczą, trzymaną w wyciągniętej dłoni.
- Proszę - oznajmił radośnie, podajac mi termometr.
Niewidzialny.
Trik powtórzył jeszcze kilka razy, twierdząc z uciechą, że podaje mi czerwony termometr. Na co ja odpowiedziałam w końcu zgodnie z prawdą, że poszukuję naszego widzialnego, niebieskiego. Igi zatrzymał się, schował znaleziony termometr w zakładce rajstopek i zniknął, by po sekundzie wrócić, dzierżąc w dłoni niebieski termometr. Niewidzialny.
Igi często przerywa picie mleka, by zademonstrowac działanie łpatki, grabi, nożyczek i noża oraz podać mi wszystkie przedmioty. Wczoraj podawał mi ze stołu "wiggle wiggle", trzymając je chwytem pęsetkowym. Tak, ja tez nie wiem, co to jest, ale najwyraźniej jest niewielkie.
Podróż samochodem ostatnio minęła nam na bawieniu się w sklep, w którym Igi zapytywał mnie, czy kupię grabie, łopatkę i inne przedmioty. Na pytanie, co chce w zamian, odpowiedział mi, że pieniądze. potem sprzedał mi również pieniądze, więc generalnie lubię chodzić do jego sklepu. :-)
Zajmowanie się niewidzialnymi zabawkami powoduje, że czasami próby ułatwienia sobie życia biorą w łeb. Gdy z teatralną ciekawością i wielkim entuzjazmem zapytałam Igiego, czy pokaże mi, jak zakłada majtki, pokazał, a jakże. Miałam okazję podziwiać moje dziecko wykonujące zgrabne, przmyślane ruchy: pobrał bieliznę, skłon, podniesienie nogi, podniesienie drugiej, skłon, chwyt, podciągnięcie materiału zdecydowanym ruchem. 
Majtki były rzecz jasna niewidzialne.

Poza tym świat Ignasia wygląda tak jak matrix widziany na ekranie komputera... Liczby, wszędzie liczby... Wczytuje się chłopak w książki, by wyławiać numery stron, w instrukcje obsługi, by zakrzyknąć triumfalnie: "O, dwójka, widzisz?", w rejestracje samochodów. Najwiekszym szczęściem Igiego jest dostać się cudem do kalulatora w telefonie. Liczby rządzą. Kalkulator wkomórce aż dymi z przejęcia i przepracowania, gdy za jego uzywanie zabiera się  Igi i stuka z zapałem w klawiaturę, wznosząc okrzyki niczym na polu bitwy.

Ulubiona zabawka to drewaniany zegar, z wyjmowanymi cyferkami. O afekcie świadczy to, że Młody nierzadko śpi z zegarem.

Myślę, że lista do Gwiazdroka mogłaby być taka:
1. pudło niewidzialnych zabawek
2. kalulator
3. fortepian
4. wiertarka

20 lipca 2012

Zabawa farbami bez brudzenia :-)

Pomysł na to, jak bawić się farbami, gdy nie ma się ochoty na wielkie sprzątanie i pranie :-)


Do wykonania potrzeba jedynie zamykanych woreczków i taśmy klejącej.

Z tej perspektywy wygląda to tak, jakbym właśnie miała wykłuć coś Igiemu nożyczkami - muszę zatem zaznaczyć, że bezpieczeństwo było zachowane i żaden dzidziuś nie ucierpiał w  czasie malowania ;-)
Plusem jest też to, że farby w woreczkach można zostawić przyklejone do stołu/podłogi dłużej, u nas były kilka dni.

Miłej zabawy!