- Gdy postanowi, że chce się wysiusiać, zdejmuje ubranie w miejscu, w którym o oddaniu moczu postanowił. Wiąże się to z koniecznością drobienia niczym gejsza do "tolalety". To najwyraźniej Ignasiowi nie przeszkadza. Co więcej, wczoraj dowiedzieliśmy się, że drobienie ze spodniami wokół kostek nazywa się "chodzić rysować" jest jest bardzo cool.
- Czas na kąpiel? Igi zawsze, włażąc pod prysznic uznaje za stosowne nasikać sobie do wanny lub chociażby do brodzika ;-)
- Założyłam czapkę Ignasiowi z rozpędu? Nic straconego. Ignaś zawsze ją zdejmuje w trybie natychmiastowym i sporą dozą wkurzenia na mnie. Po czym zakłada ją sam, by sprawiedliwości stało się zadość.
- Igi teraz otwiera i zamyka drzwi zawsze sam. Jeśli to ja otworzę lub zamknę drzwi, Igi poprawi, żeby było tak, jak było i zamknie/otworzy drzwi. Żeby, jak wyżej, sprawiedliwości stało się zadość.
- Gdy podczas mycia zębów przychodzi czas na ich płukanie, daję czasem Zdziśkowi kubek. O ile naturalnie mam czas i wenę na osobliwy scenariusz płukania jamy ustnej. Należy zatem, zdaniem Ignasia, nabrać wody do kubka, a następnie z kubka - do ust. W trakcie wypluwania wody należy również wylać wodę z kubka. Czynność powtórzyć 10 - 20 razy.
- Jeśli czasu brak, nabieram wodę w garść i podaję pacjentowi do paszczy. Ten płucze kły, a następnie skrupulatnie wypluwa wodę co do kropelki w, oczywiście, matczyną garść. Gdy pospieszę się z nabraniem kolejnego łyka świeżej wody, splunie w nią i tak - oczywiście. Gdy nie podstawię dłoni do oplucia, zabulgocze z oburzeniem i sam przysunie sobie moją rękę, by na nią napluć.
Blog o hodowli dziecięcia ekspresyjnego, z dala od kraju ojczystego. A od czasu do czasu o pasji, jaką jest fotografia.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z dzidziusiowego punktu widzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z dzidziusiowego punktu widzenia. Pokaż wszystkie posty
13 grudnia 2013
Ignacy rytualny II
Dalsze rytuały Kiciusia:
29 listopada 2013
Śmieci od Świętego Mikołaja
Wór śmieci, nieco spożywki, artykuły biurowe, ogólnie pojęty towar do zrecyklingowania i damskie akcesoria. To znalazłoby się na liście w liście do Świętego M. W zeszłym roku wór od Gwiazdorka mógłby być w zasadzie pusty, choć pełen rzeczy niewidzialnych.
Ale do rzeczy :-)
Tak zwany Wiesiek jest istotą fascynującą. Przynajmniej dla mnie, a wie o tym każdy, kto podczytuje bloga. Tym razem światło reflektora pada na... najdziwniejsze i najulubieńsze zabawy Kotka z ostatnich dni. Trudno mi przejść obojętnie obok jego wyjątkowych aktywności.
Ale do rzeczy :-)
Tak zwany Wiesiek jest istotą fascynującą. Przynajmniej dla mnie, a wie o tym każdy, kto podczytuje bloga. Tym razem światło reflektora pada na... najdziwniejsze i najulubieńsze zabawy Kotka z ostatnich dni. Trudno mi przejść obojętnie obok jego wyjątkowych aktywności.
To jak, wymieniać? Proszę:
- Papryka pokrojona w półokrągłe paski oraz butelka olejku to, jak się okazuje, podstawa długiej zabawy. Papryka może być tęczą, może być łodzią, może tulić i oplatać butelkę, może też być plastrem butelkę oklejającym. Możliwości są praktycznie nieskończone. Dużym plusem jest też to, że zabawkę można w trakcie ze smakiem chrupać, a w razie potrzeby dokrawać więcej kawałków tęczy.
- Dwie "podkradzione" podczas innej zabawy rolki po papierze toaletowym stają się "ubraniem" ukochanego pick-up'a. Ubieranie i rozbieranie auta zająć może cały poranek i spowodować odwlekanie w nieskończoność pójście do przedszkola.
- Niestandardowa zabawa w dom. Igi ma obecnie dwójkę dzieci - wspomnianego pick-up'a oraz malutki traktorek. Karmi je (piersią oraz swoim jedzeniem), ubiera, tuli do snu, znajduje innych rodziców tymczasowych, gdy wpadnie mu w oko jakieś wielkie auto. Kiedy któregoś razu Ignaś zrobił potworny bałagan, stwierdził, że to tak naprawdę pick-up. Pick-up, poproszony przeze mnie o posprzątanie bajzlu, stanął na wysokości zadania. Ubrany w dwie rolki po papierze toaletowym i prowadzony rączką Ignasia sprzątał "po sobie" kilkadziesiąt minut. Igi ganiał ze sprzątającym samochodem po domu i roztkliwiał się nad nim, powtarzając "To dobry i miły dzidziuś". Wiadomość z ostatniej chwili: pick-up ma nową mamusię, jest nią lokomotywa. I mamusia i dzidziuś muszą z Ignasiem jeździć do przedszkola i czekać na niego na półeczce.
- Latem Ignaś, zainspirowany wizerunkiem Hanki, poprosił o opaskę do włosów. Dostępne w danej chwili były okropne, ale w końcu niedawno natrafiłam na spoko egzemplarze. Kupiłam Zdziśkowi pakiet dwóch opasek. Igi, podniecony, oddał się natychmiast szalonej zabawie. Z jedną opaską na głowie, z drugą szalał i wymyślał zabawy tak różne, że odnotowałam tylko jedną: opaska przewleczona przez uchwyt szafki kuchennej staje się kierownicą bardzo szybkiego samochodu. Fascynujący jest również księżycowy kształt opaski, a także różnorakie są jej zastosowania, bo może być ona paskiem, bransoletką, okularami...
- Stary mikser. Wiem, że o tym już pisałam, ale jak robię zestawienie, to mikser musi być. To chyba najfajniejszy dar, na jaki mogłam wpaść. Igi pokochał swój mikser miłością wielką. tym wiekszą, że sprzęt działa i pozwalamy mu go włączać. Ignaś długo miksował podłogę, dzięki temu wie już, że wiertła się od tego wyginają. Ale zabawka nie straciła na atrakcyjności. Długo popylał do przedszkola z pudełkiem z mikserem :-)
- Puzzle. Wiesio ma swoje puzzle, ale i nasze, dorosłe są niczego sobie. Igi nie przejmuje się szczególnie kształtami, czy kolorami. Puzzle podbiera nam garściami i godzinami układa wielkie projekty: schody, gąsienice oraz kwadraty, wpychając części układanki na siłę. Zajęciu towarzyszy Dzióbek Skupienia. A zabawę zakończyć można chowaniem puzzli do pudełka. Ale nie byle jak. Gładkie kawałki układanki lepią się do małej stópki, co Ignaś skrzętnie wykorzystuje, nadeptując kolejne fragmenty, podskakując do pudełka i strząsając je do niego bardzo skrupulatnie.
- Zrobilismy w końcu kuchenkę naszemu małemu Mistrzowi Gara i Miksera. Zwieńczeniem projektu było dla mnie wsypanie całego suchego dobra, jakie miałam, do słoików. Igi zdziczał z radości i zaczął zabawę. Najbardziej ukochał sobie suchą fasolę. Słoik z fasolą powędrował do salonu, poduszka z fotela została zrzucona. Igi stanął na ogołoconym siedzisku, podał mi słój i kazał rzucać. Po rzuceniu ziarnka fasoli na poduszkę musiałam powiedzieć "Hop!" - tylko wtedy Igi (jak twierdził) mógł skoczyć.
- Jest coś elektryzującego w naszych słoikach - tych z solą, cukrem itp. Podczas gotowania łapka Ignasia zawsze "wpada" do słoja i zaczyna gmerać w zawartości, przesypywać, chwytać garścią i rozsypywać. Gdy nadchodzi jakis ciężki dzień, mogę włączyć Kiciusiowi Peppę, a jakże. Ale mogę też podać kilka słojów i pudełek (ryż, mąka, sól, soczewica) oraz podsunąć miotełkę i ściereczkę, by zyskać na czasie i chwili bardzo sensorycznego spokoju :)
- Słyszysz "puszka sardynek" i co widzisz? Zapewne jedzenie. Moje dziecko, podobnie, jak dziecko Ani JM, widzi zabawę. Zabawę polegającą na... noszeniu sardynek (w puszkach) w zębach i chodzeniu tak po domu.
- Zszywacze są tak niedoceniane jako prezenty dla przedszkolaków! Ten dzień, gdy Igi przyjął do wiadomości istnienie zszywacza i następujący tydzień zapisał się małymi, metalowymi zgłoskami w historii naszej rodziny. Ignasia ogarnęła pasja zszywania. Najpierw zszywał tradycyjnie, kartki. Albo jedną kartkę, po co dwie. Potem zafascynowało go wybebeszanie wnętrzności zszywacza, a na horyzoncie pojawiła się paczka ze zszywkami. Kto wie, czy nie bardziej fascynująca od samego zszywacza! Zszywki usłały podłogę naszego domu, ale z ich rozrzucania Igi zrezygnował w momencie, gdy pierwszy raz nadepnął na to małe, kłujące ustrojstwo. Gdy załatwił paczkę zszywek, zabrał się za zszywanie wyższego rzędu. Na przykład koc. Koce polarowe dobrze się zszywa. Gorzej, gdy chce się koc połączyć z fotelem, nie zawsze wychodzi. Zszywacz zabraliśmy mu, gdy pewnego razu na bardzo śpiąco nie mogłam wbić stopy w skarpetkę. Bo była zszyta.
Mogłabym tak w nieskończoność. Rozumiecie teraz, skąd moja lekka awersja do kupowania typowych zabawek?
27 listopada 2013
Czego uczy mnie moje dziecko
Dużo mówi się na temat wychowania. A konkretnie - o tym, że dzieci należy wychowywać.
Wiecie co? Im dłużej przyglądam się młodzieży - i to nieważne, czy młodzież ta ma 2 miesiące czy 2 lata - tym bardziej dochodzę do wniosku, że to my, dorośli, powinniśmy wielu rzeczy się od naszych malców nauczyć. A właściwie - przypomnieć sobie, jak to było kiedyś... Po namyśle stwierdzam, że chętnie przejęłabym parę zachowań i cech Ignasia. Których?
- Pracowitość (i dzika radość z pracy połączona z niezmordowaniem) - każda zabawa to tak naprawdę praca. Mały Naukowiec rozkłada na części pierwsze, obserwuje, eksperymentuje, doświadcza, myśli "outside the box". Fascynuje go wszystko i ciągle. Pracę zaczyna w momencie otwarcia oczu, kończy ich zmrużeniem do snu. Który dorosły ma siły na tak długi dzień aktywności zawodowej? Mało tego, nas otoczenie praktycznie nie interesuje. Dzieci obserwują je z rosnącą, a nie malejącą ciekawością, zadaja milion wnikliwych pytań.
- Wyobraźnia, innowacyjność, nowatorstwo - Młodym nie jest potrzebna instrukcja obsługi. Chyba że do podarcia, zbudowania samolotu lub zrobienia wycinanki. Przedmioty znajdują w małych rękach tak niesamowite zastosowania, są tak ciekawie łączone, że nic tylko usiąść, popatrzeć, pouczyć się.
- "Wiem, czego chcę", czyli stuprocentowe nastawienie na zaspokojenie swoich potrzeb. Rewelacja! My, dorośli, pędzimy przez rzeczywistość, a nasz zdrowy egocentryzm hamowany jest przez milion czynników. Igi po wstaniu pędzi do książki, choć chce mu się siku. Ale praca jest ważniejsza! Nie przytuli obcej osoby. Nie porozmawia z babcią, gdy właśnie odkrył nową zabawę, choć sprawi jej to przykrość. Zastanawiam się, kiedy zaczynamy zatracać wiedzę, o tym, czego naprawdę chcemy i kiedy priorytety układają nam się tak, że nudne siku jest ważniejsze od nowej książki.
- Stanowcza odmowa - nie można tego jeszcze nazwać asertywnością, bo i elementy agresji mogą się zdarzyć, i niebranie pod uwage potrzeb innych. Dzieci (przynajmniej te młodsze) rzadko bywają jak dorośli ograniczone obawą przed zranieniem innych, chęcią ich zadowolenia itp. Po prostu nie robią tego, czego nie chcą. Kropka.
- Nieskrępowana wolność. Wolność słowa, wolność śpiewu, tańca, rysowania czego się chce i jak się chce. Wolność fikania, dziczenia, kwiczenia, a także drapania się w pośladek. Olewania próśb, gróźb i poleceń. Któraś dziewczyna (jejku, nie pamiętam!) napisała obłędny przykład. Przypomnij sobie sytuację, w której chcesz czegoś od swojego dziecka, a ono zlewa cię ciepłym moczem, odbiega w dziwacznych podskokach, pokwikuje, chwyta się z pośladki i wywala język. Przypomnij sobie, co wtedy czułaś. A nastepnie zamień osoby. Na miejscu dziecka postaw siebie, a na swoim - szefa, który daje ci nieciekawe zadanie. Ole!
- Drapanie się w pośladek podsumowuje brak wstydu - w pewnych aspektach. O ile łatwiejsze jest życie, gdy z takim drapaniem nie trzeba się kryć. Że nie wspomnę o innych "wstydliwych czynnościach". Ale wstyd też jest. Tam, gdzie zasady savoir-vivre'u mają jeszcze małe znaczenie, człowiekowi wolno być niepewnym i nieufnym wobec obcych, schować się za mamą lub fotelem, by ocenić, poobserwować, przyzwyczaić się, przełamać lody lub nie. To takie podążanie za instynktem i intuicją. Dzieci nie czują potrzeby bycia miłymi, gdy tego nie chcą ani nawiązywania kontaktów wbrew sobie.
- Błyskawiczne załatwianie spraw i brak wyrachowania. Kolega zabrał mi auto? Dostaje za to natychmiast w łeb i nieważne jest to, że ma kupę odjechanych zabawek, którymi jego mama, obrażona za cios nie pozwoli mi się bawić ;-) Zresztą i tak za 3 minuty pogodzimy się, by za kwadrans pobić ponownie. Po prostu emocje.
- Wolność na talerzu. To nie tak, że zjadamy wszystko co do okruszka i to dokładnie to, co zostało na stole postawione przez kogoś innego. Tu rządzi żołądek, który mówi kiedy, co i ile zjeść. I często nijak się to ma do planu dnia dorosłych. To samo ma się do spania.
- Wewnątrzsterowalność - oceny innych mają na dzieci taki wpływ, jak kasztany na produkcjęlampek choinkowych. Dzięki temu Młodzi zaskakują zabawami, niesamowitymi zestawieniami ubrań i dodatków, czy chodzeniem dwa kroki w bok, trzy do tyłu i podskok. Tańczą tak, jak gra im w uszach melodia i nie widzą krzywych spojrzeń, nie wiedzą, co to ocena i krytyka. Oczywiście do czasu, niestety.
- Wiara w siebie. Maluchy przychodzą na świat umiejąc zaskakująco niewiele. Do wszystkiego dochodzą same ciężką pracą i ciągłymi ćwiczeniami. Świat stoi przed nimi otworem, mogą wszystko! Marzenia to dla nich chleb powszedni, a nie niepotrzebne mrzonki.
Dzieci uśmiechają się podobno około 400 razy na dobę. Ciekawe, jaki ma to związek z tą moją wyliczanką? :-)
Ja chyba za bardzo w wychowanie nie wierzę. Często wychowanie jawi mi się jako temperowanie, zabijanie chęci działania, ustawianie według innych, nauka zapominania o sobie, nauka sztampowego myślenia, a w najgorszym razie (fakt, to żadne "wychowywanie" nie jest) - związane jest z krytyką, wylewaniem zimnego kubła wody na głowę, bolesną oceną, wyśmiewaniem marzeń.
Wierzę zdecydowanie w dawanie przykładu. Wierzę również, że moją własną jakość życia bardzo podniosłoby takie "dziecięce" podejście do wielu spraw. I dużo rozmyślam nad tym co zrobić, by przynajmniej część z wymienionych cech pomóc Ignasiowi zachować :-)
Widzę, że moja akceptacja jego potrzeb i zachowań powoduje, że chce mu się podchodzić do nas emaptycznie i respektuje nasze potrzeby nawet chętnie. (Oprócz wycia, moja potrzeba spokoju jest od lat niezaspokojona i to bez jakichs świetlanych widoków na przyszłość... ;-) I to jest budujące, bo zawsze gdzieś tam czai się obawa o wychowanie tyrana i egocentryka, gdy mówimy o zaspokajaniu potrzeb dziecka. Więc komunikujmy swoje potrzeby! Mówmy o nich, żeby mogły byc przez małolata zauważone i wzięte pod uwagę!
Mission accomplished? Pogadamy za paręnaście lat ;-)
Chętnie poczytam, czego Was uczą Wasze dzieci (a może przeciwnie, nie uczą?) i jakie zdanie macie na ten temat.
Chętnie poczytam, czego Was uczą Wasze dzieci (a może przeciwnie, nie uczą?) i jakie zdanie macie na ten temat.
A zbaczając z tematu - jeszcze tylko kilka dni macie na zgłoszenie chęci przygarnięcia kocyka!
Wystarczy podać ciekawą zimową zabawę z "ciepłem" jako motywem przewodnim! Czas ucieka...
14 lutego 2013
KALEJSDOPKO - instrukcja obsługi
Instrukcja wg. Ignasia
(sporządzona przeze mnie na podstawie obserwacji Igiego w akcji):
- znaleźć kalejsdopko (często wąże się to z zaangażowaniem całej rodziny)
- ująć go pewnie w dłonie (wskazane jest utulenie i ucałowanie)
- umieścić oburącz głęboko w oczodole, zmuszając oko do zamknięcia
- trzymać kalejsdopko jedną ręką blisko twarzy, drugą ręką kręcić obrotową częścią, zasłaniając jednocześnie dłonią półprzezroczyste szkiełko u nasady, blokując skutecznie dojście nawet mikro promyczkowi światła do oka ;-)
- drugie, niezaangażowane (w teorii) oko mieć otwarte
- kwiczeć z radości, kochać swój kalejsdopko, bawić się nim długie godziny i twierdzić, że widzi się piękne i niesamowite rzeczy
:-)
9 listopada 2012
O nagromadzeniu przymiotników
Spory na gruncie muzycznym to już tradycja w naszym domu.
Niesnaski na linii Matka Kwiatka - Tatko Kwiatka wynika zazwyczaj z doboru utworów i ich głośności. Kwiatek, wzorując się na mamie swej, strofuje Tatę swego, że "Ciii, tato". Ja z kolei jestem jego prywatnym didżejem. Radio, gdy on ma ochotę na "Tłinku, tłinku"?! Mam, jego zdaniem, rzucać wszystko, czym aktualnie się zajmuję, i spełniać jego muzyczne zachcianki. Dodajmy, że w związku z nagłymi zmianami tych zachcianek funkcja playlisty jest wysoce drażniąca.
Jeśli chodzi o opisywanie rzeczywistości, to Kwiatuszek rozleniwił się słownie. Jeśli jest OK, to jest "fajne", jeśli przeciwnie, coś go wkurza, to raczej skrzeczy.
Jakież było moje zdziwienie, gdy włączyłam piosenkę, która do tej pory była numerem jeden na jego liście przebojów.
- Nieeeeeee! - zaskowyczał Igi - Nie cem. To stale, bludne, obleśne i śmieldzące!
A piosenka była ta:
Czyż nie jest urocza?
5 listopada 2012
Standardy
... się mojemu synowi zmieniają jak w kalejdoskopie.
Uno: odnośnie rękawów. Żeby był ten rękaw do nadgarstka, nie krótszy (skrzek), nie dłuższy (skrzek, skrzek). To ja mu czasem pyk, rękaw krótki... Wiem, że będzie naciągał go aż do nadgarstka, skrzypiąc niemiłosiernie i - wybaczcie - ale mam ubaw.
Po drugie uno: nogawki. Brzeg nogawki ma się znajdować na wysokości kostki. Nie wyżej, i nie niżej, bo system będzie alarmował o errorze sygnałami ostrzegawczymi (skrzyp i ogólna mendoza). A nie, przepraszam, w wypadku nogawki za krótkiej następuje komunikat "zimno nogu", połączony z próbą naprawienia błędu. "Zimno nogu" dotyczy także naszego lalka Michała, jego kształtne lalkowe łydki również nie mogą być odsłonięte, bo Igul odczuwa lalkowe zimno.
Zamki. Zamki błyskawiczne, przez niektórych ekspresami zwane, czynią spustoszenie, jakby ktoś nie wiedział. Zamki błyskawiczne powodują ból i cierpienie. Nie tylko związany z niemocą przy próbach samodzielnego zapinania (czyli mniej więcej pół Ignatkowego życia). Nie, nie. Zamek błyskawiczny zapięty pod szyję rani, drapie, gryzie itd. Jest złem wcielonym i wymaga egzorcyzmów polegających na wydawaniu z siebie intensywnych dźwięków w okolicy wysokiego C. Zamek błyskawiczny, nawet taki z zakładką chroniącą młode ciało przed straszliwymi ranami, akceptowany jest jedynie rozpięty do połowy dziecięcego cześcika.
Glutoza: z okazji przedszkolnych uciech i ogólnej wymiany płynów ustrojowych, gluty zajmują poważne miejsce w gorącej dziesiątce tematów rozmów codziennych. Nie, nasze dziecko nie meczy do palca z kozą po efektywnym wierceniu w nosku. Raczej nie wierci zresztą, ale załącza system alarmowy w wypadku wystąpienia gluta, który mu w jakiś sposób przeszkadza w egzystencji i wyciem zatytułowanym "Mamo, mam gluta" każe sobie winowajcę usuwać. Jeśli jeszcze o efektach ubocznych kataru mówimy, to klasyfikacja jest prosta. Mamy a) w nosie źle, b) poza nosem obojętnie. Gdyby główny bohater podpunktu przykleił się jednak do palca, a przy próbach zdjęcia - do drugiego palca i nastąpiła tym sposobem sytuacja patowa to c) poza nosem też źle (=skrzek). A jakby ktokolwiek miał wątpliwości (choć dzieciaci pewnie nie mają) to katarem można wykonywać nietrwałe malunki abstrakcyjne na ubraniach wszelkich, ze szczególnym uwzględnieniem rękawów.
Brud: jeśli w czasie jedzenia syn mój pierworodny ochlapie się delikatnie wodą z kubka, włącza alarm informujący o zaistniałym problemie, a mianowicie "mamo, jestem bludny!". Dodam dygresyjnie, że wykładanie ściereczek lub serwetek nie pomaga bynajmniej na odruch wycierania pomidorowo - maślanej gęby rekawem, a ubrudzonych gęstym sosem łapek w - to chyba jasne - koszulkę, ewentualnie spodnie. Tak oczyszczony Kwiatek jest gotów do zabawy i naturalnie nie zgłasza żadnego problemu związanego z występowaniem zabrudzeń.
Te urocze fobie "bliskie ciału" mają jeszcze braci i siostry w postaci natręctw. Słyszał ktoś o buncie dwulatka? He he. Bunt? Nie, my mamy natręctwa dwulatka :-)
I tak oto: chodniczkowi Igi nie przepuści. A że w domu mamy galopujące koty i Kwiatowego Tatę, Igi ma pełne ręce roboty w odginaniu zagiętych rogów chodniczków i rozprostowywaniu fałd.
Drzwi: mają być schludnie zamknięte. Jeśli się nie dają zamknąć, a zdarza się to czasem, jako że w domostwie naszym nie każdy układa ubrania w kostkę, a paski od plecaków czasem zawisają w oczekiwaniu, aż ktoś je litościwie upchnie w uchylonej gardzieli szafy, Igi zaczyna wycie do księżyca z frustracji.
Drzwiczki i szuflady: jak wyżej. Czasami osobie, która szuflady nie zamknęła, dostaje się bura połączona z instrukcją "zamknij", czasem Igulinda wielkodusznie zamyka sam i równie wielkodusznie rzuca zdawkowe "proszę" lub "pomogłem".
Blokady antydzidziusiowe na wszelkich szafkach: jest misja. Znowu drobne ręce pełne roboty, bo blokady te mają być zatrzaśnięte. I idzie człowiek do śmietnika, komody, szuflad kuchennych, szaf, czy szafki łazienkowej, a tu opór. Wszystko skrzętnie pozamykane (i dobrze) oraz zablokowane (gorzej, bo strzela to pieruństwo na boki i Ziut wyje, że się popsuło tymczasowo). Ostatnio widziałam te wszystkie blokady w użyciu, gdy Igi miał miesięcy dziewięć. Prawdziwy renesans.
Buty: niech no ja wpadnę na pomysł, by zawczasu postawić kozaki Wiecha przed wyjściem przy fotelu, coby czas oszczędzić. Ha, ha. Czy jest szansa, że będą tam nadal stały, gdy usiądziemy, by się ubierać? Kurtka będzie, bluza też, czapka również. Ale na kozaki bym nie liczyła. Będą z pewnością wśród innych butów, w przedpokoju. No przecież.
Wiadomość z ostatniej chwili: Kotka schrupała właśnie z największym smakiem mysz pod łóżkiem, zostawiając jeno nereczkę. Co ona ma z tymi nereczkami, doprawdy. I z jedzeniem pod łóżkiem. Mama jej nie nauczyła, że z miski się je? Nie dalej, jak dwa dni temu, z okazji mopowania, wygarnęłam spod tegoż łóżka zasuszoną nóżkę ptasią z przyczepionym do niej smętnym piórkiem. Najwyraźniej krwiożercze małe bydlątko stołuje się z zapałem w sypialni i niestety, jak to kot, czeka na służącego, który po uczcie posprząta.
To dobranoc! Rodzice dzieci o wysokich stndardach muszą dobrze się regenerować, żeby mieć siły na wychodzenie naprzeciw wymaganiom swoich małoletnich pociech.
10 maja 2012
Poskarżyć się chcę!
Na mamę!!! (I tatę trochę też), gdyż:
- Niecierpliwi się, gdy wydaję dźwięki nieartykułowane. Czepia się, że mam bogaty zasób słów i ponoć mógłbym nazwać stan rzeczy. I emocje. A po co, skoro mi się nie chce? To ja wolę skrzeczeć i jęczeć, od razu wiadomo, o co chodzi. Że nie mogę się zapiąć w krzesełku, albo pas mi się pod pupą zaklinował. Albo że mają mnie natychmiast odpiąć. Albo, że chcę jeść. Lub że nie chcę. Że uderzyłem głową o spód stołu. Że pragnę na stół. Lub na ręce. Że nie mogę domknąć/otworzyć szafy. Odkręcić/zakręcić słoiczka. Że mi się nudzi. Boli mnie brzuch. Że kot mnie udrapnął, kiedy mu wyrwałem wąsy. I tak dalej. A w ogóle to lubię wydawać mój ulubiony skrzek zawsze wtedy, gdy się do mamy zbliżam, nawet gdy nie była moim celem, tylko się na mej drodze znalazła.
8 maja 2012
Dzidziuś roszczeniowy
Ja, Kwiatek Polny, kieruję swe żądania i roszczenia do Matki swej:
- Chcę mieć prawo do ciumkania, nie tylko mleka, czy kocich chrupek. Ciumkać muszę, bo coś mi wewnątrz każe, kamyki, patyki, koraliki. I tego za diabła nie wydam i nie wypluję, a palców do buzi mi nie wtykać, bo mam zęby i nie zawaham się ich użyć. Ale chcę mieć też prawo do wypluwania. Bo ja wypluwać muszę, BO TAK, owoce, szczególnie jabłka, chleb, i żeby się nie rozdrabniać: śniadanka, obiadki i kolacyjki, a w międzyczasie przekąski.
- Chcę bez przeszkód sprawdzać, jak dobrze ogon kota jest do kota przymocowany, móc go lizać po futrze, ciągnąć po podłodze, trzymając za skórę na grzbiecie garścią, czy wykonywać inne pieszczoty. To nas do siebie zbliża, chyba że kot ucieknie, wtedy oddala.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
