Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inny jest ten swiat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inny jest ten swiat. Pokaż wszystkie posty

14 stycznia 2014

Tak tu wcale nie jest...

Tak wcale tu nie jest... codziennie. Nie, nie mamy tu śniegu przez cały rok. Niestety nie wiemy też nigdy, czy święta będą białe. A szkoda. Zamiecie i sztormy też mi wiszą. Cofnij: nawet je lubię. Interpretacja wizualna poniżej.


I tak też wcale nie jest ciągle. To znaczy ciemno. I z drzewami. Bywa jasno i zazwyczaj jest łyso jak wzrokiem sięgnąć.
Dni, gdy słońce wschodziło o 11:23, a zachodziło o 15:28 już za nami. Za chwilę wszystkich przegonimy z tą jasnością! Juhuuu :)

7 stycznia 2014

Jeszcze kilka słów o tutejszych elfach

Ostatnio przekazałam Wam ważną informację o tym, jak elfy i ich obrońcy blokują budowę pewnej drogi (KLIK), dziś postanowiłam dopisać jeszcze parę znanych mi faktów z życia elfów i ich kontaktów z ludźmi. 

1. Przedszkolanka Ignasia opowiada mi pewnego dnia, gdy zawożę Młodego: "Moja Babcia miała kiedyś dzbanek do śmietanki, który stał na półce. Nigdy nie stawiała go w innym miejscu, używała go codziennie. Babunia mieszkała bardzo skromnie, w torfowym domku, miała niewiele sprzętów i o wszystkie ogromnie dbała. Pewnego dnia zauważyła, że dzbanek zniknął. Nie mogła go nigdzie znaleźć, w poszukiwaniach brała udział cała rodzina. Po tygodniu Babuni przyśniła się kobieta, odstawiająca dzbanek na półkę i dziękująca za pożyczenie go. Po przebudzeniu Babunia naszej przedszkolanki zobaczyła dzbanek na swoim zwykłym miejscu, stojący jak gdyby nigdy nic."

2. Tato męża znajomej (tej, która miała znajomą z elfami w ogródku, pisałam o niej ostatnio) niechętnie i rzadko opowiada o swoim dzieciństwie. Spędził je na Fiordach Zachodnich, na pustkowiu, w sporym oddaleniu od osad ludzkich. Nie narzekał jednak jako dziecko i bawił się nieustannie w górach i na łąkach. Nadszedł jednak moment, w którym jego rodzice postanowili o przeprowadzce do wsi. Opuścili swój dom i zamieszkali w wiosce. Chłopiec był smutny i zdezorientowany. Pewnego dnia zapytał z troską swą mamę o to, co dzieje się z dziećmi z drugiego domu na zboczu ich góry. Czy one też wkrótce się przeprowadzą bliżej?
Mama, zaskoczona, powiedziała, że mieszkali przecież w jedynym, zupełnie samotnie stojącym domu.
Chłopiec dzieciństwo spędził na zabawie z elfimi dziećmi.

3. A, no i dodać muszę ten jakże fantazyjny artykuł! Pochodzi on stąd (KLIK)

Niedawno miał miejsce niebagatelny epizod. Oto poseł z ramienia Partii Niepodległości – Árni Johnsen, znany skądinąd jako ekspert od kierowania projektami budowlanymi sponsorowanymi przez rząd – zorganizował przeniesienie pięćdziesięciotonowego głazu z przełęczy Hellisheiði wprost do swojego ogródka na Vestmannaeyjar. Jako członek komisji środowiska i transportu Árni zapragnął po prostu pomóc rodzinie elfów zamieszkującej ten kamienny dom. Rodzina w składzie: dziadkowie, rodzice i trójka elfich dzieci, poznała pana posła przez przypadek kiedy to pędząc samochodem grubo ponad dozwoloną prędkość ów wypadł z drogi i koziołkując przetoczył się przed rzeczonym kamieniem. Wtedy to, zapewne czując, że mają do czynienia z osobą kompetentną, elfy powiedziały Árniemu, że chciałyby mieszkać w trawie. 
Nie było to pierwsze spotkanie Árniego ze światem elfów – kilka lat temu podczas budowy drugiej nitki drogi Keflavik-Reykjavik trzeba było usunąć głaz blokujący dalszą budowę i Árni jako członek komisji środowiska i transportu wezwał specjalistę, by ten zbadał, czy nie mają przypadkiem do czynienia z siedzibą elfów. Jak się okazało jego przypuszczenia się potwierdziły, gdyż jak twierdzi, z bliska dało się dostrzec światło wewnątrz głazu i kilka elfów, które go zamieszkiwały. Elfy, wg Árniego, nie mają nic przeciwko przenoszeniu ich siedziby w inne miejsce, należy jednak robić to delikatnie i przemawiać do nich uspokajająco. Z tą deklaracją stanowczo nie zgadza się Magnús Skarphéðinsson, który od 30 lat studiuje elfy i ukrytych ludzi (hludufólk) – według niego Árni swym postępowaniem ściągnął na siebie elfi gniew i wkrótce dojdzie do zemsty. 
Mimo tak dalece posuniętej wrażliwości na cudze potrzeby, nie wszyscy kochają Árniego Johnsena. Złośliwi twierdzą nawet, że oprócz kamieni zdarzało mu się przenosić także inne materiały budowlane na Vestmannaeyjar w sposób mniej publiczny, ale za to, za publiczne pieniądze. Jego sąsiedzi z małej wysepki na południu, swoimi głosami gwarantują mu jednak posadę posła z kadencji na kadencję, wierząc, iż jest to jedyny człowiek zdolny przenieść z Reykjaviku na Vestmannaeyjar odrobinę świata, o którym marzą. 
Jeśli Árniemu udałoby się przepchnąć w parlamencie prawo do do głosowania dla elfów z pewnością zagwarantowało by mu to dożywotni mandat. Elfy w tej sprawie niestety milczą jak kamień.

Ciąg dalszy może nastąpić :)

5 stycznia 2014

Elfy znowu brużdżą ;-)

Wiecie, jak to jest. Buduje się drogę, aż nagle wszystko zaczyna iść jak po grudzie. Maszyny sie psują, prace niemal nie postepują naprzód, ludzie mają wypadki. Nie wiem, co na ten temat myśli się w Polsce. Na Islandii wiadomo od razu, o co chodzi. Tzreba ominąć kamień, wzgórze czy pagórek, gdyż takie wypadki oznaczają tylko jedno: droga miałaby zniszczyć elfi dom. Elfy nie przebierają w środkach, gdy ich domostwo ma ulec zniszczeniu.

Znajoma znajomej ma domek elfów w ogródku. To kamień, duży, dokładnie przed drzwiami wejściowymi. Poprzedni mieszkańcy skapitulowali i zaprzestali prób usuwania głazu. Babka po przeprowadzce także próbowała. Zamówiła nawet specjalistę, ale niestety pan miał poważny wypadek zaraz po tym, jak zabrał sie za kamień. Pani olała więc sprawę. A właściwie poszła nieco dalej, zbudowała chodnik z desek, w którym wycięta była dziura na kamień właśnie. Sam głaz przyozdobiła kwiatami i figurkami. I tak sobie żyła, aż do pewnego sztormu, który dokonał mnóstwa spustoszeń. Zniszczone były wszystkie rośliny w jej ogrodzie oprócz... kwiatów wkoło kamienia. Tak samo jak przed wichurą na głazie stała niewielka donica z wypięlęgnowaną rośliną. Islandczycy, opwiadający o swoich doświadczeniech z Ukrytym Ludkiem lub duchami, których jest tu mnóstwo, są zupełnie poważni. Ot, kolejny temat do poruszenia podczas przerwy na kawę. Czy ktokolwiek się dziwi? Nieszczególnie, chyba że jakiś przyjezdny. Ci bywają zaskoczeni mnogością historii nie z tego świata. 

Dlaczego o tym piszę? Otóż obecnie w mediach głośno zrobiło się o tym, że decyzją sądu została wstrzymana budowa autostrady między stolicą a pobliskim półwyspem. Dlaczego? Bo ma biec przez obszar, na którym jest kościół elfów i bojownicy chcą uchronić elfy ich zdaniem żyjące w tym miejscu. Sprawa czeka na decyzję Sądu Najwyższego, bo jest to kwestia poważna, o reperkusjach środowiskowych i kulturalnych, ważny jest też jej wpływ na życie elfów. W sprawę zaangażowana jest nie tylko jurysdykcja, ale egolodzy oraz obrońcy elfów, a także Państwowa Administracja Dróg i Nabrzeża, która nawet wystosowała publiczne oświadczenie. Informuje w nim miedzy innymi o tym, że budowa kontrowersyjnej drogi została wstrzymana do czasu, aż elfy prawdopodobnie żyjące na wspomnianym obszarze przeprowadzą się gdzieś indziej. (KLIK)

Jakie macie odczucia na ten temat? :)

30 października 2013

Przejażdżka z lodowcem w tle :-)

Pewnego cudnego, jesiennego dnia moja Druga Połowa zapakowała mnie siłą do auta i zabrała na wycieczkę. Opierałam się dlatego, że samochodowe wycieczki są, owszem, ciekawe, ale niefajnie jest nie móc zwyczajnie wyjść i rozprostować kości. No ale tak to jest, gdy człowiek rozwali sobie w środku lata kolano i czeka długie miesiące na powrót do formy.

Zdjęcia są wynikem moich samochodowych prób pstrykania przy pomocy bardzo fantazyjnej aplikacji. Efekty są przeróżne (w zależności od dobranego obiektywu i filmu), zabawa miła, choć oczywiście nijak się to ma do jakości zdjęć z porządnego aparatu. 

Zapraszam na wycieczkę w głąb Lodowej Wyspy! Oglądajcie :-)

Piękna ciężarówka przydrożna

Tutaj nazwę tę wymawia się zupełnie inaczej, ale skojarzenia zabawne :) Farma o nazwie Ból ;)

Jednonitkowe mostki są tu typowe. Kierowcy przepuszczają się na zmianę, choć w większości przypadków i tak jest się na zupełnie  pustej drodze.
Zwykły wiejski widoczek

Ziemia się pali!!

Mikrokościółek

:-)

Pogoda wprawiała nas w zachwyt

L A S !!!

... oczywiście las błyskawicznie się skończył i otoczenie zaczęło wyglądać normalnie, czyli tak, jak widać powyżej

Na ziemi działo się różnie, bywało i tak

Ach, te pustkowia!

Nawet na pustkowiach nie dziwią linie wysokiego napięcia, pewnie gdzieś niedaleko jest elektrownia wodna.

Jaskrawozielony mech 

Wdrapaliśmy się na sporą górę, a przy takiej przejrzystości powietrza widok jest na nawet 200km. Oczywiście ani śladu drzew.

Jest i lodowiec! Gdy usiłowaliśmy pokazać go Igiemu, popłakał się, twierdząc, że go nie widzi (choć patrzył prosto na lód), a strasznie chciał go zobaczyć. Rozpacz.

Lekcja geologii w terenie
Im droga była trudniejsza, bardziej wyboista i pełna dziur i spadków, od których kotłowało się w brzuchu, tym Igi był szczęśliwszy. Śmiał się w głos, kwiczał, pokrzykiwał "JUHUUUU!" i fikał nogami.
To zamieszczam filmy - pierwszy z wyboistej drogi, a drugi z przejazdu przez rzekę, podczas którego urwał nam się kawałek samochodu ;-)


I jakie wrażenia?

15 października 2013

Za co kocham Islandię?

Wylazłam właśnie przed dom, pogasiwszy uprzednio światła. Wiedziałam! Tuż nad domem rozgrywa się przedstawienie pod tytułem "Zorza polarna" i ogromna, zielona firanka połyskuje, miga i faluje kojąco. Trudno nie kochać tu zim, gdy co chwilę człwoiek może coś tak wspaniałego przez okno sypialni oglądać albo gdy wypuści się z kotem na spacer. (Muszę nawiasem dodać, że sama nie wiem, jaka jest obecnie pora roku. Igi ma już w użyciu kombinezon i kozaki, ale dziś na przykład cały dzień miałam otwarte drzwi do ogrodu, a po Wiesia jechałam jeno w koszulce.)

To szybkie podsumowanko - za co kocham Wyspę:

  • za zorze
  • za niezmierzone przestrzenie
  • za wulkany, bo koło jednego czynnego przejeżdżałam zawsze w drodze do sklepu i bardzo to lubiłam
  • za trzęsienia ziemi (dobra, to pierwsze było niesamowite, 6,3 i scena jak z "Szóstego zmysłu", bo nagle wszystkie szafki w kuchni sie otworzyły, ale poza tym trzęsie nami nieustannie i jest to powód do wymiany zdań na FB - czuliście? my też...)
  • za wodę - czystą, lodowatą, pyszną, prosto z kranu
  • za powietrze - Europa mi śmierdzi, gdy jestem na wakacjach
  • za sztormy i huragany
  • za lato polarne, kiedy słońce ledwo dotyka horyzontu
  • za brak drzew, bo już się przyzwyczaiłam do traw, kamieni i krzaczorów
  • za protestantyzm, który jest mi o wiele bliższy od katolicyzmu
  • za niezamknięte na klucz drzwi mojego domu i samochodu
  • za uśmiech pani w banku i w rejestracji szpitala
  • za to, że wszędzie i za wszystko płaci się kartą, nawet panu zbierającemu na ulicy datki na szczytne cele
  • za mówienie na "ty"
  • za raczkującą przestepczość, vide "Wioskowe sklepiki"
  • za genialną opiekę nad dzieciarnią
  • za ciepłe domy z dużymi oknami i tanią energię
  • za to, że zima nigdy nie zaskakuje nikogo, nawet drogowców
  • za kolce w oponach, bo bez nich czasem byłoby ciężko
  • za iście południowy luz i olewacki stosunek dożycia tubylców, dzięki czemu i ja luzuję i olewam, a nie jest to zgodne z moim charakterem, więc ogromnie na tym korzystam
  • za urocze przekleństwa typu "Idź na północ i na dół", czyli do piekła; przeklina się po angielsku
  • za spędy owiec, o których TU i TU
  • za puste drogi
  • za fiordy
  • za to coś, co rozpaczliwie usiłuje naśladować wielkomiejskie korki uliczne w stolicy
  • za pyszny chleb
  • za populację o połowę mniej liczną, niż moje rodzinne miasto
  • za foki, lisy polarne, ostrygojady, wieloryby, delfiny, bekasy i dywan z królików w jednym z laso-parków stołecznych
  • za baseny cieplicowe w każdej zabitej dechami dziurze
  • za gorące źródła
  • za wodę pachnącą siarą
  • za KRAJOBRAZY i te oszałamiające kolory
  • za pola lawy
  • za 20kg grzybów w 40 minut
  • za jagody, macierzankę i milion innych dóbr, których rozpoznać nawet nie umiem, ale kiedyś się nauczę
  • za rewelacyjne prowadzenie ciąż i opiekę okołoporodową
  • za muzę i bary
  • za elfy
  • za wełnę i swetry
  • za zgniłego rekina, no niech będzie
  • za życzliwych pracodawców
  • za sporty ekstremalne, do których się kompletnie nie nadaję, ale miło jest mieć możliwość wyboru :)
  • za ryby
  • za przezroczyste, lazurowe jeziora i mlecznobiałe rzeki
  • za brak komarów i żałośnie małe pająki, a o ile nie ma koni - za brak much
  • za fajne, włochate, przyjazne konie
  • za owce uciekające spod kół samochodu zabawnym truchtem
  • za akceptację dzieci i wszystkiego, co ich dotyczy
  • za to, że tubylcy sa jednym z najszczęśliwszych narodów na świecie
  • za lodowce i laguny lodowcowe
  • za mroźny ocean
  • za pyszną i tanią kawę, w pracy, w sklepie, w kawiarni, na stacji benzynowej, w mieście i na zadupiu (i świeżą, bo palarnie tutejsze)
  • za zwierzaki hodowane na dworze (nie dziękuję za świnie i kury, bo one są w zamknięciu)
  • za asertywność autochtonów i ich szczery rasizm (bo wolę to niż obłudę)
  • za Wielkiego Brata, czyli załatwianie wszystkiego przez systemy komputerowe i za pomocą tutejszego numeru pesel
  • za Gay Pride każdego roku, za legalne małżeństwa gejowskie
  • za wielodzietność, bo fajnie się na to patrzy (4, 5 dzieci? norma!)
  • za rodziny patchworkowe, które w większości funkcjonują zaskakująco dobrze
  • za to, że jak się człowiek uzbroi w polar, goretex, thinsulate, wełnę, skórę - to można ją kochać cąły rok
  • za to, że najbardziej urokliwe domki w słodkich wioseczkach czy stolicy to te, które są obite blachą falistą
  • za żałosną, ale praktyczną architekturę
  • za internet w światłowodzie (o który teraz wznosimy modły, bo za nim tęsknimy)
Jestem ciekawa, czy lista minusów byłaby równie długa :)
Ale nie będę sie nad tym zastanawiać, zorza czeka.

12 października 2013

Inny jest ten kraj - wioskowe "sklepiki"

Gdy założyłam bloga, zamierzałam pisać o Ignasiu, a czytali to członkowie rodziny i przyjaciele. Od pewnego jednak czasu nosiłam sie z zamiarem rozpoczęcia opisywania życia na Lodowej Wyspie. Widzianego naszymi oczami. Bo jasną sprawą jest, że to, co dla nas jest wyjątkowe, wcale nie musi takie być dla osoby urodzonej tutaj. Zaczynam zatem nową serię postów, w której opisywała będę "smaczki" wyspiarskiego życia.

Na początek rzecz wyjątkowa - wioskowe sklepiki. Coś dość niepojętego dla przeciętnego Europejczyka. Bo nam sklep kojarzy się z wydzielonym miejscem i... sprzedawcą. A tego ostatniego w tych sklepikach NIE MA. Sklepiki prowadzone są przy firmach, które wystawiają swoje towary na sprzedaż dla mieszkańców wiosek i przejezdnych. Jest to wyjście dla "leniwych", którym nie chce się nieustannie odrywać od pracy, by sprzedać woreczek pomidorów sąsiadom, ułatwia także handel w weekend, gdy wszystkie firmy i firemki są pozamykane.
  • Ceny wykaligrafowane są na kartonach, wydrukowane lub nabazgrane ołówkiem na kartce zeszytowej. 
  • Sklepiki to wiaty przy firmach, fą-fą budki, a czasem po prostu trzeba wejść do firmy i wziąć towar z półeczki.
  • Nieodzownym wyposażeniem sklepiku jest pojemnik na pieniądze. Czy jest to skrzynka, czy plastikowa foremka na pomidory - to nie ma znaczenia. Stamtąd bierze się sobie resztę, chyba że mamy do czynienia ze skarbonką. 
  • Tak sprzedawane są najczęściej warzywa i owoce przy szklarniach. W zależności od firmy, warzywa sprzedawane są na sztuki, w zważone i zapakowane lub kupującym zostawiona jest waga, której muszą użyć, a potem zapłacić za odpowiednią ilość powiedzmy pomidorów.
Tu "stylowo" możemy kupić pomidory i ogórki drugiej klasy. Oczywiście jest o wiele taniej, niż w sklepach:


Tu, jak widać ;-) kupuje się jajka. Te pierwszej klasy są ogromne i często mają dwa żółtka. Lekko popękane lub mniejsze sprzedawane są znacznie taniej jako II klasa. Kiedyś, gdy drzwi były zamknięte, wystarczyło podejść do domu właściciela i poprosic o sprzedanie kopy jaj, teraz bywa, że pan się trochę burzy i każe się odwalić i przyjść w godzinach pracy ;-)



Tu można wpaść po ziemniaki, truskawki, zdarza się też rzepa i buraki:

Pomidorka? Mąkę? Papryczkę chilli? Wchodzimy i kupujemy. A jesli mamy dużo szczęścia, okaże się, że było dużo truskawek III klasy i panie usmażyły dżem.



















                                                                                                                                           




Niestety cywilizacja wdziera się w ten sielankowy krajobraz wiejski. Imigranci (i sądzę, że pijani lub nieuczciwi turyści też) nauczyli już niektórych tubylców, że zaufanie nie popłaca. Ten sklepik został zbudowany przez Helgę na miejscu poprzedniego - zwykłej wiatki. Nie dość, że jest całkiem osłonięty od wiatru i wyposażony w chłodziarkę, to jeszcze... ma kamerę. I ostrzeżenie o monitorowaniu przyklejone do szyby. Nie dziwię się Heldze, bo pamiętam, jak kilka laty temu opowiadała mi o jednym z weekendów, kiedy to zostawiła dom i firmę, by pojechać z rodziną na krótkie wakacje. Gdy wróciła w niedzielę rano, o kilka godzin wcześniej, niż planowała i weszła do swojej szklarni, ze zdziwieniem zauważyła mnóstwo ludzi zbierających sobie pomidory z krzaków. I nie byli to jej pracownicy.
Rozwiązanie tej zagadki? 
Jej pracownicy zaprosili krewnych i znajomych królika, bo sobie wzięli trochę pomidorów. Prawdopodobnie "wymienili się" z nimi na zasadzie - weż sobie pomidory, a w zamian wynieś dla mnie ze swojej firmy paprykę lub pieczarki.W zeszłym roku wioska huczała, bo jeden z przybyszów wjechał autem na pole kapusty, by sobie nakraść świeżutkich główek. Auto ugrzęzło mu w błocie i wszystko się wydało.

Gdy ktoś mnie pyta, czy wstydzę się swego pochodzenia, nie do końca wiem, co odpowiedzieć... Patriotyzm i duma narodowa za granicą nabierają nowego wymiaru.

PS. Nie jestem w stanie sformatowac tekstu ani wyrównać zdjęć! Wybaczcie niechlujny wygląd posta, ale jeszcze chwila walki, a stracę komputer, a zyskam malowniczą dziurę w ścianie.

5 października 2012

O dobrych ludziach na naszej drodze


Piękny dzień, z lazurowym niebem i przezroczystym powietrzem był wprost wymarzony na wycieczkę. Do celu, niewielkiej farmy, dotarliśmy około dziesiątej rano, jednak Ignaś zaskoczył nas nieplanowanie wczesną drzemką. W związku z tym Kwiatowy Tato oraz nasz kolega włożyli kurtki, przygotowali aparaty i pobiegli. Wymieniliśmy się z TK telefonami (co okazało się kluczowe w tej dramatycznej historii), wyjęłam książkę i oddałam się lekturze. Oczywiście skupić się było niezwykle ciężko. Wokół przechodziło mnóstwo ludzi, odgłosy rozmów to narastały, to cichły. Kilka samochodów dalej odbywał się mały piknik wprost na trawie, a po chwili przyszli właściciele sąsiedniego auta. Pyk, bagażnik otwarty. Z wnętrza wyłonił się ogromny, japoński termos do kawy, jakich tu pełno. Po chwili zaczęli się schodzić kolejni, roześmiani ludzie. Z bagażnika wydobyto filiżanki, a z przepastnego termosu nalewano parującą kawę. Wszyscy stali, prowadząc żywą rozmowę, przekrzykując się nawzajem, to wybuchając szczerym, bardzo głośnym, zaraźliwym śmiechem. Suzi zakołysała się, bo potężna, rozchichotana kobieta przysiadła na jej masce, posyłając mi porozumiewawczy uśmiech do wnętrza mojego samochodu.

3 października 2012

Jak owce spędzają czas?


Jesienne święto. Radość, ostre, wiejskie powietrze, wspólna praca, śpiew, alkohol. Czas spędzony z rodzinami, przyjaciółmi. Czas wolny od pracy, jeśli réttir (spęd owiec) wypada w piątek. Na tydzień przed akcją chętni jadą konno w góry i przygotowują owce do spędu przez kilka dni, zaganiając je i śpiąc w nieogrzewanych metalowych szałasach. W wybrany dzień kolejni chętni i turyści zjawiają się w osadzie, by pomagać w dzieleniu owiec.
W miejscu spędu znajduje się zagroda, składająca się z dwóch okręgów. Mniejszy w środku jest pusty i tam zaganiane są wszystkie owce na początku. Większy okręg podzielony jest na "kawałki tortu", czyli zagrody należące do różnych farmerów. Z mniejszego okręgu prowadzą furtki do każdego kawałka tortu.
Każda owca jest oznaczona, należy przetransportować puszystą ślicznotkę do odpowiedniej zagrody, trzymając najlepiej oburącz za rogi. Wygląda to brutalnie. Owce skaczą, wyrywają się, meczą głośno (tak, tutejsze nie beczą).
Po wszystkim, a praca wbrew pozorom przebiega szybko i sprawnie, ludzie zbierają się wewnątrz okręgu. Zaczynają się śpiewy, a od samego wdychania powietrza można się upić.
W spędzie biorą udział wszyscy, niezależnie od płci i wieku. Liczy się przede wszystkim świetna zabawa.