Pokazywanie postów oznaczonych etykietą radośnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą radośnie. Pokaż wszystkie posty

5 grudnia 2015

Z krainy chichów

Ignaś rozmawia z Dziadziem i Ciocią:
Hej, słodcy ludzie!
Tatul zabiera Ignaśka do kawiarni na gorącą czekoladę. Zostaję w domu z zapaleniem pęcherza. W restauracji właścicielka pyta Ignasia:
- A mamusia nie przyszła z wami?
Nie, bo ma chorą cipkę - wypala Ignaś.

Ignaś dostał od swego najlepsiejszego przyjaciela gustowny strój kościotrupa. Strój jest w ciągłym użyciu, co oznacza również, że zapodziewa się Ignasiowi niezwykle często. Wtedy Ignaśko lubi się poinformować:
- Gdzie jest moja kościoskorupka?

Ignaś bawi sie zawzięcie. Galopuje z jednego końca domu na drugi, "czarując" i krzycząc: "AGRA PODAGRA!"

Igulek wyłazi z wanny i goły wyskakuje z łazienki. Plaskając stópkami, biegnie do mnie, wykrzykując jednocześnie:
Anulu! Jesteś aniołem!

29 czerwca 2015

Z krainy chichów

Igi gawędzi: Wszyscy kiedyś umrzemy. I nie wiemy kiedy!
Ja: Tak.
Igi (odkrywczo): Ale ja nie chcę umrzeć nigdy. Chcę być Bogiem! 
Ja i Tato Kwiatka: „Wyobraź to sobie sobie.”

Rozmawiamy z Babu przez skype.
Ja: Chcesz powiedzieć coś miłego Babu na koniec rozmowy?
Igi (po chwili zastanowienia): Tak. Jak umrzesz, to przyślę ci czekoladki.

Zima, śnieg skrzy w słońcu. Igi przygląda się zjawisku i intensywnie nad czymś myśli. W końcu wypala:
– Mamo, zobacz! Brukiew!!
(Tak, wege-dzieciak mówi „brukiew” na „brokat”, a na swoje ulubione pisaki – „pisaki brukwiowe”)

Jemy obiad. Igi odsuwa od siebie talerz i stwierdza z westchnieniem:
– O, ja nie dokończę tej surówki.
– Najadłeś się już?
– Nie, po prostu chcę, żeby pies ją zjadł i miał ładną kupę – stwierdza wspaniałomyślnie i z błyskiem w oku Ignaśko.
Jesteśmy na basenie, lekcja pływania w toku. Igi tapla się zawzięcie, chlapiąc na potęgę i nurkując. W pewnym momencie brakuje mu 5 cm do mojej ręki. Reaguję i wyciągam szkraba na powierzchnię. Igi odkasłuje, patrzy na mnie i z niekłamanym wyrzutem wykrzykuje:
– Prawie mnie zabiłaś!

Ignaś wychodzi z samochodu, po czym schodzi mu nieco wiecej niz zwykle czasu na przemieszczenie się do domu. Wbiega do przedpokoju z drobnym przedmiotem w ręce i oznajmia dumnie:
– Zobacz, mamo, śmieć. Wiesz, ochroniłem dziś trochę plametę.

Igi zwisa sobie swobodnie z przedszkolnego płotu i gmera pazurkiem w zagłębieniach deski. Natrafia na coś lepkiego i bawi się tym przez moment, po czym woła mnie:
– Mamo, chodź, mam dla ciebie niespodziankę! Znalazłem substancję. Pachnie jak choinka. 

Igi wbiega do pokoju nagi.
– O, golas! Chciałabym, żebyś założył piżamę.
Igi wybiega, a po 5 minutach wraca, tak samo goły jak przedtem, ale za to z pokolorowaną na fioletowo dłonią. Patrzy na mnie i stwierdza:
– Zobacz, zapomniałem, że miałem się ubrać i zrobiłem sobie tatuaż – i wyciąga rękę, by lepiej zobrazować dokonanie ostatnich minut. Moim oczom ukazuje się ręka fioletowa aż do szyi.
– Widzę, że poszedłeś na całość – zagaduję syna.
– Nie, na całość nie, tylko ręka. Reszta jest czysta.

O mistrzu ciętej riposty
– Igi, ubierz buty.
– Mam ubrać buty? – dziwi się nieodrodne dziecko swojej mamusi. – W co? W majtki i spodnie?

Igi podsumowuje sobotę, którą spedził w piżamie:


– To był fajny dzień. Podobało mi się to, jak byłem ubrany. Lubię być w piżamie, bo czuję się wtedy tak łagodnie.

23 marca 2015

Z krainy chichów

Ignaś planuje:
- ... I może kupimy nowy samochód? - zastanawia się Młody.
- Wydaje mi się, że nie mamy pieniędzy na kolejny samochód, Ignaśku - mówię ostrożnie.
- To kupmy pieniądze! - Ignaś szybko znajduje rozwiązania.
- Nie słyszałam, by pieniądze można było kupić.
- Można! - stwierdza z niezachwianą pewnością Igi.
- Gdzie?
- W Banku Stogu Siana. On jest tylko w Polsce.

Przygotowujemy lemoniadę, więc Ignaśko stawia na stole wszystkie potrzebne przybory (dzbanek z wodą, szklanki itd.) Na koniec stwierdza:
- Wszystko już dogotowałem.

Jesteśmy na spacerze w przydomowych górkach. Igi fika, biega, wariuje. Nagle krzyczy:
- Mamo, stój! I nie ruszaj się! No, chyba że będziesz chciała się podrapać na górkę, to możesz.

Ignaś bawi się w chowanego. Kładzie się pod kołdrą i wrzeszczy:
- Mamoooooooo! Gdzie jestem?
- Nie mam pojęcia. Czuję za to, że bardzo chcę się położyć w tej chwili na łóżku. O, cóż to? - udaję ogromne zdziwienie.
- To nie ja! To kości i trupek!!!

Jesteśmy w toalecie publicznej. Wiedząc, że umywalki zawieszone są czasem dla Ignasia za wysoko, mówię mu:
- Igi, spróbuj umyć ręce, dobrze?
Ignaś ocenia umywalkę okiem znawcy i oznajmia ze spokojem:
- Ja wiem, że chcę i wiem, że mogę.


Igulek ogląda program instruktażowy o nurkowaniu. W pewnej chwili odrywa się od niego i rzuca swemu rodzicielowi:
- Tatusiu, czy wiesz, że wybór płytew jest bardzo szeroki?

Jemy śniadanie. Igi przestaje przeżuwać i zamyśla się na dłuższą chwilę. W końcu artykułuje pytanie.
- Mamo, co to są leki udrażniające?

- Ignasiu, pamiętasz co ostatnio śmiesznego powiedziałeś?
- Tak, raz powiedziałem "dupa" zamiast "zupa".

Rozmawiamy sobie o Igulkowym przedszkolu.
- Ignasiu, bawisz się z jakimis laskami w swojej placówce?
- Tak.
- Z którymi?
- Z Robertem i Filipem.

Igi przeżywa ostatnio fascynację nurkowaniem i kosmosem. W związku z tym oglądał ostatnio film przyrodniczy o podwodnym świecie. Był zadowolony przez dłuższy czas trwania projekcji w domowym zaciszu, po czym stwierdził kategorycznie:
- Mamo, ja nie chcę już oglądać tego filmu. Zobacz, woda zalała las i domy - to bardzo wstrząsające!











9 stycznia 2015

O tym, czego nie wolno

Pojechaliśmy z Igim do lekarza, który lubi sobie wrednie (a czasem mniej wrednie) pożartować, bo Igi narzeka na ucho i nie pozwala mi spać.
- Masz krzywe zęby - zauważa spokojnie Ignaś, patrząc na pana doktora.
- To po to, by cię łatwiej zjeść - odpala z błyskiem w oku lekarz.

W drodze do domu rozmawiamy o sytuacji i o tym, czego nie wolno.
- Nie wolno mówić, że ktoś jest głupi - zaczynam.
- Ani że jest dupą - podejmuje ze smakiem Ignaś.
- I że się nie jest czyimś przyjacielem - odbiam piłeczkę.
- I że się kogoś nie lubi.
- I że sie kogoś zabije - wymieniam dalej wszystkie faux-pas Ignaśka.
- Albo że się kogoś skrzywdzi - podnieca się Ignaś.
- Albo że ktoś jest kupą.
- Lub sikami.
- Albo, kiedy ktoś je, że jego jedzenie jest obrzydliwe i niezdrowe. Masz jeszcze jakiś pomysł?
- Tak, nie mówimy nikomu, że ma puszyste uszy.
- Puszyste uszy? - zatyka mnie.
- Tak, puszyste uszy ma się wtedy, gdy na uszach rośnie dużo włosów.

Kurtyna.



5 stycznia 2015

Wspomnienie świąt

Kiedyś, dawno temu, kojarzyłam ten czas z zapachami potraw, choinką, wspaniałą atmosferą, migoczącymi swiatełkami i tym dreszczem niecierpliwości... Prezenty. Teraz na prezentach mi nie zależy. Słuchamy kolęd i wspominamy.
Od kilku lat największym prezentem jest pakowanie paczuszek, wkładanie ich ukradkiem pod choinkę, a później - po prostu cieszenie się z Igulcowej radości.


Nie jestem za spełnianiem każdej zachcianki natychmiast. Dzięki temu marzenia smakują lepiej :-)

Igi potwierdza poniżej.


Najlepsze prezenty?
Maska i "płytwy" oraz... lizaki. Igi miał już na sobie maskę, a w paszczy rurkę, gdy odnalazł ten wielki skarb (będący w zamierzeniu jedynie dodatkiem do właściwego prezentu).
- Lizaczki! - zaskowyczał Iguś przez rurkę, śliniąc się obficie. - Ale jak ja... - dodał biedak bezradnie, na moment znieruchomiał z lizakiem w ręku, po czym zaczął sobie wpychać skarb przez rurkę od góry.

Taki miał pomysł.

PS. Odkąd w domu zamieszkała maska i "płytwy" kąpiele Ignasia straciły resztki pozorów normalności :)

28 listopada 2014

Z krainy chichów

Igi: Jesteś taka słodka!
Ja: Też jesteś słodki Igusiu.
Igi: Wiesz, powiem gwiazdorowi, żeby przyniósł ci wspaniałą zabawkę. Ona jest taka śmieszna! Jak się ją naciśnie tu, w głowę, to puszcza bąki!
Mój syn wie, czego pragnę najbardziej w świecie :)

Jesteśmy w domu, nagle dochodzi do mnie przeraźliwy, rozpaczliwy płacz. Idę do Ignasia, który toczy krokodyle łzy. Pytam go, co się stało.
- Ingi polizał moją kanapkę.

Sytuacja dokładnie taka sama, jak wyżej, tylko płacz ma w sobie domieszkę czarnej rozpaczy i odrobiny złości. Stormur zabrał i pomiędlił Ignaśkowi skarpetkę.

Tatul oporządza syna przed snem.
- Tato, przyniesiesz mi coś? - drze się Wieś z wanny.
- Jasne, co?
- Przynieś mi springlanki.
- Hm? A co to jest?
- Takie czarne.
- A gdzie to jest?
- W moim pokoju.
Tato Kwiatowy idzie do pokoju, po którym rozgląda się z zupełną bezradnością.
- Powiedz mi, co to jest.
- To jest czarne i jest w moim pokoju - wyjaśnia uprzejmie Wieś.
- A czy mogę przynieść ci cokolwiek, co jest czarne i co znajdę w twoim pokoju?

Igi otwiera oczy. Ponieważ w nocy przytuptał do naszego łóżka, natychmiast tarabani się na mnie i żwawiutko proponuje:
- To co, porozmawiamy? Na przykład o słodkościach lub bąkach!

Misio wpada do wyra o poranku w doskonałym nastroju.
- Mam włączyć radio? - pyta.
- Jasne, ale ty jeszcze nie umiesz, Ignasiu.
- Włączę tym - stwierdza Wieś i macha czymś, co ma w łapce.
I tak sobie siedzimy w łóżku. Czytam, a po chwili orientuję się, że Ignaś robi wielki hałas, wydając dżwięki w kombinacji "random".
- Kiciusiu, czy mógłbyś wyć z dala ode mnie?
- To nie ja, przecież włączyłem radio - i wskazuje na trzymany w ręce dziurkacz.




19 października 2014

Z krainy chichów

Ja: Igi, wychodzimy, jestes gotowy?
Igi: Jeszcze się wysikam.
Zaczyna się przygotowywać.
Igi: O, nie mogę się wysikać. Chyba mam sikowe zatwardzenie.

Rozmawiamy sobie.
- Nie można mówić, że człowiek jest dupą - wyznaje łagodnie Igi, gdzyż każdy pretekst jest dobry, by powiedzieć głośno to słowo.
- Nie można - potwierdzam.
- Jest jeszcze inne słowo na pupę. Gorsze. Tato mi mówił. Ale nie pamiętam, więc niestety nie mogę ci powiedzieć - zasępia się Ignaś. - Przykro mi.

Przyjęcie z okazji urodzin w toku, czyli grupka dorosłych stara się przekrzykiwać wrzask trójki chłopaczków, roznoszących dom. Nagle przybiegają dwaj - Igi i Staś. Niosą skarbonkę Ignasia, w której moszczą się dwa banknoty o niskim nominale - urodzinowe prezenty.
- Tato, tato, otwórz mi skarbonkę - wywrzaskuje Igi.
- Dlaczego?
- Bo ja mam tam dwie pieniążki i dam jedną Stasiowi!

Po długim, wrzaskliwym popołudniu rada udręczonych rodziców oznajmiła jednogłośnie - otępić hałaśliwe towarzystwo bajką. Włączyliśmy zatem film dzieciom, oczekując błogiej ciszy, która nie nastapiła. Dzieci postanowiły bowiem roznieść kolejny pokój i tak do naszych uszu, oprócz dźwięków bajki, dochodziły kwiki i dźwięki upadających przedmiotów. Nagle rozległ się też płacz. Potem trzask otwieranych z impetem drzwi i dwie pary podnieconych stóp przybiegły do nas.
- Staś się przykleił! Staś się przykleił! - Przekrzykiwali się chłopcy.
Z drużyny rodziców oddelegowano jednego do ekstrakcji Stasia spomiędzy ściany i kanapy.

Cały czas usiłuję wytłumaczyć Igusiowi, by wybierał płatki owsiane, a nie Cheerios w przedszkolku. Wchodzimy do placówki, pani proponuje śniadanie. Igi spogląda na mnie niepewnie i stwierdza:
- Bardzo mi przykro, ale ja niestety będę jadł Cheerios.

Chłopaki leżą razem w łóżku i gadają.
- ... ja mam taką bluzę od piżamy. Ona nie ma kleju - gaduli Benio. - Wcale nie jest duża, tylko taka malutka.
- Ty masz duże ciało - oznajmia Ignaś z powagą.
- Tak. - odpowiada z powagą Benio.

- Mamo, jestem głodny. Czy możesz mi zrobić takiego chochlika? - zapytał pewnego dnia Ignaś, w związku z czym zdębiałam. Śledztwo wykazało, że chodziło o szaszłyka z owoców.

17 października 2014

Deszczowy dzień

Deszczowe weekendy owocują miłymi, niekomercyjnymi zabawami. Oto jedna z nich:


Igi zrobił z lego rakietę, która została przyczepiona do deskorolki:


Dalsza ewolucja zabawy:


A marzy mi się takie zagospodarowanie tego kawałka salonu:

Pozdrawiamy z kraju, w którym zima stoi już za progiem :-)

11 października 2014

Wiesio - 4 lata

Narybek dorasta. Z rzadka trzeba mu zmienić ciuchy, a często nawet daje się go namówić, żeby przestał drzeć paszczę i powiedział coś ludzkim głosem. W codziennych rozmowach jest niezastąpiony, szczególnie ze względu na tę nieodłączną nutkę abstrakcji, którą wnosi do nawet najprzyziemniejszej konwersacji.

Niech żyje Wieś!

Czekał na "urodzinę" w napięciu. A tego wielkiego dnia wyczuł, że chcemy, żeby spał i wstał. Trzymaliśmy go więc w wyrze na siłę ;) Miał mieć urodziny jak Lisa z "Dzieci z Bullerbyn" - pyszności w łóżku. 


Dzióbek skupienia prezentuje nam teraz kotek za każdym razem, jak tylko przysiądzie przy klockach. LEGO są jednak fajne, mimo że plastikowe :)


To ten. Idę zbudować jakiś domek.

24 września 2014

Z krainy chichów. Tradycyjnie. O jedzeniu, śmierci i tematach wydalniczych.

Igi (z lekkim wyrzutem): Mamo, jestem głodny. Czy burczenie w brzuchu jest niewidzialne?

Tati i Ignaś oporządzają się w łazience. Słyszę, że TK prosi syna, by coś zrobił.
- Czy mam ci zrobić cierpliwość? - odpowiada na to pytająco Wieś.

- Mamo, opowiedz mi o śmierci - zagaja Igi.
- Śmierć następuje wtedy, gdy człowiek przestaje żyć, czyli umiera.
- Albo puszcza bąki - dodaje Ignaś półgłosem.

Igi pochłania 4 duże krakersy na śniadanie. Wychodzimy, by jak co dzien udać się pieszo do przedszkola. W połowie drogi Ignaś zgina się i jęczy:
- Booli mnie. Brzuch mnie tak strasznie boli. Jestem potwornie głodny.

Igi je obiad.
- Kasza to taka zdrowość, co robi dobrze na głowę - oznajmia między jednym kęsem a drugim.

Igi wie, że dobrze jest nie oglądać bajek zbyt często i zbyt długo. Czasem lubi sobie jednak porozmawiać o tych powodach. To rozmawiamy. Na koniec rozmowy Igi stwierdza:
- Mój wzrok lubi bajki. I mój mózg też. Całe moje ciało lubi bajki. Tak już jestem zbudowany, wiesz? - następuje chwila ciszy, po czym Igi ciągnie, dając ponieść się na fali gadulstwa. - Sam siebie zbudowałem.

Igi ma nowego przyjaciela z "przedszkolka", Filipa. Rano, jak zawsze, zaliczamy obsuwę czasową. W pewnym momencie Igi motywuje się w sposób, którego Kubuś Puchatek by się nie powstydził:
- Im bardziej się spieszę, tym bardziej Filip będzie w przedszkolu!

12 września 2014

Z krainy chichów

- Mamo, usiądź koło mnie.
Siadam. Igi leży chwilkę w ciszy, aż w końcu rzuca luźną propozycję:
- Mam na ciebie nasikać?

Igi co rano (po obudzeniu): Mogę się teraz zdrzemnąć?

Usypiam Ignasia. Młody obraca się w moim kierunku, przytula się i stwierdza:
- Dobranoc, kochanie moje.

O jakże miłym naśladownictwie
Igi pragnie swojego słynnego deseru. Zwraca się zatem do mnie:
- Czy możesz mi zrobić miodu z odrobiną wody i cynamonem... koteńku?

Jesteśmy na koncercie nieletnich skrzypaczek. Igi z zainteresowaniem przygląda się stojącemu bokiem nauczycielowi/dyrygentowi, a zwłaszcza dość wyraźnie zarysowującemu się pod koszulą brzuszkowi sympatycznego pana.
- Czy ten pan będzie miał niedługo dziecko? - wypala Igi, na szczęście po polsku.

Czytamy "Drakę Ekonieboraka". Igi wierci się i ogólnie sprawia wrażenie osoby, której strasznie chce się siku.
- Siku chcesz? - domyślam się.
- Nie, tak tylko walczę z tym moim penisem, tak śmiesznie - odpowiada Igi.








3 września 2014

Dlaczego Matka Kwiatka jest zawsze spóźniona

Tak jak gołębie mają tajny napęd w obrębie głowy, tak Igi ma tajemny hamulec w podobnej okolicy. Ignacy zasypia ze słowem na ustach i budzi się, już gadając, choć z zamkniętymi oczami. Zadaje pytania, rzuca myśli, porównuje, definiuje, opowiada, relacjonuje, zauważa różnice i podobieństwa, snuje wspomnienia, planuje, pokazuje też swoją bardziej abstrakcyjną stronę. 

Gadanie, mielenie ozorem, paplanie - to wszystko, co ciekawe, nie może poczekać. Igi nie ma guzika pauzy. Bywa, że w radio jest właśnie niezwykle interesująca informacja, uciszam więc potomka. Niestety, po każdej prośbie o tymczasowe przymknięcie jadaczki, dziedzic przypomina sobie o naukach mamusi i głośno wypowiada formułkę:
- Mamo, przepraszam, czy mogę coś powiedzieć?
- Nie, chcę posłuchać tego, co leci w radio, poczekaj chwilę.
- Ale mamo, mogę coś powiedzieć? Ja chcę coś powiedzieć, chę coś powiedzieeeeeć.
- Poczekaj Ignasiu. 
- Mamo -  szepcze scenicznie Igi, nigdy się nie poddając. - Czy mogę coś powiedzieć cicho?
W tym momencie zazwyczaj wszystko, co miało być na dany temat powiedziane, powiedziane już zostało, mogę się więc równie dobrze zgodzić na kolejny słowotok Ignaśka.

Gdy przyjrzymy się dokładniej wszystkim codziennym czynnościom - myciu zębów, ubieraniu, zakładaniu butów, jedzeniu, wkładaniu rąk do rękawów, chodzeniu... Wszystko to zajmuje wieki. Bo Igi nagle odczuwa potrzebę zadania jakiegoś wnikliwego pytania tudzież posnucia jakiejś historii i absolutnie nie przestanie mendozić, dopóki nie otrzyma odpowiedzi lub nie dokończy historyjki. I tak zęby myjemy ponad kwadrans, przy śniadaniu mam drgawki, gdy Igi się odziewa - ja toczę pianę z ust, gdy jesteśmy w przedpokoju, a Młody zastyga, by podzielić się kolejną Niezwykle Ważną i Bardzo Rozbudowaną Myślą - ja rozważam łykanie pigułek szczęścia, a w trakcie poszatkowanej kolejnymi postojami drogi do przedszkola (w teorii jedyne 5 minut piechotą) jestem już całkowicie zobojętniała na wszystko. 
I zawsze, w najlepszym wypadku, jestem na styk. 

A Wy jak macie?


26 sierpnia 2014

Z krainy chichów


Jedziemy do stolicy, Igi zajmuje się czytelnictwem w swoim foteliku. Niedawno dostał paczkę od Babuni z mnóstwem nowych pozycji. Otwiera książkę, w której dziwnym trafem zapodziała się kartka świąteczna od pradziadków.
- O!!! O!!! - wykrzykuje Ignaś - Ta książka jest od Boga!

Ignaś: Jest guma do życia. A jest też guma do umierania? (Guma do żucia ewoulowała z "gumy do żyćnia" na "gumę do życia", co skłoniło Ignasia do dalszych przemyśleń).

Wychodzimy do przedszkola i ubieramy się w przedpokoju. Igi na podłodze znajduje martwego żuczka. Stwierdza, że to pajączek i chce go przytulić. Oświecam go zatem, że to żuczek.
- Aha, to mruczek - mówi Igi i tak truchełko żuka otrzymuje imię.
Wychodzimy. Igi z Mruczkiem w piąstce. Zamierza pokazać żuka przedszkolu (przedszkole to taki twór, który mówi, daje na przykład chleb i któremu się pokazuje rzeczy). W przebieralni ostrożnie dokonujemy transferu - Igi powierza mi Mruczka, by móc się rozebrać. Żuczek spada mi na podłogę. Podnosimy go, a Igi poucza mnie:
- Uważaj, bo jak on spadnie, to umrze jeszcze bardziej.

Igi: A dlaczego czasu nie widać?




18 sierpnia 2014

Z krainy chichów


Odwiedziła nas moja przyjaciółka z synkiem. Podczas jednej z naszych rozmów pojawia się Ignaś i zagaja:
- Dlaczego tato Natana nie przyjechał? Czy on nie żyje?

Jemy owsiankę na śniadanie. Igi skrupulatnie wygrzebuje łyżką dołeczek, po czym umieszcza w nim masło i przykrywa gorącą owsianką, by się roztopiło. Do tego gada do siebie:
- Fuj, ten sok z masła nie jest dobry. Wezmę sobie owsianki i ję umoczę w tzm... yyy... moczu.

I kolejny monolog:
- Muchy nie są dobre, bo lubią kupę i mają brudne nogi. I chodzą po jedzeniu. Ale niektóre muchy są miłe, bo gdy im się powie "Chodźcie, mam świetny pokój, pobawimy się", to one idą i się bawią.

O prezentach od prawie czterolatka
- Mamo, zrobię dla ciebie kupę.



10 sierpnia 2014

Biuro Wyceny Wszystkiego


Igi wpada w "cenny" nastrój zazwyczaj podczas śniadania. Przy ostatnim porannym posiłku, zamiast mielić paszczą, podawałam mu ceny każdego rodzaju obuwia, jakie posiada. W koronach i złotówkach :-)
Innego dnia, również podczas śniadania (jajecznica) dziecię zapatrzyło się na talerz, po czym zapytało z powagą:
- A ile kosztuje jajecznica?
Jego Tato równie poważnie obliczył cenę jednego jajka, więc Młody dostał przybliżoną kwotę. Rozmowę przy stole zdominowały problemy natury obliczeniowej - ile do jajecznicy używam masła, soli i pieprzu oraz jak zamortyzować łopatkę i patelnię, o płycie kuchennej nie wspominając.
A potem Igi wypalił z grubej rury:
- Ile kosztuje deszcz?
- Deszcz nic nie kosztuje. Jest za darmo.
- Nie! - wkurzył się Ignaś - Kosztuje!!
- Tak? A ile?
- 5 literek.

24 lipca 2014

Z krainy chichów


Przemyślenia wieczorne Ignasia: "Poduszka pomaga na głowę."

Igi wchodzi do łazienki naszej znajomej i wykrzykuje: "This is amazing!"

Igi: Dziś moje przedszkole dało dzieciom hamburgery z czupakiem. (Chwilę mi to zajęło. O keczupie była mowa.)

Przed wieczornym czytaniem książki w łóżku jest siku i mycie zębów, trwa to jak zwykle wieki. Igi rezyduje na tronie i gada do siebie, dobrze, że chociaż zęby już czyste.
- Igusiu, robi się bardzo późno. Ucieka nam czas, który moglibyśmy przeznaczyć na czytanie.
- Nie mów tak! Ja z nim porozmawiam. Powiem mu: "Czasu, nie uciekaj". On teraz na nas czeka - wyrzuciło z siebie jednym tchem moje dziecko, po czym zajęło się misternym składaniem papieru toaletowego.

Ignaś czka.
- Mam sczykawkę - stwierdza.

Ignaś turla się w ogrodzie ze swym Tatą. Podczas zjazdu z górki wybucha śmiechem.
- Co się stało? - pytam.
- Igi rzygnął. Ignasiu, idź umyć buzię.
- Nie! - oznajmia Michu stanowczo, wycierając pyszczek koszulką - Wytrę się w trawę! O tak!
Następuje chwila ciszy, gdyż dziecię robi, co postanowiło.
- Ja lubię bawić się w rzygach!

Igi siedzi za swym Tatą, który je kanapkę i miziając tatową czuprynę monologuje pogodnym, rzeczowym tonem, dając ponieść się na fali wyobraźni.
- Jakbyśmy umarli, to nie bylibyśmy szczęśliwi...
- Hm. Ja nie byłbym szczęśliwy, gdyby któreś z was umarło - mówi Tato Kwiatka.
- Ale moglibyśmy umrzeć razem! - wykrzykuje Igi z radością, gdyż znalazł takie dogodne rozwiązanie. Gdy on się cieszy, my trawimy nagłą wizję zbiorowego, rodzinnego samobójstwa - Wtedy albo poszlibyśmy do nieba, albo nas zakopają.
- Albo spalą - dodaje z lubością Tato Kwiatka, chrupiąc cebulkę.
- Albo zrobią z nas kiełbasę!!

Wiadomość z ostatniej chwili: Igi będzie nadal zapuszczał włosy. Cel - mieć długie jak Roszpunka.





15 lipca 2014

Mini wakacje bez Wieśka

Wyjechaliśmy.
Wyjechaliśmy, zostawiając Kotka Dziadkowi. Prawdziwy to rarytas, taka możliwość, jak się mieszka za granicą. Skorzystaliśmy więc bardzo radośnie i poszliśmy na całość, objeżdżając Wyspę małym camperem. Z Wiesiem mieliśmy ograniczony przez zasięg kontakt, ale trzeba też nadmienić, że Młody nie jest najrozmowniejszą osobą przez telefon. W sobotni poranek, po noclegu we fiordzie nad wodospadem, zadzwoniliśmy do Igusia. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
- Cześć Ignasiu!
- (15 sekund ciszy) Ceść.
- Jak się czujesz?
- (15 sekund ciszy) Tylko dobrze.
- (opowiadam coś) Mówisz do Ignasia? - słyszę głos Ignaśkowego Dziadka - Bo on już pobiegł.

Nierozmowność Igi jednak ma równie wybiórczą, jak słuch. Pewnego wieczoru odebrałam od niego telefon i do moich uszu dotarł niemal słowotok.
- Ceść mamo. Jest taka prośba - zagaiło moje dziecko i sprawnie przeszło do rzeczy - Czy mogę oglądać coś na Twoim telefonie?

A co my wtedy oglądaliśmy? Same fajne rzeczy. Dziś relacja z komórki, następnym razem foty będą z aparatu. Jeśli będziecie chcieli.

Osoby dramatu oraz zdjęcie pt. "Tato Kwiatka nas spakował":

Pierwszy nocleg (Wielorybi Fiord) i "prawdziwe" foty:

Sobotnie podniety postojowe:

Cuda w drodze:



W czasie, gdy TK robił poważne zdjęcia, ja robiłam i fociłam rzeczy niepoważne...


Zahaczyliśmy o nasze ukochane miasteczko:

Oczywiście zaczęło padać:

Pożegnaliśmy się z miasteczkiem i popędziliśmy na wschód:

Coraz dalej...

... I dalej...

Choć spaliśmy w dziczy i myliśmy zęby na polach lawy, nie odmawialiśmy sobie uciech cywilizacji ;)

Czółko!

14 lipca 2014

Opowieść dzielnej kobiety o karmieniu piersią - ku pokrzepieniu

Dziś chciałam Wam przedstawić niezwykłą osobę i niezwykłą historię. Agnieszka może swoją opowieścią wspierać wszystkie mamy. Jest przykładem niespotykanego wręcz hartu ducha. Która z nas nie słyszała na początku drogi mlecznej koronnego "Nie męcz siebie i dziecka"? Jeśli ją ktoś raczył takim tekstem, to zapewne wybuchała gromkim śmiechem, po czym robiła swoje  - tak ja to w każdym razie widzę. A łatwo nie miała, wierzcie mi. Wiele łez wsiąkło w rękaw jej męża. 

Agnieszka zgodziła się zamieścić swoją opowieść na moim i Igulcowym blogu. Zatem czytajcie, czujcie się podniesione na duchu i zawsze pamiętajcie, że skoro ona tego dokonała, to i Wy możecie!

Zapraszam :)

Agnieszka Nagórska, 17 miesięcy karmienia piersią bliźniąt:

Kiedy dowiedziałam się, że zostanę mamą i to na dodatek bliźniąt, nie myślałam o tym, w jaki sposób będę karmić moje dzieci, gdy pojawią się na świecie. Ba, uważałam nawet, że nie ma większej różnicy między karmieniem piersią i sztuczną mieszanką, ot są chyba równoważne. Pierwsze, co sprawdziłam w Internecie, to ceny wózków dla bliźniąt, a nie informacje o karmieniu ;)

Jednak im bliżej porodu, tym bardziej zaprzątał mi głowę temat karmienia piersią. Trafiłam na elektroniczną wersję książki Gugulskiej-Nehring „Warto karmić piersią”. Książkę przeczytaliśmy oboje z mężem (nie powala objętością, więc poszło szybko) i uzgodniliśmy, że zrobię wszystko, żeby karmić piersią nasze bliźniaki. Im więcej czytałam o korzyściach, tym bardziej nastawiałam się, że tylko „cycek” i koniec.


Urodziłam przez cesarskie cięcie w 39 tygodniu ciąży. Dzieci dostały 10 punktów, były duże (3350 i 3580), donoszone i chętnie zassały, gdy pielęgniarki noworodkowe dostawiły mi je do piersi na sali pooperacyjnej. Jeszcze kilka razy mi je przystawiły, ale już na drugi dzień okazało się, że mam pierwsze (i nie ostatnie) powikłania poporodowe. Miałam zespół popunkcyjny, który charakteryzował się potwornym bólem głowy. Nie pomagały żadne leki, a ja majaczyłam z bólu. Dzieci były ze mną w dzień, gdy przychodził mój mąż (od 8 rano do 20.00), on je przewijał, mył i dawał mi do nakarmienia. Niestety ból głowy w nocy powodował czasami, że nie byłam w stanie się podnieść, żeby dzieci dostawić, więc dostawały butelkę ze sztuczną mieszanką od pielęgniarek. Mimo cesarskiego cięcia mleko przyszło szybko – już na trzeci dzień pojawił się umiarkowany nawał, wyjadany regularnie przez dzieciaki. W dzień starałam się karmić w tandemie, ale udawało się tylko wtedy, gdy ktoś mi pomógł. Pamiętam, że jedna z pielęgniarek noworodkowych powiedziała mi, że nigdy nie uda mi się wykarmić dzieci samodzielnie, a ja pomyślałam, że bardzo, ale to bardzo się myli.

W szpitalu byłam tydzień, cały czas z bólem głowy, do którego doszły bolące i krwawiące piersi. Pielęgniarki sprawdzały, czy dzieci przystawiają się dobrze, ale nikt nie wpadł na to, żeby zobaczyć, czy córka, która słabo przybiera, nie ma przypadkiem defektu zwanego krótkim wędzidełkiem podjęzykowym, który powoduje, że karmienie jest bolesne dla matki i ekstremalnie trudne dla dziecka, bo nie potrafi ono efektywnie wymasować językiem mleka z piersi. Oczywiście wędzidełko było przykrótkie, ale o tym dowiedziałam się później.

Gdy zespół popunkcyjny minął, wypisano nas do domu. Piersi bolały mnie coraz bardziej, więc zadzwoniłam do doradczyni laktacyjnej. Przyjechała, przywiozła wagę, powiedziała, że bliźniaki należy ważyć, sprawdziła sposób dostawiania i wędzidełko, stwierdziła, że jest ok i pojechała. 
Codziennie ważyłam dzieci i cały czas bałam się, że za mało przybierają (z perspektywy widzę, że nie było wcale tak źle). Kompletnie uzależniłam się od wagi – co dodatkowo wtrąciło mnie w huśtawkę emocjonalną.

Tymczasem piersi bolały mnie tak, że nie mogłam wziąć dzieci na ręce. Karmiłam i wyłam z bólu, chociaż nie było żadnych ran ani uszkodzeń. Zaczęłam jeździć po lekarzach i doradcach laktacyjnych – nikt mi nie umiał pomóc. W kółko mówili, że to przejdzie, albo żebym dała sobie spokój i zaczęła karmić mieszanką. 

W nocy płakałam mężowi, że dłużej nie wytrzymam, byłam na skraju załamania nerwowego i tylko jego spokój pozwolił mi jakoś trwać. Mówiłam sobie, że tylko jeszcze jeden dzień pokarmię, a potem przestanę. I tak codziennie. 

W międzyczasie dzięki temu, że dosłownie błagałam o pomoc, gdzie się dało – również na różnych forach internetowych, trafiłam do La Leche League Polska, a konkretnie do Magdy Karpieni – jej liderki. I telefon do niej rozpoczął żmudną, ale zakończoną pełnym sukcesem drogę diagnozowania moich problemów z piersiami i karmieniem

Po pierwsze pomogła mi zdiagnozować (pomimo odległości) krótkie wędzidełko podjęzykowe, dzięki materiałom umieszczonym w sieci przez doktora Kotlowa z Nowego Jorku – m.in. filmom na YouTube. Znalazłyśmy w Warszawie dr Pakułę-Raczek, która potwierdziła diagnozę. (Jest bardzo mało kompetentnych lekarzy w tym temacie w Polsce! Prawie nikt się na tym nie zna, nawet jej uczennica z poradni laktacyjnej, u której szukaliśmy porady, nie umiała rozpoznać za krótkiego wędzidełka.) Jedno szybkie cięcie, trochę płaczu i córka zaczęła normalnie jeść! Ulga w bólu była przeogromna – a miałam za sobą 4 tygodnie nieustannej męczarni. Ale nie był to koniec przygód – ból znów się nasilił i był jeszcze gorszy – padło podejrzenie grzybicy piersi, znów nikt nie miał o tym pojęcia, znów sama i z pomocą Magdy szukałam informacji. Okazało się, że u mam dzieci z przykrótkim wędzidełkiem często rozwija się grzybica. Na amerykańskich stronach LLL podano informację, że należy zastosować dwutygodniową kurację Fluconazolem, przy której, według ich doświadczenia, można spokojnie karmić piersią. Jednak wszyscy lekarze prócz dr Raczek podważali te ustalenia, więc musiałam stoczyć bój, żeby dostać lek i nystatynę do pędzlowania buziek dzieciom. Udało się, po tygodniu objawy zelżały i ból znacznie zmalał, ale niestety nie zanikł. 

Tymczasem minął drugi miesiąc od porodu, więc poszłam na kontrolę do ginekologa, który stwierdził podczas badania USG, że zostawił mi fragment tkanki w macicy i ta się nie kurczy. Pytałam, czy to może być przyczyną małej ilości mleka i ciągłego bólu piersi, ale zarzekał się, że nie.

Przepisał mi wyciąg sporyszu, który miał spowodować skurcze i wyrzucenie pozostawionej tkanki, ale niestety w praktyce nie zadziałał jak należy i w efekcie spowodował znów koszmarny ból piersi, nawał i zastój. Nie byłam w stanie karmić, więc ściągałam mleko i podawałam dzieciom w butelce. W końcu w szpitalu usunięto mi pozostawiony przez ginekologa fragment łożyska i błon płodowych, ale macica wciąż się nie kurczyła, piersi bolały, a mleka było moim zdaniem wciąż za mało. Kolejna kontrola i okazuje się, że w macicy zostały skrzepy – kolejna dawka sporyszu i antybiotyk, i kolejna gehenna. Ból odbierał mi zmysły, ale się nie poddawałam.

Jak się okazało na nowo dostałam poantybiotykowej grzybicy piersi i czekała mnie kolejna kuracja Fluconazolem. Po tygodniu mojego chodzenia bez koszuli, wietrzenia piersi, łykania tabletek i wbijania zębów w ścianę, ból zaczął mijać (trzy miesiące od porodu). 

Przez cały ten czas miałam za mało pokarmu. Brałam kozieradkę, piłam Karmi, dużo wody, zaczęliśmy spać z dziećmi, żebym mogła łatwiej karmić w nocy, lepiej wysypiać się i żebym mogła zwiększyć laktację. Nic nie działało wystarczająco. Znów trop z Internetu i diagnostyka ginekologa - okazało się, że mam niedoczynność tarczycy, co może prowadzić do zbyt małej produkcji mleka – pomogła tu niewielka, ale ciągła suplementacja hormonu tarczycy.

Ostatnie dwie rzeczy, które definitywnie zakończyły moje zmagania z bólem i strachem, że nie wykarmię moich bliźniaków, to zdiagnozowanie i wyleczenie przez Magdę Karpienię Zespołu Raynauda oraz stwierdzona insulinooporność (również na podstawie podpowiedzi mam z zaprzyjaźnionego amerykańskiego forum LLL dla rodziców bliźniąt). Przepisanie odpowiedniego lekarstwa spowodowało, że prawie z dnia na dzień poziom produkcji mleka pozwolił mi na odstawienie sztucznej mieszanki.


Gdy piszę te słowa, karmię moje bliźnięta mają już prawie 17 miesięcy. Jak przez mgłę pamiętam horror czterech pierwszych miesięcy, nieustanny ból, strach, że nie wykarmię dzieci i moją rozpacz, że tyle czasu – zanim spotkałam Magdę Karpienię – nikt nie był na tyle kompetentny, żeby mi pomóc.
Dziś karmienie moich dzieci to duma, radość, czułość i bliskość, którą wreszcie mogę się cieszyć. To również zdrowie moich dzieci i ich komfort psychiczny.

Po moich przygodach mam kilka przemyśleń, którymi chcę się podzielić:
- problemy mogą występować i u dziecka, i u mamy, a na dodatek nakładać się na siebie, (jak u mnie: wędzidełko, pozostawione łożysko, grzybica, insulinooporność, problem z tarczycą, Zespół Raynauda),
- wsparcie Męża było kluczem do sukcesu, znosił dzielnie moje rozpaczliwe wycie z bólu po nocach i zawsze był dla mnie oparciem,
- szukałam pomocy do skutku i często na własna rękę, czytając głównie po angielsku, ponieważ po polsku materiałów jest zdecydowanie za mało,
- niepotrzebnie dałam sobie wcisnąć wagę – bez niej miałabym mniej cierpienia i strachu, że nie wykarmię dzieci,
- odkryłam przerażającą niekompetencję lekarzy i wielu doradców laktacyjnych, których nazwisk miłosiernie tutaj nie wymienię, zarówno w kwestii karmienia, jak i przyjmowania leków podczas karmienia. Usłyszałam od lekarzy słowa: że nigdy „nie wykarmię dzieci”, że „niektóre tak mają”, że „ma boleć”, że ona „sama karmiła tylko 2 tygodnie i pokarm zanikł”, że „lepiej jak dostanę leki na zatrzymanie laktacji”, że „nic nie można zrobić”. Mogę powiedzieć im tylko tyle: uczcie się lekarze, bo wstyd, żeby rozpowszechniać takie bzdury.

Udane karmienie to mieszanina trzech składników: wsparcia, szczęścia, własnej determinacji i WIEDZY.




Gdybym miała coś zmienić:
- nie zgodziłabym się na branie wagi do domu, 
- nie zgodziłabym się na dokarmianie mlekiem modyfikowanym w szpitalu,
- przed porodem poszukałabym mądrej położnej/douli/doradcy laktacyjnego/liderki LLL, który byłby moim przewodnikiem i spotkałabym się z nim przed porodem,
- poszukałabym karmiącej mamy z mojej okolicy, która mogłaby stanowić wsparcie psychicznie i ewentualnie mogłaby się podzielić swoim mlekiem (choćby odpłatnie), żeby uniknąć dokarmiania moich dzieci mlekiem modyfikowanym,
- pracowałabym nad tym, żeby bezwzględnie wierzyć sobie, a nie przemądrzałym przekupom w białych kitlach, które czasem pracują na polskich porodówkach i w przychodniach pediatrycznych.

16 czerwca 2014

Mów mi kotku

Jest sobie szklarnia oraz to, co poza nią. W szklarni i poza nią rosną robaczki, pająki (fu, jakiego brzydala widziałam ostatnio! Wyglądał, jakby miał rogi! Z tą naturą jest coś nie teges, serio...) oraz rzeczy jadalne, te ostatnie w sam raz do sałat. 

Pewnego dnia poprosiłam swego partnera życiowego o narwanie naręcza liści, które w formie sałaty chciałam zabrać do pracy, ale ten odmówił. Stwierdził, że nie da rady połapać się w tych chwastach.

Szybko dałam mu instrukcje i dostałam w zamian michę pełną zieloności.

W pracy niemal się nad nią popłakałam. Oprócz całego króliczego pożywienia, które w niej było, w sosie vinaigrette moczyły się też liście... trawy dla kotów. Jedynej, nota bene, rośliny opisanej na doniczce tabliczką z wymowną nazwą i uśmiechniętą paszczą kota.

Zjadłam ze smakiem. Jestem gotowa na wykrztuszenie zgrabnej kulki z sierści :-D

14 czerwca 2014

Co się u nas działo, gdy nas nie było

Nie będę opisywała. Pokażę to na przykładzie kiepskich fot, delikatnie okraszonych niewielką ilością tekstu :-) 

To jest Bajka. Owca Bajka. Igi nosi ją na barana i bywa, że przytula podczas snu. Przywiązał się do pierwszego pluszaka :-) W sumie do miksera lub lukrowacza do tortów trudno się przytulić ;-)

Igi kocha lody. Ponieważ wiosna przychodzi tu później niż w Polsce, Młody ma zdecydowanie łatwiejsze życie, gdy nie jest akurat sobota. Wystarczy sprawnie podeptać kałużę na spacerze i się poczęstować:

Wiesio szklarniany, zawsze chętnie odwiedzający naszych znajomych. Na zdjęciu widać wyraźnie, że jest w raju. Dodam jeszcze, że nawet nie próbuję ponownie robić truskawkowego vinaigrette. Kiedyś zrobiłam, nie dałam rady nawet spróbować. Iguś wtrąbił garnek sosu z połowy kilograma cennego (tutaj boleśnie cennego...) owocu. Na szczęście teraz mamy własne truskawki we własnej szklarni :) Tylko ilość nie jest taka oszałamiająca.

Zdjęcie z tego samego dnia, co smakowanie kałuży, tylko po obiedzie, ten sam spacer. Dolina ;-) W takim momencie fajnie być dzieckiem. Cieszy się człowiek z tego białego g... lecącego z nieba, bo się człowiek na kalendarzu nie zna. Rurki wydębione od zaprzyjaźnionej kelnerki w zaprzyjaźnionej restauracji.


Najobłędniejsza poduszka na świecie. Dla wytrawnego samochodowego podróżnika i spacza :) Jeszcze o niej tu będzie.

Wieś na wsi :-) Ma się te traktorowe wtyki:

Wreszcie robi się cieplej! pożeranie sobotnich lodów, rysowanie patykiem na piasku i codzienne zaskoczenie studzienką z gorącą, siarkową wodą.


Święta wiosenne łatwo było pomylić z zimowymi. Hm. Dolina to mało powiedziane ;-)

Możliwe, że ciąg dalszy nastąpi ;-)