Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozwojowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozwojowo. Pokaż wszystkie posty

22 grudnia 2014

O końcu karmienia nocą

Dziś chcę napisać o pewnym paradoksie - o tym, jak zakończenie karmienia może czasem karmienie uratować.
Ignaś miał wtedy kilka miesięcy, prawie pół roku. Jazda zaczęła się parę tygodni wcześniej. Dziecię budziło się nocą tak namiętnie, że przestaliśmy spać - te kilkuminutowe drzemki z wycieńczenia nie liczyły się jako pełnoprawny sen. Najdłuższy maraton to dwa tygodnie bez snu trwającego ciągiem choćby godzinę. Zapisaliśmy pierworodnego do przyszpitalnej Kliniki Snu. 

Żeby nie było wątpliwości, uważam, że karmienie nocne jest niezwykle istotne dla bliskości, kluczowe dla rozwoju mózgu. Wiem, że dziecko i jego żołądek nie potrzebują odpoczynku od wartościowego i lekkostrawnego jedzenia, jakim jest mleko mamy, bo jest to mit. Wiem, że budzenie się nocą w celach spożywczych nie jest szkodliwe dla dziecka. I wiem, że dziecko karmione piersią nie będzie z powodu podawania w nocy piersi cierpiało na próchnicę. Zainteresowanych tym tematem odsyłam do wiarygodnych artykułów: (KLIK) (KLIK). Idealnym wyjściem dla Ignasia byłoby, gdybym umiała spać karmiąc i była rano równie rześka jak on. Niestety, Igi potrafił budzić się tyle razy, że po 12 pobudkach w ciągu 6 godzin snu przestawałam zazwyczaj liczyć i zaokrąglałam ich ilość do tysiąca. Odstawiłam Igiego ze względu na siebie. Czułam, że musiałam to zrobić.

Odstawiłam go w nocy zdecydowanie za wcześnie.
Gdybym mogła cofnąć czas, spróbowałabym jakoś dotrwać do roku. Teraz uważam, że pół roku to zbyt szybko na odstawienie, choć w skrajnych przypadkach uznałabym to za nieprzekraczalne minimum wiekowe.

Zalecenia położnej z kliniki nie były z nurtu Rodzicielstwa Bliskości. Kluczowe było bowiem zostawienie płaczącego dziecka na minutę w pokoju, po czym powrót, uspokojenie i ponowne wyjście. Ja te zasady zmodyfikowałam pod siebie, jako że wypłakiwanie mi nie leży. Wiem zbyt dobrze, jak może zaszkodzić to dziecku. Pomogło. Około 2 miesięcy nasze życie nocne było istnym koszmarem. Spróbowaliśmy chyba wszystkiego. Sęk w tym, że ja, obudzona, nie potrafię już zasnąć. Zrobiło się to niebezpiecznie, osłabłam, zaczęła siadać mi psychika, osiągnęłam dramatyczny poziom zmęczenia, bałam się usiąść za kierownicą samochodu, by nie spowodować wypadku.

Co jest pewne, to to, że doświadczenie z Kliniką Snu spowodowało, że odstawiliśmy Ignasia od piersi nocą. To oznaczało dla mnie powrót do żywych. Tato Ignasia chodził przytomny do pracy. Ignaś zaczął budzić się znacznie rzadziej, by w koncu przejść do snu trwającego nieprzerwanie 10-12 godzin.

Zmodyfikowane zalecenia (bez szkodliwego wypłakiwania):
- przygotowanie się na płacz*, nawet 40-60 minut ciągiem,
- mówienie dziecku przed odstawieniem, w tym samym dniu, że nocą dostanie wodę, ale nie będzie piersi (TAK, NAWET PÓŁROCZNEMU MÓWIMY - najwyżej nie zrozumie)**,
- zorganizowanie się - przeprowadzenie odstawiania np. w weekend, kiedy 1 rodzic może działać nocą, a potem odsypiać w dzień. Odstawianie najprawdopodobniej będzie trwać 2-3 dni,
- podanie kolacji w przypadku dziecka jedzącego już posiłki stałe (ale z tym czekamy oczywiście do ukończenia pół roku lub nawet dłużej, jeśli dziecko czekania potrzebuje), 
- nakarmienie dziecka z piersi przed snem (po pierwszej proponujemy drugą),
- gdy dziecko się obudzi, podajemy wodę,
- pierwotne zalecenie to uspokajanie przez rodzica bez mlecznych piersi. Moim zdaniem występowanie mleka w piersiach nie ma tu znaczenia***.

Odstawianie w nocy nie jest aż takie straszne, jak się może wydawać. Grunt to nasze wewnętrzne przekonanie, że tego chcemy. Pomaga także w innym podejściu do płaczu - nie pełnym bezsilności i bezsensownej szamotaniny, a dojrzałym, zorientowanym na pomoc. W sumie dość bierną, ale nadal pomoc. Nie robimy tego, czego dziecko chce. Podejmujemy decyzję i pomagamy mu z radzeniem sobie z emocjami. Płaczu, wbrew pozorom, nie ma aż tak dużo. Dziecko uspokaja się, czując nasz spokój.

Gdy odstawiasz:
- podawaj wodę
- tul, głaszcz
- mów do dziecka, ale krótko - gdy płacze, usłyszy jedynie krótkie hasła; u nas było to np. "Mleko śpi", "Możesz napić się wody", "Jest ci źle" czy cokolwiek, co było nazwaniem emocji malucha
- przypominaj, że mleko będzie rano
- pamietaj, że Twoje opanowanie i trzymanie sie swojej decyzji jest oparciem dla dziecka
- pamiętaj, że gdy dbasz o siebie, uczysz tego samego swojego dziecka
- jeśli musisz, wyjdź, odetchnij, wróć - 10 oddechów działa czasem cuda.

Zanim odstawisz od piersi spróbuj:
- karmić dziecko śpiąc
- spać w dzień (wykorzystuj drzemki dziecka!)
- kłaść się wcześniej spać
- spać z dzieckiem, jeśli nie praktykowałaś tego wcześniej - obecność rodzica może wpłynąć kojąco na jakość snu malucha 
- obniżyć standardy w domu - nieumyte naczynia nie są aż tak ważne jak Twój sen
- zadbać o zdrową, zróżnicowaną, pełnowartościową dietę
- pić dużo wody i melisy
- prosić o pomoc partnera, rodziców, przyjaciół (wyręczenie w obowiązkach domowych lub zabranie dziecka na spacer, gdy Ty w tym czasie możesz uciąć sobie drzemkę mogą baardzo pomóc)
- spotykać się z innymi dorosłymi, których towarzystwo działa na nas pozytywnie
- zadbać o ruch, najlepiej na świeżym powietrzu
- przekonać się, że nocne pobudki to nic aż tak dziwnego, o czym można przeczytać tutaj (KLIK)
- uświadomić sobie, jak ważne dla dziecka jest nocne mleko, a o tym tu (KLIK)
- postarać się o trochę czasu dla siebie.

Wielokrotnie spotkałam się z opinią mówiącą, że skoro mama jest skrajnie przemęczona, powinna dziecko odstawić od piersi. Całkowicie, bo inaczej się nie da. Opinie takie głoszą nawet niektórzy lekarze. Nic bardziej mylnego.

Odstawiałam od piersi niezliczoną ilość razy. To dlatego, że Igi dostawał dyspensę na pierś nocą, gdy chorował. A przecież zaczęło się chodzenie do niani, do przedszkola - a to oznacza infekcje. Stąd uważam się za ekspertkę w tej dziedzinie. Odstawienie nocne po pierwszych trzech razach budziło już we mnie zerowe emocje. Stało się codziennością taką, jak podawanie jedzenia i zmienianie pieluch. Nigdy już nie trwało 3 dni, raczej były to 1-2 pobudki pierwszej nocy. Robiłam ze sporą nadzieją kilka podejść do powrotu do nocnego karmienia, ale zawsze kończyło sie tak samo. Z dwóch karmień Igi płynnie wskakiwał na setki. 

Nie polecam odstawiania dziecka nocą dlatego, że tak się robiło 30 lat temu, z obawy przed próchnicą, z chęci kształtowania "prawidłowych nawyków żywieniowych", dania żołądkowi odpoczynku. Polecam odstawienie dziecka od piersi nocą w stanie niebezpiecznego zmęczenia, gdy wszystko inne już zawiodło, gdy przeszłyśmy badania (morfologia, ft3 i ft4, ferrytyna, witamina D, magnez, potas), gdy wykluczona została depresja. 

Dlaczego jestem przeciwniczką całkowitego odstawienia od piersi? Im dłużej karmisz piersią, tym lepiej - i dla dziecka, i dla Ciebie! Karmimy wyłącznie mlekiem z piersi przez pierwsze półrocze życia. Potem łagodnie wprowadzamy posiłki stałe tak, by mleko stanowiło 80-90% diety maluszka. WHO zaleca karmienie piersią minimum do 2 lat lub dłużej, gdy mama i dziecko tego chcą. Karmienie piersią m.in. obniża szansę na zachorowanie na raka piersi czy osteoporozę. Dlaczego jestem przeciwniczką cierpietniczego podejścia do macierzyństwa? Bo same wiemy, kiedy przekroczyłysmy granice normalnego funkcjonowania. Gdy życie traci ostatnie oznaki normalności, trzeba wreszcie sobie pomóc. Czasem oznacza to pewien minus dla dziecka (brak wartościowego mleka nocą), ale odstawienie prawdopodobnie mniejszą liczbę pobudek, a to z kolei daje dziecku opiekę bardziej wyspanej mamy.



* Tak, płacz. Dlaczego piszę, że "bez wypłakiwania", a tu nagle płacz? Otóż dlatego, że płacz płaczowi nierówny. Gdy rodzic aktywnie uczestniczy w trudnych emocjach dziecka, to nie możemy mówić o wypłakiwaniu. Małe dzieci płaczem się komunikują, stąd zawsze pojawi się ten element komunikacji i ekspresji - to od nas, rodziców, zależy, co z tego wyniesie dziecko. Czy poczucie, że rodzice mają je w nosie, strach, osamotnienie, złość, czy może uczucie bycia wspieranym, rozumianym przez dorosłego.

** Mówilismy prosto, że gdy Igi obudzi się w nocy, nie dostanie mleka, za to będzie tyle wody ile dusza zapragnie. Mówiliśmy mu, że będziemy go tulić aż zaśnie. I będziemy przy nim, jeśli będzie mu źle.

*** Mimo mlecznych piersi zaczęłam odstawiać Ignasia sama. Ponieważ miałam więcej cierpliwości niż Kwiatowy Tato, szło mi to lepiej i wszyscy byli zadowoleni z podziału ról.


11 czerwca 2014

Jeszcze nie jestem pewna, czy to powrót :)

Witam, ściskam i cmokam po niemal dwóch miesiącach! Mam szczerą nadzieję, że uda mi się wrócić do dawnego rytmu, bo Igul daje czadu. Co też się u nas zmieniło?

  • Po pierwsze widok. Przeprowadzka z trzylatkiem to nie bułka z masłem. Bywało, że nie dawało się inaczej, jak wprowadzić go w stan letargu za pomocą bajki. I tak oto Iguś stał się zagorzałym fanem "Frozen". Widziałam te produkcję z 7 razy i chwilowo nie mam ochoty na więcej. Pewnego dnia Tato Kwiatka wpadł na szatański pomysł i zamiast filmu puścił Wieśkowi ścieżkę dźwiękową. Odtąd przeklinamy tę myśl. Bo Igi słucha tej muzy ciągle. Bez przerwy. Jeszcze tego samego dnia, gdy na TK spłynęło muzyczne olśnienie, dostawałam rozpaczliwe smsy, np. "Igi słucha Frozen od 3 godzin..." lub "Let it go" w 20 językach, żałuję, że to znalazłem." A Igi? Śpiewa. Tylko lekko fałszywie i czasem wymyśla sobie angielskie słowa. Oboje z TK mamy ochotę krzyczeć w poduszkę.
  • Przekopaną część ogrodu Ignaś uznał za swoją piaskownicę. Chodzi do niej w najlepszym razie na boso, w najgorszym w skarpetkach. Kupiłam kilka dodatkowych milionpaków skarpet dziecięcych we wszystkich kolorach tęczy.

  • Stałam się mistrzynią tworzenia definicji na zawołanie. Bo po fazie pytań "dlaczego?" nastąpiły "A co to jest... ?" To odpowiadam, bez mrugnięcia okiem i bez wahania. Ma się już tę wprawę. 
  • Igi, znany ze swych długich blond włosów, zapuszcza fryz dalej, odmawiając bliższego spotkania z nożyczkami. Na szczęście włosy w oczach mu przeszkadzają, dlatego prosi o ich spięcie spinkami lub zrobienie kitki. Po pierwszym takim zabiegu spojrzał w lustro i oznajmił: "Wyglądam jak kobieta". Za to rano wygląda jak bardzo gładki i rumiany Einstein. Lubi sprawdzać, czy ma tego dnia fru-fru na głowie, czy nie.
  • Wracając do muzy jeszcze, to niedawno zaskoczył mnie niemal poprawnie odśpiewanym refrenem "Załogi G", który zademonstrował, by skrupulatnie odpytać mnie o wszystkie postaci z tekstu oczywiście. Świetnie wychodzi mu też refren tej piosenki: 

  • Igi specjalizuje się w tańcu w rytm porywającej go muzyki na stoliku kawowym.
  • Stworzył psychodeliczną kurę z pozłacanym potomstwem. Dzieło wybitne, choć kura mogłaby występować u Hitchcocka. Płodna przedstawicielka drobiu rezyduje z dzieciarnią na honorowym miejscu na stole kuchennym. Staram się nie patrzeć w jej stronę, gdy jem, choć i tak wiem, że jest tam, gdzie zawsze, z wykrzywionym łbem i ciężkim wzrokiem wielkich, pustych oczodołów ;-)

  • Nazwał jeden gatunek. Przedstawiam zatem.... Giglacza czarnego, odkrytego i nazwanego podczas jednego ze spacerów:


  • Dwa tygodnie temu bezboleśnie nauczył się jeździć na rowerze bez kółek pomocniczych, czyli zgodnie z jego terminologią popyla na "śliskim" rowerze. Śliskie rowery dzielą się na takie, które mają pedały i takie, które ich nie mają. Jakby ktoś nie wiedział.
  • Zdzisiek uratował niezliczoną ilość dżdżownic w ramach działalności jednoosobowej brygady ratunkowej. Wypad do przedszkola w związku z deszczami planować trzeba z dużym wyprzedzeniem, mając na uwadze liczne kałuże i pływające w nich ciała dżdżo. Które Igi musi wyłowić, przetransportować na najbliższy trawnik i wypuścić na wolność, rzucając zawsze z uczuciem "Żyj, glizdo, żyj!".
  • Zaprzyjaźnił się też z jedną gąsienicą, czytał jej książki, karmił liśćmi, robił domek z rączek. Niestety czytanie na łóżku nie skończyło się dla biedaczki dobrze, ale zachowałam zdjęcia, bo to była miła koleżanka, choć jej odejścia Igi nie przyjął do wiadomości.

26 listopada 2013

Śpiąca Królewna Ignaś

Był taki (i to dość długi) okres w naszej karierze rodzicielskiej, gdy prychaliśmy na samą myśl o określeniu "spać jak niemowlę". Igi i łóżko to historia przypominająca szalony roller coaster. Dobre i cięższe chwile sfilmowane, sfotografowane i opisanne są  tu (drugi film)tututu, tu, a także tu.

Najpierw umierkowanie kłopotliwy, potem zaskoczył nas pierwszą przespaną nocą w wieku 6 tygodni, a chwilę później (3,5 miesiąca) skutecznie zamienił nas w parę zombie, kiedy to nie spaliśmy bity tydzień. Tato Kwiatka opanował wtedy trudną umiejętność przysypiania połową ciała, gdy druga połowa była zaangażowana w kołysanie wózkiem, stojącym koło łóżka. Nasze dziecię, wyjące co 10 minut wstawało po nocy świżutkie i skore do dalszych wrzasków, a my wyglądaliśmy jak para goryli po imprezie, wlokąc ramiona i wory spod oczu po podłodze. 

Igi wyprodukował pierwszy ząb - to dlatego nie spaliśmy tydzień - i wkrótce płynnie przeszedł w fazę zasypiania zupełnie samodzielnego. Ponieważ niemal widziałam w jego oczach sugestię "Odczep się kobieto, nie rozpraszaj mnie, jest git", więc zostawiałam go, by pokonwersował ze sobą i porozdawał ścianom uśmiechy, a w efekcie także usnął. W końcu odechciało mu się i tego, więc okazało się, że usypianie jest dość wymagającą dla rodzica czynnością. Mocno ułatwiło mi życie to, że wraz z rosnącą wiedzą wyluzowałam na gruncie piersiowym, a mianowicie przestałam próbować stosować się do najgłupszej chyba rady/ostrzeżenia, czyli "nie usypiaj dziecka przy piersi". 

Później bywało różnie. To zasypiał przy piersi, to odsysał się i nie zasypiał, choć był zmęczony. W kolejnej takiej fazie pomógł mi Juul i jego sugestia, by pozwolić dziecku zasypiać, kiedy chce. Gdy Igi zdecydowanie odmawiał pójścia spać, mówiliśmy mu, że jego decyzją jest to, że nie śpi, a my potrzebujemy wieczorem czasu dla siebie. O dziwo zajmował się spokojnie zabawą, a my mogliśmy oddać się naszym obowiązkom.

Pomysł Juula miał jeszcze jeden skutek. Gdy decyzja o spaniu oddana została w ręce Ignasia, Młody jako półtoraroczniak przychodził do mnie, mówiąc "Meko i spać". I rzeczywiście szedł spać. W obliczu problemów, które mieliśmy przedtem była to niesamowita ulga.

Niedawno, bo pół roku temu, przeprowadziliśmy się z powrotem na wieś. Jedną z przyczyn tego drastycznego ruchu była chęć spędzania więcej czasu z Ignasiem. Ale niedługo po przeprowadzce zauważyliśmy z zaskoczeniem, że Igi znowu zmienił zwyczaje. I zaczął chodzić spać o... 17. Rekord to kwadrans przed. Kiedy pierwszy raz się to zdarzyło, spojrzeliśmy na siebie w osłupieniu i nie wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić. Budzić, zostawić? Obudzi się po drzemce i będzie balował do rana, czy też prześpi całe popołudnie i noc? I serio, co mam zrobić z tak oszałamiającą ilością wolnego czasu?

Szybko przekonaliśmy się, że sen o 17 jest już na całą noc. Igi dzielnie przesypiał ponad 14 godzin, wstawał sobie przed 8 i... Poczułam dość szybko, że tęsknię za własnym dzieckiem. Siedzimy na tej wsi zabitej dechami, a Igul przesypia półdnia i całą noc. Widywałam go rano - wszak trzeba go do przedszkola przygotować, oraz po południu. W planach miałam spacery, baseny, zabawy, czytanie nowych książek, a tu... Z ust mego dziecka dobywa się tylko ciche posapywanie.

Zwyczaje te powoli ulegają kolejnej zmianie, Igi zaczął znowu chodzić spać nieco później. Ale w weekend znowu dał czadu. W piątkowy wieczór wracaliśmy, zahaczając jeszcze o sklep, do domu naszych przyjaciół. Igi, lekko mętny, zapalił się do pomysłu zjedzenia bagietki z czosnkiem. Dostał więc kawałek do łapki i pojechaliśmy. Gdy po chwili odwróciłam się do niego, zobaczyłam, że śpi z nadgryzioną bagietką w dłoni. Nieprzytomnego wniesliśmy do znajomych, których synek ubolewał nad stanem Ignasia. Próbowaliśmy go zatem bezskutecznie obudzić. W pewnym momencie coś mnie zaniepokoiło... Rozchyliłam Ignasiowi usta i zobaczyłam tam... odgryziony kawałek bagietki w zaciśniętych zębach. Jednym słowem Igi zasnął nie tylko w trakcie rozmowy z nami, ale także podczas gryzienia. 

Pokarm został wydobyty z ust Śpiącej Królewny, która (zupełnie jak w oryginale!) otworzyła oczy i wóciła do życia. Zgaduję jedynie, że w bajce nie pachniała tak apetycznie czosnkiem ;-)

Poza tym przypominam, że miły kocyk szuka dobrego domu ;-) 
Czas ucieka!

27 kwietnia 2013

Tłuc i patrzeć, czy równo puchnie?

Cudowny okres dwóch i pół lat sprawił, że spojrzałam inaczej na tłuczenie dzieciarni. Inaczej, bo zaczęłam rozumieć, dlaczego ktoś może chcieć dać klapsa. Oj, bardzo dobrze to rozumiem. Złapałam sie na tym, że czuję, jakbym nie znała swojego dziecka, tak bardzo Igi się zmienił.
Nie, nie zamierzam uderzyć własnego dziecka. Jednak frustrację rodziców dwulatków rozumiem w tej chwili aż za dobrze.
Kiedy myślę w tej chwili o moim macierzyństwie, widzę ponure czarne chmury, rozdzierane błyskawicami i siąpiące ohydnym deszczem. Wściekły wiatr porusza koronami drzew i w tej scenerii ja, z okiem szalonym wyciągm ręce ku niebu (w tle przelatuje targana wichrem reklamówka Biedronki) i krzyczę drżącym głosem "It's alive! It's alive!". I wtedy na scenę wchodzi Ignaś, z grzywką w kolorze miodu i długaśnymi rzęsami.
Kurtyna, dziękuję.

Jakiś czas temu narodził nam się potwór. I to wcale nie ten, który do tej pory mówił o sobie "potwól" i chodził pokrzykując "Potwól musi lobić ceść potwól mamo!". O nie, tamten był spoko, a ten jest REAL:

20 kwietnia 2013

Chlup!

Za oknem dzieją się rzeczy co najmniej idiotyczne, a juz na pewno - nieprzewidywalne. Bo ja staroświecka jestem i oczekuję, po ciepłej i bezsensownie bezśnieżnej zimie, kontynuacji w postaci bezśnieżnej wiosny. Ale to guuupie pomysły są. Nie będzie się chwilowo człowiek cieszył tym, co było jeszcze tydzień temu, a mianowicie spacerami w samym swetrze. A właściwie mógłby, ale chyba moja tkanka tłuszczowa nie pozwala mi się kwalifikować do grupy szczęśliwców, którzy nie muszą odgrzebywać kurtek z zakamarków w szafie. Nie dalej jak przedwczoraj przydomowa góra numer jednen prezentowała się tak: 

Zupełne przegięcie moim zdaniem. Ludzie wokół jakoś funkcjonują i nie podrzynają sobie masowo tętniczek, choć wypadałoby. Być może jednak spadek nastroju mojego i Kwiatowego Taty wiąże się pośrednio z tym, że Igi z wrzaskiem wkroczył w magiczny wiek 2,5 lat, miej nas Panie Boże w swojej opiece.
Nie polecam nikomu dzieciąt dwuletnich z hakiem. Dzieciątka w tym wieku dla zdrowia psychicznego powinny zostać oddelegowane na wakacje. Długie. Nie wiem, czy pokarałabym tą wizytą dziadków. Może jakiegoś wroga. Niemniej, jeśli ktoś lubi, to jasna sprawa. Melisa, dziurawiec, bateria ziołowych antydepresantów, pełen barek na najgorsze chwile i lektura pocieszająca - Juul, Faber i Mazlish, "Mądrzy rodzice", "Rodzicielstwo przez zabawę", "Rozwój psychiczny dziecka od 0 do 10 lat"... Byleby tylko nie myśleć za dużo, a przede wszystkim nie zapędzić się w kozi róg pytaniem "Co ja takiego zrobiłam, że moje dziecko takie jest?". Nie, nie, w tę stronę iść nie należy. 

Sobota zawsze niesie ze sobą pewne ukojenie. Dzieć od rana zapycha się kakałkiem i wszelkimi pochodnymi czekolady, poza tym jest basen. Co prawda na basen trzeba się dostać mimo potwornych kłód rzucanych pod drobne stopy Ignasia, a którymi mogą być na przykład:
- fakt obudzenia się
- pełen pęcherz (należałoby opróżnić, ale lepiej zawyć boleśnie do księżyca)
- poranne mycie zębów
- to, że na szczoteczce znalazł się jeden rodzaj pasty, a miały być dwa, Ignasiowy i maminy
- to, że na stole leży kożuch z kakao, a jak wiadomo, nie da się pić kakao w towarzystwie kożucha na stole
- to, że na śniadanie chciałoby się zjeść naleśniki, a Ojciec bezduszny powiedział, że będzie chleb z miodem
- to, że należy zdjąć piżamę, by móc się ubrać
- to, że skarpetka opornie wchodzi na stopę
- to, że stopa nie wchodzi do buta
- to, że "zawiązadła" nie poddają się manipulacjom i nie zawiązują tak łatwo
- to, że czapka nie ta
- to, że nie można się samodzielnie zapiąć w foteliku samochodowym.
Po przebrnięciu przez te straszliwe życiowe komplikacje można się zanurzyć w basenie, by poddać się kojącemu działaniu wody i możliwości torturowania wyszukanym wizgiem szerszej publiczności. Bo dwuletni z hakiem Igi nie wrzeszczy zwyczajnie. Jego "nie" jest słyszalne w promieniu około 10 kilometrów, a jest to dźwięk tak przenikliwie wysoki i wibrujący, że w domach i samochodach trzaskają szyby.
Na basenie, mimo że na zajęcia chodzimy odkąd Wieś skończył 8 tygodni, jest ogólny sprzeciw i przyklejenie do wybranego rodzica. Od ponad miesiąca, odkąd znowu przeprosiliśmy się z zajęciami, było nie, wrzask, strach, niechęć i ogólny napad emocji negatywnych. Równie dobrze mogłabym moczyć Kwiatka pod prysznicem, taniej by wyszło. Niektóre dzieciaki przepływają pod wodą pół basenu, a Igi lata poza, wrzeszcząc, że nie wejdzie.
A dziś - zupełny przełom. Olał Miś okulary pływackie, olał wrzaski, olał przyklejenie i ucieczki. Przypomniał sobie absolutnie wszystko, co robił kiedyś i... I zaczął pływać. Sam i z deską. Zaczął nurkować. Zaczął chichrać się pod wodą i stawać na dłoni Taty zupełnie wyprostowany. Zaczął znowu z radosnym plaśnięciem wskakiwać do basenu. Zaczął sam regulować długość czasu pod wodą i puszczony - sam wpływał na schodki i wyłaził na powierzchnię. Zaczął znowu mieć radochę i widać było po nim, że cieszy się swoją na nowo odzyskaną podwodną samodzielnością. 
Prawdę mówiąc, spodobało mu się to tak bardzo, że nie mogliśmy wyjść z basenu, mimo że zajęcia dawno się już skończyły. Musieliśmy siedzieć w basenie kilka metrów od siebie i łapać Gada za łapki, gdy się do nas zbliżał pod wodą.
To mnie nastroiło tak pozytywnie, że choćby spadło teraz pół metra śniegu, oleję to tak, jak Igi olał wrzeszczenie na basenie. O. I foty:









14 grudnia 2012

Standardy vol 2, czyli Ignacy kontra stringi

Mnożą się - nadal - w zastarszającym tempie. Zapraszam zatem na drugą odsłonę "Standardów" Igulindy.

Ubraniowe:
  • Najważniejszy wymóg dotyczy bielizny. Majtki i body nie mogą zwisać, ale najgorsze co się może zdarzyć, to wrzynający się w pewną część ciała materiał. Igi wrzeszczy wtedy "Mam stlingi mamoooo!" i wije się jak piskorz. Ratunek musi przyjść natychmiast. 
  • Szczególne atrakcje dźwiękowe funduje nam Kotek, gdy rajstopki i spodnie zostaną podciągniete za bardzo jak na jego gust. Jego gust zakłada wyłącznie noszenie tych części garderoby jako luzackich biodrówek. Personel przedszkolny też już o tym wie.
  • Rękawiczki - trzeba je na sobie mieć wręcz w momencie, gdy się tylko POMYŚLI o wyjściu na dwór. I tu rodzic musi się wykazać szybkością i zwinnością. Dobrze założona rękawiczka to: rękawiczka założona błyskawicznie. To taka, w której kciuk siedzi głęboko w przeznaczonym na to palcu. Szybkość rodzica powinna objawiać się też w tym, by w mgnieniu oka usunąć z pola widzenia latorośli nieco za duże rękawiczki pieciopalczaste. Ból egzystencjalny towarzyszący zakładaniu tych jednopalczastych jest niczym w porównaniu z dziecięcą frustracją wywołaną przez to bawełniane narzędzie szatana w paski. Do tych rękawiczek stopery powinny być dołączane w komplecie.
  • Standardy w połączeniu z Igusiowym samosiowaniem dają komiczne efekty, gdy Wieś walczy ze sobą, podczas zakładania sobie spodni od piżamy. Przypomnijmy zatem: spodnie muszą być naciągniete na siedzenie, koniecznie samodzielnie, nie za wysoko; nogawki muszą spełniać wysokie wymagania dotyczące długości. Do kostki, bez dyskusji. Wyobraźmy sobie zatem Zdzisia, rozpoczynającego w pozycji prawie kucznej podciąganie spodni. Niewprawne dłonie chwytają za dużo materiału i podciągają zarówno górę spodni, jak i nogawki. Błąd zostaje natychmiast zauważony. Igi, nadal kucając, balansuje niebezpiecznie na skraju wybicia sobie swych śnieżnobiałych jedynek i usiłuje ściągnąć nogawki w okolice kostek. Ściąga nogawki razem z resztą spodni. Które trzeba podciągnąć. Więc podciąga. Wraz z nogawkami. Trzeba temu zaradzić. Zsuwamy nogawki. Z resztą spodni. Popkornu by się chciało! Podawanego koniecznie z kubkiem melisy :-)
Domowe i inne:
  • Igi jest ostatnio niezwykle terytorialnym Stworzeniem. Niech no tylko któryś z kotów zapędzi sie na fotel, na którym lubię siadywać. Znika stamtąd niezwykle szybko. Albo niech w wyniku dziwnych przetasowań zamienimy się z Tatą Kwiatkowym kubkami, sztućcami, czy czymkolwiek. Ho ho, ależ się robi głośno. Plus instrukcje, "to mamy!". Myślałam, że w przedszkolu zapłacze się, gdy jeden z jego obsmarkanych wafli uprzejmie podsunął mi szalik. Pozostaje nam chyba tylko cieszyć się, że terytorializm dzidziusiowy nie objawia sie tak, jak koci i dziecię na nas i sprzęty nie leje ;-)
  • Ostre: ostre może być wszystko, od cebuli po pastę do zębów i paracetamol w czopku. Przeciwienstwem ostrego jest... malutkie. Dowiedziałam się tego dziś podczas rozmowy o nożyczkach.
  • Wanna wrogiem numer jeden. Trendy dzidziusie biorą teraz prysznic. Dobrze, że pozwalają zasunąć sobie drzwi do kabiny podczas ciągnących się w nieskończoność seansach z kubkami IKEA i gumową kaczką.
  • Tak jak Joey comes with a bag, Igi comes with a chair. Ma takie niewielkie krzesełko, które jest dla niego stojakiem, przedłużaczem, obcasami, drabiną, schodami, bronią antykotową i czymkolwiek, czego tylko dusza zapragnie. Zobaczyć Ignasia bez krzesełka jest naprawdę trudno. Zabrać - nie wolno. Przesunąć - spróbowałam kilkakrotnie i niemal ogłuchłam. Więcej tego błędu nie powtórzę. Dobrze, że Młody z nim nie śpi.

30 listopada 2012

Sam-mode

Do tej pory tego nie było. A teraz jest zmiana i bardzo dużo rzewnych komunikatów "Ja sam". Przedtem jakoś udawało mi się nie narzucać swej pomocy Młodej Osobie, Igi nawet w razie czego prosił "Pomóż", bo taką mieliśmy umowę.
Do tej pory z powodzeniem unikałam kwokowania... Od początku nie zasłaniałam dziecięciu oczu w razie słońca, więc sam odwracał głowę, mimo warzywnego stylu życia. Później dochodziły inne rzeczy, których nie robiłam, żeby dać mu możliwość poradzenia sobie z wyzwaniem samodzielnie. Stwierdziłam, że dla Igulindy ważne będzie poczucie, że może troszczyć się sam o siebie, a my pomożemy, gdy zajdzie taka potrzeba.
Długo nie było komunikatu "sam", aż tu nagle taki skok nastąpił, że nie nadążyłam. I Igi bardzo stanowczo pokazuje mi, że mam się przystosować. Bo jak się okazuje ilość rzeczy, z którymi radzi sobie samodzielnie jest nieporównywalnie większa niż przed dwoma tygodniami. 
Gdy za szybko coś zrobię, wyręczając dziecię, sprawa oczywiście jeszcze nie jest przesądzona. Dziś na przykład niepotrzebnie zdjęłam Kwiatuszkowi pajaca. Oburzył się, oznajmił, że sam i rozpoczął żmudne ubieranie piżamy tylko po to, by sprawiedliwości stało się zadość i mógł go po chwili z triumfem zdjąć ją SAM. Ktoś widział dwulatka zakładającego sobie pajaca? Lubię w takich momentach niepostrzeżenie sięgnąć po książkę lub gazetę, by nie zirytować się, a w razie wiekszej dawki cierpliwości nie pospieszać go wzrokiem i pozwolić na powolne i niezdarne zmagania. Rozdział później i równolegle po próbie dostania się do piżamy przez (zaszytą) nogawkę i od drugiej strony rękawa (po skrupulatnym tego rękawa poszukiwaniu) jakoś daliśmy radę umieścić się z moją minimalną pomocą w stroju nocnym. Igi pozbył się go z dziką radością i błyskiem w oku. Natychmiast okazało się, że rajstopy też zakłada już sam. Do tej pory musiałam przygotować się psychicznie i czasowo na majtki, spodnie, rękawy koszulek i body, zapinanie zamka w bluzie, buty i czapkę. 
To chyba oznacza pobudkę jeszcze wcześniej... No bo czego się nie robi dla dziecięcej samodzielności...

Co z tego jeszcze wychodzi? A, na przykład jedzenie jogurtu dwoma złożonymi (na łyżeczkę) łyżeczkami. Kurtka założona do góry nogami i plecami z przodu, buty na odwrót. Wkurzenie, gdy zagapię się, podając Kwiatkowi picie i przytrzymam filiżankę ręką. 

Poniżej mała próbka tego, z czym potrafi poradzić sobie dziecię, gdy mama jest odcięta od rzeczywistości w szale gotowania. Krzesełko posłużyło do wspięcia się na blat, odpowiednia szafka otwarta. Kilogramowy słój miodu wyjety, nie stłuczony, a odkręcony. Łyżeczka załatwiona. I tak Igi zapewnił sobie deser bez proszenia o pomoc.
Fryz made by mama :-)
Na koniec wyrafinowana kuchnia, czyli przepis z dziś: kasza gryczana plus sos pomidorowy. Kaszę gryczaną zacząć gotować, w tym czasie zeszklić cebulkę w drugim garnku. Przybrudzone dziecko pragnie umyć sobie (SAMO!!!) dłonie - usadzić je więc koło zlewozmywaka i uzbroić w ręcznik. W tym czasie przystąpić do dalszych przygotowań związanych z sosem. Wlać wodę i resztę składników. Doprawić imbirem i gałką muszkatołową. Odebrać dziecku sól z okolic zlewozmywaka i posolić potrawę. Zdziwić się - pianka na powierzchni sosu? Rozejrzeć się podejrzliwie, powąchać sos. Wyłowić niespotykaną nutę zapachową z wnętrza gara. Omieść wzrokiem otoczenie w poszukiwaniu poszlak. Zauważyć piankę w dzbanku z wodą. Zbadać. Znaleźć wspólny mianownik zapachowy z mydłem kuchennym. Zlustrować otoczenie, gdzie działa Kwiatek, całkowicie pochłonięty... no właśnie, czym?
Aha. No tak. Gruba, jednolita i wyjątkowo precyzyjnie położona warstwa gęstego mydła pokrywa cały kran, łącznie z jego wylotem. Igi przechodzi właśnie płynnie do pastowania wnętrza zlewozmywaka. Pochłonięty czynnością, nawet nie zauważa, że jego mama wyprodukowała aż dwa sosy, w tym jeden niezdatny do spożycia.

5 listopada 2012

Standardy

... się mojemu synowi zmieniają jak w kalejdoskopie.
Uno: odnośnie rękawów. Żeby był ten rękaw do nadgarstka, nie krótszy (skrzek), nie dłuższy (skrzek, skrzek). To ja mu czasem pyk, rękaw krótki... Wiem, że będzie naciągał go aż do nadgarstka, skrzypiąc niemiłosiernie i - wybaczcie - ale mam ubaw.
Po drugie uno: nogawki. Brzeg nogawki ma się znajdować na wysokości kostki. Nie wyżej, i nie niżej, bo system będzie alarmował o errorze sygnałami ostrzegawczymi (skrzyp i ogólna mendoza). A nie, przepraszam, w wypadku nogawki za krótkiej następuje komunikat "zimno nogu", połączony z próbą naprawienia błędu. "Zimno nogu" dotyczy także naszego lalka Michała, jego kształtne lalkowe łydki również nie mogą być odsłonięte, bo Igul odczuwa lalkowe zimno.
Zamki. Zamki błyskawiczne, przez niektórych ekspresami zwane, czynią spustoszenie, jakby ktoś nie wiedział. Zamki błyskawiczne powodują ból i cierpienie. Nie tylko związany z niemocą przy próbach samodzielnego zapinania (czyli mniej więcej pół Ignatkowego życia). Nie, nie. Zamek błyskawiczny zapięty pod szyję rani, drapie, gryzie itd. Jest złem wcielonym i wymaga egzorcyzmów polegających na wydawaniu z siebie intensywnych dźwięków w okolicy wysokiego C. Zamek błyskawiczny, nawet taki z zakładką chroniącą młode ciało przed straszliwymi ranami, akceptowany jest jedynie rozpięty do połowy dziecięcego cześcika.
Glutoza: z okazji przedszkolnych uciech i ogólnej wymiany płynów ustrojowych, gluty zajmują poważne miejsce w gorącej dziesiątce tematów rozmów codziennych. Nie, nasze dziecko nie meczy do palca z kozą po efektywnym wierceniu w nosku. Raczej nie wierci zresztą, ale załącza system alarmowy w wypadku wystąpienia gluta, który mu w jakiś sposób przeszkadza w egzystencji i wyciem zatytułowanym "Mamo, mam gluta" każe sobie winowajcę usuwać. Jeśli jeszcze o efektach ubocznych kataru mówimy, to klasyfikacja jest prosta. Mamy a) w nosie źle, b) poza nosem obojętnie. Gdyby główny bohater podpunktu przykleił się jednak do palca, a przy próbach zdjęcia - do drugiego palca i nastąpiła tym sposobem sytuacja patowa to c) poza nosem też źle (=skrzek). A jakby ktokolwiek miał wątpliwości (choć dzieciaci pewnie nie mają) to katarem można wykonywać nietrwałe malunki abstrakcyjne na ubraniach wszelkich, ze szczególnym uwzględnieniem rękawów.
Brud: jeśli w czasie jedzenia syn mój pierworodny ochlapie się delikatnie wodą z kubka, włącza alarm informujący o zaistniałym problemie, a mianowicie "mamo, jestem bludny!". Dodam dygresyjnie, że wykładanie ściereczek lub serwetek nie pomaga bynajmniej na odruch wycierania pomidorowo - maślanej gęby rekawem, a ubrudzonych gęstym sosem łapek w - to chyba jasne - koszulkę, ewentualnie spodnie. Tak oczyszczony Kwiatek jest gotów do zabawy i naturalnie nie zgłasza żadnego problemu związanego z występowaniem zabrudzeń.

Te urocze fobie "bliskie ciału" mają jeszcze braci i siostry w postaci natręctw. Słyszał ktoś o buncie dwulatka? He he. Bunt? Nie, my mamy natręctwa dwulatka :-)

I tak oto: chodniczkowi Igi nie przepuści. A że w domu mamy galopujące koty i Kwiatowego Tatę, Igi ma pełne ręce roboty w odginaniu zagiętych rogów chodniczków i rozprostowywaniu fałd.
Drzwi: mają być schludnie zamknięte. Jeśli się nie dają zamknąć, a zdarza się to czasem, jako że w domostwie naszym nie każdy układa ubrania w kostkę, a paski od plecaków czasem zawisają w oczekiwaniu, aż ktoś je litościwie upchnie w uchylonej gardzieli szafy, Igi zaczyna wycie do księżyca z frustracji.
Drzwiczki i szuflady: jak wyżej. Czasami osobie, która szuflady nie zamknęła, dostaje się bura połączona z instrukcją "zamknij", czasem Igulinda wielkodusznie zamyka sam i równie wielkodusznie rzuca zdawkowe "proszę" lub "pomogłem".
Blokady antydzidziusiowe na wszelkich szafkach: jest misja. Znowu drobne ręce pełne roboty, bo blokady te mają być zatrzaśnięte. I idzie człowiek do śmietnika, komody, szuflad kuchennych, szaf, czy szafki łazienkowej, a tu opór. Wszystko skrzętnie pozamykane (i dobrze) oraz zablokowane (gorzej, bo strzela to pieruństwo na boki i Ziut wyje, że się popsuło tymczasowo). Ostatnio widziałam te wszystkie blokady w użyciu, gdy Igi miał miesięcy dziewięć. Prawdziwy renesans.
Buty: niech no ja wpadnę na pomysł, by zawczasu postawić kozaki Wiecha przed wyjściem przy fotelu, coby czas oszczędzić. Ha, ha. Czy jest szansa, że będą tam nadal stały, gdy usiądziemy, by się ubierać? Kurtka będzie, bluza też, czapka również. Ale na kozaki bym nie liczyła. Będą z pewnością wśród innych butów, w przedpokoju. No przecież.

Wiadomość z ostatniej chwili: Kotka schrupała właśnie z największym smakiem mysz pod łóżkiem, zostawiając jeno nereczkę. Co ona ma z tymi nereczkami, doprawdy. I z jedzeniem pod łóżkiem. Mama jej nie nauczyła, że z miski się je? Nie dalej, jak dwa dni temu, z okazji mopowania, wygarnęłam spod tegoż łóżka zasuszoną nóżkę ptasią z przyczepionym do niej smętnym piórkiem. Najwyraźniej krwiożercze małe bydlątko stołuje się z zapałem w sypialni i niestety, jak to kot, czeka na służącego, który po uczcie posprząta.

To dobranoc! Rodzice dzieci o wysokich stndardach muszą dobrze się regenerować, żeby mieć siły na wychodzenie naprzeciw wymaganiom swoich małoletnich pociech.

2 października 2012

Kwiat z fajką w zębach, czyli... Z myślą o Dziadkach - update cz. 2

Żarty i ulubione ostatnio zabawy:
- żółwik, czyli Ignaś z poduszką lub czymkolwiek, nawet książką lub telefonem na grzbieciku, to radosny, rozchichotany żółw. Choć wyglądem bardziej zbliżony do mikroskopijnego i gładkolicego dzwonnika z Notre-Damme. rekord to pół dnia z jaśkiem za koszulką, przy czym Tacie Kwiatowemu też nie było wolno wyjmować poduszki.
- "Mamo rysowaj!" to zabawa polegająca na tym, że Igi wyraża chęć rysowania, otacza sie swoją księgą do rysunków oraz baterią kredek, czasem nawet nieco pogryzmoli, po czym przytoczonym uprzednio rozkazem wymaga rysowania tego, co mu sie podoba. Zjeżdżalni, domu, kota huśtawki itd.
- "Mamo/Tato biegaj do dzidziusia" - na to hasło Igiego należy gonić oraz pozwalać sobie na bycie gonionym. Zabawa generująca gulgotki, chichotki, piski, wrzaski i zadyszkę u inicjatora.
- zabawy łóżkowe :-) to wszelkiego rodzaju brutalne wyczyny, w których mistrzem jest Tato Kwiatowy: rzucanie Wiechem o stertę poduszek i kołder, rzucanie o materac, fikołki i inne harce, z boku bardzo hard core
- jedną z najuprzejmiejszych zabaw, jakie mamy w domu, to rzucanie się poduszkami. Z inicjatywy Igiego zasady są proste. Osoba rzucająca poduszką w drugą wypowiada grzeczne "proszę", a ta, która poduszką dostaje, powinna powiedzieć równie uprzejmie "dziękuję"

1 października 2012

Z myślą o dziadkach - update (23m i 3t) cz.1

Stan Stworka na dziś (23 miesiące):

  • wymiarowo - niby przybiera na wadze (po co jeść?) choć osoby postronne twierdzą, że rośnie :-) Zmieniam zeznania: od trzech dni Igi zjada podczas posiłku porcję swoją i poprawia moją. Czasem bywam głodna, bo dotąd było odwrotnie.
  • komunikacyjnie:

- TAK! Oł jes! Mamy tak, używane stanowczo, z sensem - wreszcie! "Igi, chcesz mleka i spać?" "Tak." I idzie spać! Moje podniecenie sięga zenitu :-)
- "tatuka" jako ciężarówka i "guga" jako rower nadal w słowniku (słowa własnej roboty), choc ciężarówka bywa ostatnio zastepowana przez "cidziówkę", bardzo bawi mnie "wózek widiwody", czyli widłowy
- kolejne słowotwórcze DIY to "glono", poźniej "wiglono" - winogrono, "bananas" - to ananas, a "poni" to spodnie, "katula" - klawiatura, oraz "kontat", czyli kocentrat pomidorowy 

26 czerwca 2012

Z myślą o dziadkach - update (20m i 2t)

 Stan Stwora na dziś (20 miesięcy):
  • wymiarowo: ręce chcą mi odpaść (zaczął znowu jeść)
  • komunikacyjnie:
- słowo nieprzypominające niczego to "tatuka" - ciężarówka (więcej chwilowo nie kojarzę)
- prowadzone są obserwacje "jebaków" (robaków), które z czasem awansowały na "grrrobaki"
- niestety nie wiemy, co to jest "misinka" i kim jest nader często wspominany "pan dzidziuś"
- nie wymawia "l" i "r", wstawiając zamiast "j". Niestety nadal nie możemy zmusić Stworka do powiedzenia "chór" i "chórowy"... ;-)
- okres małej papugi - powtarza WSZYSTKO, nawet "kurde", co brzmi jak "kujde"