Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inny jest ten świat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inny jest ten świat. Pokaż wszystkie posty

31 stycznia 2016

Islandia - czy da się przeżyć zimę na Lodowej Wyspie?


Islandia, zima. Najkrótszy dzień zeszłego roku, 22 grudnia 2015, miał 4 godziny i 7 minut. Wiem, to krótko. Słońce wzeszło o 11:23 :) , by po chwili zajść (była wtedy dokładnie 15:30). Dziś dzień miał już prawie 7 godzin i jest to oczywiście odczuwalna różnica. Popatrzcie zresztą sami: długość dnia w Reykjavíku :) Zimą jest naprawdę ciemno, a wszyscy, którzy wiedzą, że mieszkamy na Islandii, zadają nam ciągle to samo pytanie: "Jak wy tam dajecie radę zimą?"
Zimy islandzkie są ciemne, raczej zimne, o pogodzie zmiennej, zasypującej wyspę śniegiem, zalewającej deszczem, owiewającej silnymi wichrami. Raz są przymrozki lekkie, raz (rzadziej niż myślicie) potężne, raz odwilże, raz słońce, a raz chmury. Jest zmiennie i ciekawie. Ale jak my sobie dajemy radę? Właściwie ja nie widzę problemu. Uwielbiam ciepło, ale... Lubię też zimno i mróz, a najbardziej lubię śnieg. Przeszkadzała mi przenikliwa do szpiku kości, niezdecydowana zimowa wilgoć bez przymrozków w Wielkiej Brytanii, orzeźwiający mróz Islandii zwyczajnie mi odpowiada. Chyba dlatego, że ta pogoda mimo wszystko bardziej przypomina polski klimat, choć jest cieplej. Potężne wiatry sprawiają, że wyjścia są interesujące i z ulgą zamyka się za sobą drzwi, jeszcze bardziej doceniając przytulne ciepło domowego zacisza. Nie przeszkadza mi ciemność - i w Polsce zimą wstaje się gdy za oknem jest ciemno, tu różnica jest taka, że czarna noc jest do 10-11 przed południem, ale to nie ma szczególnego znaczenia, przynajmniej dla mnie. Zimy są odczuwalnie cieplejsze niż w Polsce, no chyba że wieje. Im mocniej wieje, tym jest ciężej wytrzymać dłużej na dworze.
_DSC1084
Zimy nie są bezpieczne
Nie słyszałam wprawdzie o wypadkach spowodowanych spadającymi soplami lodu, nie ma tu drzew, a domy są niskie, więc wichury nam nie straszne. Czasem latają trampoliny i meble ogrodowe, ale wichry szczególnych spustoszeń nie powodują. Rzadko słyszy się o zerwanych dachach. Poza tym mamy fajne serwisy pogodowe (najpopularniejsza strona to ta: pogoda vedur.is wiatrypogoda vedur.is temperatura), a w przypadkach huraganów dostajemy smsy o tym, że należy zabezpieczyć otoczenie domów i z nich nie wychodzić. Dzięki temu czuję się dobrze zaopiekowana i bezpieczna. Przyjemnie jest dostać rano wiadomość, że z powodu pogody wszystkie placówki bedą zamknięte, więc nie idziemy do pracy. Albo skończyć pracę wcześniej, bo jest zagrożenie huraganem i potężną śnieżycą. Ale drogi... Tu zaczyna się problem. Nie chodzi o odśnieżanie. Jakoś islandzcy drogowcy nigdy nie są zaskoczeni zimą i zawsze na czas odśnieżają ulice, drogi i drożynki, ale czasem niestety jest to prawdziwa walka z wiatrakami. Bo na Islandii wieje. Więc śnieg, który już spadł, jest potem przewiewany z miejsca na miejsce. Śnieg plus wiatr daje efekt prawdziwego wyzwania. Jeśli wieje lekko, na drogach tworzą się charakterystyczne śniegowe dymki - całość sprawia wrażenie, jakby jezdnia była płynącą w bok białą rzeką. Jeśli wieje potwornie mocno, możemy przypadkiem znaleźć się w przerażającej, śniegowej zamieci, gdzie jedzie się ze 20 km/h wytrzeszczając oczy w białej próżni. W najgorszym wypadku drogi są zamykane. Ale nie zapominajmy o zmienności pogody. Jeśli spadnie deszcz lub ociepli się, co zdarza się czasem kilkanaście, a czasem kikadziesiąt razy każdej zimy, pokrywa śnieżna zmienia się w grubą warstwę lodu. Na szczęście można jeździć na oponach z kolcami, wskazane jest też włączenie napędu na 4 koła, o ile to możliwe. Mimo wszystko człowiek uzbrojony w całkowity brak zaufania w warunki pogodowe może się nieprzyjemnie zdziwić. Warto korzystać z serwisu drogowego, by sprawdzić przejezdność naszej trasy, link tu: vegagerdin, na drogach porozstawiane są też kamery robiące zdjęcia, więc możemy naocznie sprawdzić stan dróg, o tu: zdjęcia. Gdy jedzie się po zaśnieżonej lub oblodzonej islandzkiej drodze, co rusz widać jakiś samochód, który wypadł z drogi i czeka na swojego właściciela zasypany śniegiem.
Islandia zima
Jak przeżyć ciemności
Z wieloletniego doswiadczenia mogę powiedzieć, że widzę wyraźną zależność - nasz odbiór zimy a to, jak nam się układa życie, a szczególnie praca. Może być strasznie i dołująco, ale gdy wokół dzieją się miłe rzeczy, otaczają nas fajni ludzie, a praca jest przyjemna - żadna zima nie jest straszna. Przecież można iluminować dom bez ograniczeń, ozdobić go z zewnątrz światełkami, zapalać świeczki. W końcu tym przytulniej jest w środku, im ciemniej i zimniej na zewnątrz. A im ciemniej na zewnątrz, tym lepiej się śpi :)
Islandia zimą - czas na zorze
Właśnie, zorze. Grupy turystów wykupują wręcz pakiety wycieczkowe, opierające swe oferty na oglądaniu i fotografowaniu zórz polarnych. Muszę Wam powiedzieć, że zorze są czymś, co kocham chyba najbardziej. Czy spoglądam przez okno, czy odsrywam pieska, magicznie falujące na niebie świetliste firanki robią na mnie wrażenie takie samo jak na poczatku mojej islandzkiej przygody. Czasem są ledwo widoczne, zielonkawe, a czasem rozświetlają całą okolicę szaloną grą na nieboskłonie, nieustannie migocą, zmieniając położenie i kolory. Człowiek może stać z zadartą głową godzinami i nadal czuć się nienasycony widowiskiem. Prognoza zorzowa jest oczywiście ważnym elementem naszego portalu pogodowego: vedur.is zorze :)
Islandia zima
Zimno, Islandia i ubrania
No cóż, polska miastowa moda zimowa na nic tu się nie zda. Piękne płaszczyki, dobrane pod kolor szale i urocze zimowe botki są wprawdzie śliczne, ale kompletnie nieużyteczne przy zamieciach, sztormowych wiatrach, czy zacinających, lodowatych deszczach. Najlepsze są kombinezony, ubierają się w nie niektórzy dorośli, a także wszystkie (wietrzone oczywiście codziennie) dzieci w wieku przedszkolnym i szkolnym. Dla mnie porządne buty, dobra kurtka, dobre rękawice i spodnie narciarskie są nieodzowne i sprawiają, że wychodzę w każdą pogodę. Nic nie stoi na przeszkodzie, by kurtka była ładna, ale przede wszystkim ubrania muszą być ciepłe, nieprzemakalne i użyteczne. Islandczycy wydaja małe fortuny na ubrania wierzchnie. I oczywiście wszyscy noszą wełniane swetry o charakterystycznych wzorach, wełniane skarpety i wełniane rękawice, dziergane opętańczo w zimne, długie wieczory. W domach i placówkach jest przyjemnie ciepło, żeby nie powiedzieć - gorąco. Moim zdaniem zimy nie da się przeżyć bez butów z kolcami, które noszę radośnie nawet w stolicy. A dlaczego? Otóż dlatego:
Jak Islandczycy dają sobie radę z zimą?
Podchodzą do niej z typowo południowym luzem. Tu się nie odśnieża, nie sypie piaskiem czy solą. A jeśli już, to rzadko. Islandia jest zupełnie nieprzystosowana dla pieszych, to kraj, w którym chodniki są rzadkością. Nieodśnieżone ścieżki to norma, zresztą odśnieżone i tak zaraz zostanie zawiane, więc po co to robić? Nieodgarnięte chodniki i parkingi zalane deszczem zamieniają się w fantazyjne lodowiska pokryte grubą warstwą roztopionego i zamarzniętego eks-śniegu, czasem przypominającego gładką, szklaną taflę, a czasem dziwacznie pofałdowanego. Dzieci mają uciechę, od małego ćwiczą równowagę i zaufanie do swojego ciała. Wypadki zdarzają się tu rzadko, nawet niektórzy staruszkowie nie odczuwają potrzeby używania kijków do chodzenia, o kolcach pod butami nie wspominając. Gdyby tak wygladała Polska, ludzie pozamykaliby się w domach, a do sądów płynęły morza skarg. Islandczycy czekają na wiosnę bez mrugnięcia okiem, nawet jeśli po parkingu muszą iść na czworakach.
Islandia zima2
Zima jest tu, jak już wspomniałam, ciekawa. Jest też dłuższa, i to znacznie, niż polska, poprzedzona chwilową jesienią, a zakończona późną, majową, błyskawiczną wiosną. I zupełnie mi ta zima nie przeszkadza, nie męczą ciemności, niestraszne mi wichury. Na pytanie "Jak wy tam możecie dać radę zimą?" mam ochotę odpowiedzieć: "Bez problemu. Pytanie jak wytrzymuję lato", ale to już inna historia... Szalona zima i przytulne domowe pielesze doskonale nadają się na długie medytacje i leczenie (po)letniej depresji pod ciepłym, wełnianym i lekko gryzącym kocykiem :)
Moi kochani znajomi o islandzkiej zimie mówią tak:
Ania: "Mam do zimy stosunek taki, jak do wszystkiego na Islandii - albo się przywyczaisz, albo dostaniesz wrzodów z marudzenia. A zima jak zima. Jest jaka jest, trzeba przeżyć, ciepło się ubrać i mieć dobre kalosze. No ale dzięki niej mamy zorze! Mnie lato bardziej wkurza, a raczej jego brak."
Monika: "Kocham ją... Uwielbiam górę Esję w bielutkiej pierzynce, zorze pełne tęczy. Nawet gdy obcas ślizga mi się na lodzie albo gdy moje pupsko ląduje w lodowatej chlapie."

Ania: "Jest piekna, ale stanowczo za długa. W sumie ciężko mi coś miłego powiedzieć, bo nie jestem zwolenniczką białego koloru :) "

Aga: "Z punktu widzenia turysty islandzka zima jest piękna i malownicza. Z punktu widzenia mieszkańca - ciężka i przede wszystkim bardzo długa."


4 października 2014

Zdziwienie o poranku

Stormur, nasz o wiele bardziej wymagający niż stado kotów lub dziecko domownik, oddawał już mocz pod niebem roziskrzonym zorzą. A dziś... A dziś miał kłopot. Był tak podniecony, że zapomniał się wysikać.
Bo dziś u nas wygląda od rana tak:



Pierwsze spotkanie z końmi:

Sztorm omiata wzrokiem okolicę:


Oby pęcherz biedaka wytrzymał te zmiany :)

21 września 2014

Islandzka jesień

Pstryki z góry za domem. Na jednym ze zdjęć pojawił się nawet pies Stormur (tak, zmieniliśmy mu imię na Sztorm, gdyż to lepiej oddaje jego charakter i stan naszego domu, odkąd się tu pojawił).







Pozdrawiamy jesiennie i sztormowo - dziś wicher inauguruje prawdziwą jesień, a nie jakieś oszukane fiu-bździu ze słonkiem i chmurkami.

21 lipca 2014

Dookoła Wyspy - "poważne" ujęcia

Efekty Tatokwiatkowych pstryków, w kontraście do moich, komórkowych, takich, co nie przystoi, ale fajnie się je robi i spamuje fejsbuka. No, ale tak serio, co ja zrobię, jak mój facet ma aparat prawie przyrośnięty do oka? ;-) 

Woda jak z pocztówki znad Kamieńczyka (bardzo nie mój styl, no ale pozwólmy facetowi popełniać jego błędy) ;)

Nasz wehikuł, całkowita niezależność...




Tęczówka


Pole lawy. Miękkie jak z reklamy puszystych obwolut na klapę od sedesu.

I jak? Kto chętny do przyjazdu? :)

8 marca 2014

Kraj, w którym chodzi się na boso

Dziś kolejna inność (nie aż tak bardzo "inna" jak poprzednie, o, poszę KLIK, KLIK, KLIK, KLIK, ale różnice między Wyspą a Polską są nadal spore) :)

Łażenie na bosaka. Pamiętam, jak poszłam na mój pierwszy kurs tubulczego narzecza. Było to w wiejskiej podstawówce. Przyszliśmy całą grupą, stłoczyliśmy się w wejściu i... Powitał nas nauczyciel o imieniu, które brzmiało, jakby była wycharkane, i które natychmiast wyleciało mi z głowy. Uwagę moją przykuła za to jego prezencja. Ubrany był w ciemny garnitur, pod krawatem był i... w skarpetkach. Chwilę później okazało się, że i my musimy zdjąć obuwie. Następnym razem byłam mądrzejsza o to doświadczenie i wzięłam sobie grube, górskie skarpety na kurs.

W domach goście także zdejmują buty przy wejściu, chyba że zaproszeni są na bardziej uroczyste przyjęcie. Wtedy gospodarze proszą, by pozostać w obuwiu pasującym do kreacji. Stosowałam się do tego , mając jednak w pamięci, jak irytowało mnie czasami, gdy w Polsce w niektórych domach proszono o ściąganie butów. I jak u mnie się ich nie zdejmowało. Zrobiło mi się zwyczajnie głupio. Nie mieszkałam w swoim domu sama, a to głównie tabuny moich znajomych galopowały w buciorach po schodach i wydeptywały ścieżki na parkietach.

Zdanie zmieniłam ostatecznie, gdy na świecie pojawił się Igi, a do naszego zagranicznego domu przychodziły tłumy ludzi. Było to w czasach, gdy Tato Kwiatka parał się naprawą komputerów by dorobić do pensji. Mieliśmy śliczną, ciepłą podłogę - surowy beton pociągnięty lakierem. I małego człowieczka szorującego po tym miłym, nowoczesnym wnętrzu najpierw na brzuszku, a potem na czworakach i z zapałem wynajdującego wszelkie okruszki i umieszczającego je sobie w paszczy.

Rzadko zdarzało się, by ktoś zdjął buty sam z siebie. Zazwyczaj słyszeliśmy "To ja nie będę zdejmować butów, bo ja tylko na chwilę, dobrze?" No nie, nie "dobrze". Że dziecko mieszka w tym domu, widać było od razu. Ja miałam dość pracy przy niewielkim człowieku i nie chciałam jej sobie dokładać przez mycie podłogi kilka razy dziennie. Bo sens w tym zdejmowaniu butów naprawdę jest. Szczególnie przy pogodzie, którą tu mamy, deszczach, błocie, śniegach - niezdejmowanie butów to barbarzyństwo. Że nie wspomnę o potencjalnej kupie rozsmarowanej na podeszwie, którą dziecko potem wyszoruje językiem i ubraniem podczas zabawy...

Butów nie zdejmuje się w:
  • bankach
  • sklepach 
  • aptekach
  • restauracjach
  • urzędach
  • u fryzjera (chyba że ktoś chce)
A zdejmuje się je z kolei w:
  • przedszkolach tuż po wejściu (dziecko i rodzic, dzieci oczywiście biegają w ciągu dnia w skarpetkach lub na bosaka)
  • szkołach (także tych dla dorosłych i wszelkiego rodzaju miejscach kursów)
  • oczywiście domach (prawie bez wyjątku)
  • szpitalach
  • przychodniach
  • niektórych muzeach
  • na basenach.
Skąd wiemy, że mamy zdjąć buty? W przedszkolach i szkołach to standard, w innych miejscach są półeczki na buty i tabliczki podobne do tej:


W celu unikniecia klientów/pacjentów latających bez skarpetek, zdarzają się i takie tabliczki:


Ot, taki butkowo-kurtkowy kącik w poczeklani u mojej rehabilitantki:


Przez te kilka lat tak się do tego przyzwyczaiłam, że jak ktoś mi mówi, żebym butów nie zdejmowała, to czuję się dziwnie i nieswojo :-) Szczególnie, gdy mam jakieś wielkie buciory i robi mi się gorąco ;)


13 lutego 2014

Kołysanka

Jakiś czas temu czytałam post "Dlaczego matka płacze" u Matki Tylko Jednej. I dziś właśnie przypomniałam sobie, dlaczego któregoś dnia wyłam jak głupia.

Najpierw poszukałam sobie piosenki - cudnej kołysanki, tutejszej oczywiście :) "Sofðu unga ástin mín" -"Śpij, moje małe kochanie":

Wspaniała, prawda?
Kołysanka została napisana przez Jóhanna Sigurjónssona. Opowiada o najsłynniejszej parze ludzi wyjetych spod prawa, a mowa tu o Fjalla-Eyvindurze i jego żonie Halli. Rzecz działa się pod koniec XVII wieku. Para zamieszkiwała nieprzyjazne góry. Halla śpiewała tę piosenkę swojemu dziecku, zanim rzuciła je w otchłań wodospadu. Mąż musiał uciekać przed władzami, a Halla żegnała się z maleństwem, by móc także samej uciekać i dołączyć do męża.

Kulawe tłumaczenie angielskie jest takie:
Sleep my young love,                                       Śpij moje kochanie,
outside the rain is weeping,                               na zewnątrz płacze deszcz,
mommy keeps your treasures,                          mamusia zachowa twoje skarby -
old bones and a round case.                             stare kości i okrągłą skrzynkę.
We should not stay awake through dim nights.   Nie powinniśmy czuwać podczas mroku nocy.
There is much that darkness knows,                  Ciemność wiele wie,
my mind is heavy.                                            mój umysł jest ciężki.
Often I have seen the black sand                       Wiele razy widziałam czarny piasek
burning the green meadow.                               palący zieloną łąkę.
In the glacier rumble death deep cracks.            W lodowcu huczą śmiertelnie głębokie szczeliny.
Sleep long, sleep peacefully,                             Śpij długo, śpij spokojnie,
late is best to wake up.                                     najlepiej wstawać późno.
Hardship will teach you soon,                            Trudy życia wkrótce cię nauczą,
while the day decays quickly                             że gdy dzień upada szybko
that the men love, lose, cry and mourn.              ludzie kochają, tracą, płaczą i rozpaczają.


Bardzo zimowa i mroczna ta piosenka, kołysząca (do dziś) dzieci do snu. Nic zatem dziwnego, że otaczający świat opisuje jako straszny, ciemny i wrogi. W ciemności wszystko zawsze wydaje się gorsze, pełne nieznanych, niepokojących cieni. Sroga natura tylko pogłębia strach i utrudnia życie.
A może opisując ponurą i pełną niebezpieczeństw rzeczywistość, zrozpaczona matka usiłuje znaleźć wytłumaczenie dla swojego czynu? Być może śpiewa o tym swemu dziecku, by nie żałowało tak wcześnie traconego życia? Wokół trwa nieustanna walka z żywiołami, ludzie cierpią, a ona tylko chce, by jej maleństwo spało już zawsze spokojnie i nie musiało sie martwić tym wszystkim, co jest zwykłą koleją rzeczy w życiu każdego - gdy odrobina słodyczy posypana jest grubą warstwą soli. Jedyne, co pozostanie po tym małym życiu, to "skarby", skrzynka i kilka kostek owcy, które matka, mimo rozpaczliwej ucieczki i walki o życie zachowa, tak jak pamięć o swoim dziecku.

Ignaś też przy niej zasypiał :-)

5 lutego 2014

Basen w Polsce? Nie, dziękuję.

Ten wpis powinnam była napisać już dawno temu. Bo tak jak puby w Anglii, tak tutaj od razu zauważa się baseny. Jasna sprawa, skoro woda płynie tu strumieniami z nieba i z lodowców, a także spod ziemi - i ogrzewa domy oraz napędza przedsiębiorstwa. W domach strumienie płyną z kranów w nicość, woda leje się także podczas długich pryszniców czy niekończących się kąpieli w wannach lub przydomowych jacu. Pływalnie i kawiarnie to popularne miejsca spotkań. Niemowlęta (od 6 tygodnia życia) i zgarbieni staruszkowie oraz wszystko pomiędzy pojawia się na basenach.

Moją osobistą teorią jest, że jeśliby znacznie podwyższyć ceny wody lub nie daj boże kazać płacić za wodę pitną, ten zrelaksowany i pokojowy naród zbuntowałby się bez wahania.

Pływalnie są w miastach i na zabitych dechami wsiach (nie znam wsi bez basenu, ale może takie są; przypomnę, że przez "wieś" rozumiem skupisko 200-300 osób, bo moja poprzednia "wiocha" miała 8000 dusz i 2 i pół basenu, w tym jeden zupełnie wypasiony). Różnią się więc między sobą, bo rozstrzał między stołecznym luksusem a wsiowym "późnym Gierkiem" jest widoczny, co nikomu nie przeszkadza moczyć kończyn w ciepłej wodzie. Nie spotkałam się nigdy (oprócz Błękitnej Laguny) z opłatami czasowymi. Płacisz (tak z 15 zł), wchodzisz i siedzisz, ile chcesz. Nawet na najwiekszym zadupiu standardem jest basen głęboki, choć nie spodziewajmy się długości 25 metrów, przynajmniej jedno jacu i jakiś brodzik, coby bachory się nie potopiły. Najczęściej jest sauna parowa lub fińska, oczywiście w cenie basenu. Gdy jest dobrze, jest zjeżdżalnia. Oczywiście są to baseniki całoroczne, niezadaszone. W stołecznych wodnych przybytkach prawie zawsze jest coś pod dachem, jakis płytszy basen lub kąpielisko dla dzieci.

W Polsce, gdy na torze jest mniej niż 10 osób, można powiedzieć, że nie ma tłoku. U nas zazwyczaj w głębokim basenie pływa jakiś rześki dziadziuś. W stolicy rozpustnie czekałam na "swoją kolej", gdy na każdym torze znajdowały się aż 2 osoby, żebym nie musiała się tłoczyć (pływam szybciej niż większość użytkowników basenów, a tutaj mogę sobie pozwolić na luksus pływania we własnym tempie i niesmyrania kogoś po stopach). Latem większa część basenu pływackiego pozbawiona jest lin i szaleją tam dzieciaki, które, nawiasem mówiąc w ramach wuefu w szkole mają również pływanie, tak, cały rok, tak - na świeżym powietrzu. A to podobno gigantyczny problem dla wielu polskich rodziców, choć polskie baseny są kryte.

W jacu i brodzikach siedzą najczęściej dziadziusiowie i babunie, prowadząc ożywione rozmowy. Najlepiej opala się w brodzikach.

ZDZIWIENIE PRZY WEJŚCIU
W zależności od rozwiązania użytego w danym przybytku wchodzisz, zdejmujesz buty i kupujesz bilet w skarpetkach. Ewentualnie dane jest ci kupić bilet w obuwiu, a potem natrafiasz na półkę na buty. W kontekście dalszych wydarzeń jest to ważny punkt programu basenowego :)

KONTROWERSJA NA WSTĘPIE
Nie spodziewajmy się szafek z kluczykami w wioseczkach, choć możemy czasem byc zaskoczeni, bo będą. Zazwyczaj rzeczy zostawia się na wieszakach i idzie kąpać, bo szczególnie we wsiach społeczności są małe i uczciwe. Ja nie korzystałam z szafek nawet w stolicy, bo pływanie z dyndającym kluczykiem jest bez sensu.

KONTROWERSJA I
Wszystkie baseny mają powielone rozwiązanie: rozbierasz się do gołego, bierzesz ręcznik, szampon i strój i idziesz do części z prysznicami. Ręcznik zostawiasz sobie na później na specjalnym wieszaku lub na półce z przegródkami, a w strój kąpielowy ubierasz się dopiero po dokładnym wyszorowaniu całego ciała
Budzi to kontrowersje. Szczególnie, gdy potencjalny użytkownik basenu wywodzi się z Europy Środkowej lub Wschodniej.

Moje wspomnienia z czasów dzieciństwa to widok ludzi kryjących się w ręcznikach lub osobnych szatniach, by założyć strój lub kapielówki, ochlapanie koniuszków palców pod prysznicem i hop do wody. I tutaj niektórzy bardzo starają się nie pokazać ciała i przychodzą już w strojach pod ubraniem. Biedne te babki, które muszą prosić ludzi, by weszli nago pod prysznic i użyli mydła. Odkąd zauważyłam tę znaczną różnicę, roboczo nazywam wodę w polskich basenach "zupą z cipek i penisów", choć należałoby wspomnieć o spoconych pachach, zatęchłych stopach i tłustych włosach, dla ścisłości.

Z moich wakacyjnych obserwacji wynika, że niewiele się w tej kwestii zmieniło.

Gdy wracasz z basenu, myjesz się, wycierasz do sucha przy wieszaku z ręcznikami i suchy wchodzisz do szatni. Jakie to proste! Z łatwością zakładasz ubranie i w skarpetkach wychodzisz na zewnątrz. Przy wejściu na basen zakładasz buty.

Ponieważ pół życia spędziłam na basenach, pamiętam koszmar błotnistej brei na posadzce w szatniach, do których wszyscy wchodzili w butach. Jesli na posadzce była tylko woda, to i tak było do kitu. Człowiek wycierał się po kawałku i wciągał na nie do końca wysuszone ciało kolejne części garderoby. Przy czym największym wyzwaniem były skarpetki lub rajstopy, ze względu na morką podłogę oczywiście. 

POWAŻNA KONTROWERSJA NR II
Rozbierasz się, jak wspomniałam. A ludzie chodzą na basen z dziećmi. Nie ma dyskryminacji, mama może iść z synami, tato z córką. Większe dzieci mogą się przebierać same w szatniach zgodnych z ich płcią, mniejsze (np. pięcioletnie) idą z rodzicem, czyli chłopcy z mamami, a dziewczynki z tatusiami. Gapią się? Nie. Demoralizują? Hm, jeśli nauka higieny jest demoralizacją, to bardzo.

Nie dziwi mnie to wcale, bo mama kiedyś przypomniała mi czasy mojej "kariery" (hahaha) pływackiej, gdy nasza grupa mijała się ze starszymi dziewczynami z sekcji, które kąpały się pod prysznicami nago. Troskliwe mamusie dziewczynek z naszej grupy zaczęły krucjatę przeciwko dziewczynom "demoralizującym" ich córeczki.

Nie widziałam natomiast nikogo bez stroju w saunie.

PROBLEM III
Możesz być stary, gruby, włochaty czy niepełnosprawny. Możesz być w ciąży. Możesz mieć rozstępy lub obwisłe piersi. I możesz iść na basen. Dla niektórych to problem, dla mnie nie. Koleżankom w Polsce zdarzało się słyszeć brzydkie komentarze, gdy były w ciąży. Że tu chodzą dzieci i nie powinny obrażać uczuć ludzi pokazując brzuch... Za to tutaj kobietom w ciąży "wolno" też mieć dwuczęściowy strój. 

SZOK IV
Jako że większość Islandek karmi swoje potomstwo własną piersią, mile (!) i do tego bardzo często widziane jest karmienie w szatni, w okolicy prysznica czy na samym basenie. To norma, dziecko głodne lub niespokojne, to dostaje jeść. Jedynymi komantarzami, jakie słyszy mama to gratulacje, a po nich uprzejme, zwyczajowe pytania o wiek i płeć dziecka. Na koniec rozmówca stwierdza, że dziecko jest śliczne i po rozmowie :)

DZIWACTWO V
Ludzie nie umierają od pływania na otwartych basenach zimą, podczas deszczu lub sztromu. Ścieżki między basenami, jacu i brodzikami bywają odśnieżane, często (i to lubię!) wyłożone są specjalnymi gąbczastymi płytkami, więc człowiek się nie ślizga, gdy jest oblodzenie. Bywa, że miejscami chodnik jest podgrzewany. W ogóle najbardziej lubię baseny z ogrzewaniem podłogowym w szatniach.

INNE ZASADY:
  • nie sikamy do basenu, od tego są ubikacje
  • nie sikamy przez strój
  • nie sikamy pod prysznicem
  • najfajniejsza, choć (podobnie jak powyższe) niepisana: po załatwieniu się ponownie bierzemy prysznic i dopiero wracamy do wody
  • dzieci mogą bawić się głośno i mogą chlapać wodą, ale dobrze byłoby, gdyby nie deptały po ludziach
  • maluchom wolno używać materiałowych pieluszek-kąpieluszek, nie ma wymogu stosowania kąpieluszek jednorazowych (co oczywiście jest wyrzucaniem pieniędzy i działaniem zupełnie nieekologicznym. A piszę o tym dlatego, że spotkałam się w Polsce z wymogiem stosowania pieluchy jednorazowej na niektórych basenach. Nakazy te łamałam bardzo konsekwentnie.)
Przykładowy basen wioskowy:

I jak się Wam podobają te różnice?





28 stycznia 2014

Kiszone jąderko baranie czy zgniły rekinek? Czym chata bogata!

25 stycznia zaczął się sezon istnych pyszności i naszą wyspę ogarnęła chmura kontrowersyjnych zapachów. A wszystko przez facetów! Bo tego dnia świętowany jest Dzień Gospodarza (Bóndadagur), w którym zgodnie z tradycją żony i dziewczyny rozpieszczają swoich mężczyzn. Jak? Oczywiście tradycyjnie! Docierają do serc swych partnerów przez żołądki. Czasami zapraszają ich do restauracji, rzadziej dają kwiaty swoim Wikingom. To zupełna nowość, datowana na lata 90. ubiegłego stulecia.

Dzień ten rozpoczyna falę ciężkich aromatów w całym kraju, gdyż z jego nastaniem rozpoczyna się miesiąc Þorri, w czasie którego świętowane są obchody Þórrablót. Właściwie wszyscy rozpieszczają nie tylko mężczyzn, ale przede wszystkim swe kubki smakowe różnorodnymi szczątkami zwierzęcymi, a przypadkowi przechodnie (turyści oczywiście) padają trupem od zapachów. Jest bosko!

Teraz uraczę Was stosownym plakacikiem z chwytliwym przekazem.

Jeszcze jeden powód, by przyjechać na Islandię w styczniu - obleśne żarcie!


W tym miesiącu (nie będącym w zasadzie miesiącem, ale składającym się po prostu z drugiej połowy pierwszego miesiąca i pierwszej połowy drugiego miesiąca) coroczne wyszukane menu zakłada smakowanie, próbowanie i rozkoszowanie się następującymi delicjami:

  • harðfiskur - suszona ryba (może być z masłem. Polecam tutejsze masło. Ryba jest spoko, koty ją uwielbiają)
  • hangikjöt - wędzona, a potem ugotowana baranina, podana apetycznie z ziemniaczkami, zielonym groszkiem, czerwona kapuchą i białym sosem (brzmi niewinnie, ale przytłaczający swąd wędzonki wręcz przykleja się do ubrań)
  • hákarl - zgniły rekin (tak, pamiętam ten dzień, gdy szef nas tym poczęstował... Zjadłam. Jestem ciekawa świata. Przeżyłam, choć nie wiem jak. Zionęłam zgniłą rybą do końca dnia. Konsystencja sera pleśniowego. To dobry zwyczaj, zapijać tę pyszność alkoholem, szkoda, że nie było nam to dane ;) Do kupienia w supermarkecie.
  • lifrapylsa - wątrobianka
  • blóðmör  - krrrrrewka kaszanka 
  • hrútspungar - gotowane i peklowane jądra baranie 
  • selshreifar - focze płetwy marynowane w zalewie 
  • svið - przepołowiona, gotowana głowa barania (tak, z oczami i językiem gotowymi do zjedzenia przez smakoszy lub żartownisi, jak moja szefowa, która nabijała gałke oczną na widelec i zjadała, by bawić się kosztem nowych pracowników - kochana kobieta!)
  • sviðasulta - salceson z łba baraniego
Idea wywodzi się z czasów dawnych, czasów domów z łodzi i przewiewnych chatek torfowych, gdy głód, bieda i przeszywający ziąb zaglądał w oczy wszystkiemu, co tu żyło. Z szacunku dla jedzenia przykładową owieczkę wysysano do kości, z wełny dziergano swetry i koce, a i kości nie wyrzucano - stawały się zabawkami dziecięcymi, szczególnie żuchwa z zębami. Trzeba oddać brodatym Wikingom i ich silnym małżonkom, że byli kreatywni w wymyślaniu potraw. I zabawek.

Ważny składnik wielu dań - serwatka. Szczątki zwierzęce w niej zaprawiane są właśnie istotnym elementem wystawnych posiłków w tym miesiącu.

Przewidywane napoje to oczywiście słynny brennivín, wysokoprocentowe "palące wino", tudzież poetyczna "czarna śmierć" (ach, ta propaganda), ekstrakt słodowy zmieszany z napojem pomarańczowym i specjalnie z tej okazji warzone piwo Þorri. Oba alkoholowe płyny do nabycia wyłącznie w Vínbúðin, jedynej sieci rozprowadzającej procenty na Wyspie. 

Ma ktoś ochotę na film? Polecam, boki można zrywać (choć to wszystko prawda!)

Mniam, mniam! Ktoś reflektuje?

PS. Pierwszy raz piszę taki post, jestem ciekawa, czy dla Was jest to równie egzotyczne, jak dla mnie. Pisać więcej o takich smaczkach?

24 stycznia 2014

Czekamy na lato

Wyobrażacie sobie taki widok, gdy rano idziecie sprawdzić, czy są nowe listy w skrzynce?

Czasem krajobrazy są zwodnicze. Patrzysz - biało, myślisz - zima. A jednak nie! To słynna, piękna Błękitna Laguna, wspaniałe spa, umiejscowione pośród pola lawy:




To cudowne miejsce jest produktem ubocznym tego (KLIK).

Jakie wrażenia? 
Pozdrawiamy (jeszcze) zimowo!