Pokazywanie postów oznaczonych etykietą natura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą natura. Pokaż wszystkie posty

29 listopada 2015

Uroda - naturalne kosmetyki prosto z kuchni

Dbanie o siebie jest takie przyjemne! Urodę pielegnować możemy korzystając z produktów, które znajdziemy w kuchni. To nie żadna nowość :) Poniżej kilka sposobów, które postanowiłam zebrać w jednym miejscu.
1. OCM - oil cleansig method, czyli oczyszczanie cery olejem
Mieszanina oleju rycynowego i innego, odpowiednio dobranego do rodzaju cery oleju usuwa makijaż, natłuszcza, nawilża, poprawia krążenie, pomaga poradzić sobie z kłopotami z cerą (wągry, wypryski), ale przede wszystkim odżywia dzięki bogatym, naturalnym składom nierafinowanych olejów. OCM można stosować zamiast mycia twarzy mleczkami czy mydłami. Jeśli mamy psychiczną barierę i uczucie nieświeżości, spróbujmy stosować tę metodę choćby na noc. Najpierw odpowiadamy sobie na pytanie, ile procent oleju rycynowego powinna zawierać nasza mieszanka - 10% dla cery suchej, 20% dla normalnej, 30% dla tłustej. Później dobieramy olej właściwy. Korzystamy ze wskazówek, dotyczących działania różnych olejów, ale najważniejsza jest indywidulana odpowiedź naszej skóry.
Mieszankę olejów nakładamy na twarz i masujemy energicznie palcami. Gdy nam sie znudzi, moczymy ręczniczek w gorącej wodzie i przykrywamy nim twarz (otworzy to pory, pozwoli na lepsze wchłonięcie oleju i usuniecie sebum), a nastepnie czekamy do ostygnięcia ręcznika, co z kolei zamknie pory. Na koniec zbieramy nadmiar oleju ręczniczkiem.
kosmetyki naturalne2. Olejowanie włosów
Odpowiednio dobrany olej sprawi, że regularnie stosowana kuracja doda naszym włosom blasku, życia, odżywi je, doda sprężystości, nawilży oraz zapobiegnie przetłuszczaniu. W zależności od tego, jakie mamy długie włosy, olejowanie będzie trwało krócej lub dłużej. Ja mam włosy prawie do pasa, więc robię sobie z tego odprężający rytuał, nakładam olej przy miłym filmie :) Na poszczególne pasma nakładamy (głaszcząc) olej opuszkami palców zamoczonymi w ciepłym oleju. Zwracamy uwagę, by była to niewielka ilość i została wmasowana zarówno w skórę głowy, jak i włosy, aż po końce. Niekoniecznie musimy spać z olejem na włosach. Ja na przykład bardzo tego nie lubię. Jesli sie na to decydujemy, warto p[oduszkę ochronic nielubianym ręcznikiem. Olej zmywamy metodą odzywka - szampon - odżywka. Warto unikać popularnych, niezwykle silnych detergentów (SLS, SLES), które zniwelują dobroczynne działanie oleju.
Jak dobrać odpowiedni olej: olej olejowi nierówny
Dlaczego nie SLS: nasze życie bez chemii
3. Olej lniany na przetłuszczającą się skórę głowy
Olej lniany (mikroskopijna ilość, ok. pół łyżeczki) mieszamy ze szczyptą soli himalajskiej. Tak przygotowaną "miksturą" smarujemy skórę głowy (delikatnie!), pozostawiamy na chwilę, po czym dokładnie zmywamy. Jedynym minusem tej kuracji jest ostry zapach oleju lnianego. Niewykluczone, że głowę bedzie trzeba umyć więcej niż dwa razy, by się go pozbyć. Zadbajmy zatem o zmywanie skalpu czymś bardzo delikatnym.
kosmetyki naturalne
4. Do kąpieli
Sposób Kleopatry! Kąpałyście się kiedyś w mleku? Jeśli jeszcze nie, to namawiam Was do spróbowania, a szybko przekonacie się, dlaczego słynna piękność fundowała sobie białe kąpiele. Mleko można chlusnąć prosto z kartonu. Ilość dowolna.
Peeling z płatków owsianych - niezwykle delikatny, poprawia wygląd skóry i jej nawilżenie.
Dodawanie olejku do wody - ochroni skórę przed wysuszającym działaniem kąpieli i nada jej wspaniałą miękkość. Nie trzeba uzywać balsamów.
Sól magnezowa - magnez jest niezwykle ważny dla naszego organizmu. Bierze udział w ok. 300 reakcjach, choć pierwszym skojarzeniem każdego jest pozytywne działanie na stres oraz sen. Obie kwestie mają niebagatelny wpływ na naszą urodę, zatem suplementujmy magnez. O czym należy pamiętać, to o suplementacji z głową - magnez najlepiej przyswajalny jest przez skórę. Należy się więc wieczorami smarować olejkiem z magnezem lub kąpać z dodatkiem soli magnezowej. Można sobie także robić magnezowe kąpiele dla stóp.
5. Pod prysznic - peeling z kawy
To bardzo mocno działający peeling. Używamy do niego zmielonej kawy po zaparzeniu, dodajemy ulubionego oleju i tym specyfikiem traktujemy całe ciało. Niektóre osoby mogą sobie nawet pozwolić na użycie tego peelingu na twarz.
kosmetyki naturalne6. Na spierzchnięte usta
Gdy nie możemy poradzić sobie z ustami, najgorszą rzeczą, którą możemy im zrobić, to nałożyć tradycyjny balsam na wazelinie i parafinie. Balsam taki nadaje ładny połysk i daje pozorną ulgę, silnie uzależnia i wysusza delkatną skórę. Na usta, które ucierpiały na dworze nakładamy prawdziwy miód. Na godzinę. W tym czasie walczymy ze sobą, by go nie zlizać. Czasem kurację trzeba powtórzyć.
7. Do wybielania zębów
Zęby wybiela ponoć olej kokosowy, a z pewnością - kurkuma. Przyprawa nasypana na mokrą szczoteczkę i wmasowana w zęby daje efekt wybielenia już po jednorazowym zastosowaniu. Należy jednak pamietać o silnych właściwościach barwiących kurkumy i szybko spłukać umywalkę.
8. Do depilacji - pasta cukrowa
Świetny, tani i ekologiczny sposób na gładkie ciało. Pasta cukrowa jest niezwykle prosta w wykonaniu (naprawdę nie trzeba kupować przedrożonego gotowca, a gdy skusi nas jakiś produkt w sklepie, wystarczy przypomnieć sobie, ile kosztuje kilogram cukru w spożywczaku) i wygodna w użyciu. Składa się z cukru, wody i cytryny, jest więc całkowicie naturalna. Jest też rozpuszczalna w wodzie, więc zupełnie niekłopotliwa, w przeciwieństwie do niektórych wosków. Podobno spowalnia odrost włosów i powoduje mniej podrażnień niż tradycyjna depilacja woskiem.
9. Piękna cera - maseczki
Z mleka i gałki muszkatołowej - odkryta u Dzień Dobry Pani, szybka, prosta i pozostawiająca niezwykle przyjemne uczucie na skórze. Świetnie oczyszcza, nadaje skórze miękkość i delikatność.
Z awokado, miodu i płatków owsianych - nawilża, odżywia, nawilża, wygładza, nawilża. Bardzo nawilża. To niesamowite, co awokado potrafi zrobić z naszą skórą.
Z białka i cytryny - ubijamy białko jajka z kilkoma kroplami cytryny, by skutecznie poradzić sobie z wypryskami, rozszerzonymi porami i przetłuszczaniem. Uwaga, maseczka może "spłynąć", dlatego kładziemy pod głowę ręcznik lub aplikujemy ją w wannie :)
Z sody z wodą - silnie oczyszcza.
10. Olej kokosowy
Jest wyjatkowy, jego działanie antyoksydacyjne jest wręcz legendarne. Nierafinowany ma przyjemny, kokosowy zapach i nadaje sie do stosowanie wewnętrznego i zewnętrznego. Ponieważ włazi do mitochondriów bezpośrednio, działa jak natychmiastowe paliwo dla komórek. Stosowany na skórę w niezbyt dużej ilości pozostawia przyjemne uczucie miękkości bez tłustego filmu. Ma delikatny filtr UV, ma działanie antybakteryjne, antygrzybicze i antyalergiczne. Uwaga! Obserwujemy siebie, bo może wysuszać skórę.
A Wy? Dzielcie się swoimi patentami! :)



4 października 2014

Zdziwienie o poranku

Stormur, nasz o wiele bardziej wymagający niż stado kotów lub dziecko domownik, oddawał już mocz pod niebem roziskrzonym zorzą. A dziś... A dziś miał kłopot. Był tak podniecony, że zapomniał się wysikać.
Bo dziś u nas wygląda od rana tak:



Pierwsze spotkanie z końmi:

Sztorm omiata wzrokiem okolicę:


Oby pęcherz biedaka wytrzymał te zmiany :)

21 września 2014

Islandzka jesień

Pstryki z góry za domem. Na jednym ze zdjęć pojawił się nawet pies Stormur (tak, zmieniliśmy mu imię na Sztorm, gdyż to lepiej oddaje jego charakter i stan naszego domu, odkąd się tu pojawił).







Pozdrawiamy jesiennie i sztormowo - dziś wicher inauguruje prawdziwą jesień, a nie jakieś oszukane fiu-bździu ze słonkiem i chmurkami.

21 lipca 2014

Dookoła Wyspy - "poważne" ujęcia

Efekty Tatokwiatkowych pstryków, w kontraście do moich, komórkowych, takich, co nie przystoi, ale fajnie się je robi i spamuje fejsbuka. No, ale tak serio, co ja zrobię, jak mój facet ma aparat prawie przyrośnięty do oka? ;-) 

Woda jak z pocztówki znad Kamieńczyka (bardzo nie mój styl, no ale pozwólmy facetowi popełniać jego błędy) ;)

Nasz wehikuł, całkowita niezależność...




Tęczówka


Pole lawy. Miękkie jak z reklamy puszystych obwolut na klapę od sedesu.

I jak? Kto chętny do przyjazdu? :)

14 lipca 2014

Opowieść dzielnej kobiety o karmieniu piersią - ku pokrzepieniu

Dziś chciałam Wam przedstawić niezwykłą osobę i niezwykłą historię. Agnieszka może swoją opowieścią wspierać wszystkie mamy. Jest przykładem niespotykanego wręcz hartu ducha. Która z nas nie słyszała na początku drogi mlecznej koronnego "Nie męcz siebie i dziecka"? Jeśli ją ktoś raczył takim tekstem, to zapewne wybuchała gromkim śmiechem, po czym robiła swoje  - tak ja to w każdym razie widzę. A łatwo nie miała, wierzcie mi. Wiele łez wsiąkło w rękaw jej męża. 

Agnieszka zgodziła się zamieścić swoją opowieść na moim i Igulcowym blogu. Zatem czytajcie, czujcie się podniesione na duchu i zawsze pamiętajcie, że skoro ona tego dokonała, to i Wy możecie!

Zapraszam :)

Agnieszka Nagórska, 17 miesięcy karmienia piersią bliźniąt:

Kiedy dowiedziałam się, że zostanę mamą i to na dodatek bliźniąt, nie myślałam o tym, w jaki sposób będę karmić moje dzieci, gdy pojawią się na świecie. Ba, uważałam nawet, że nie ma większej różnicy między karmieniem piersią i sztuczną mieszanką, ot są chyba równoważne. Pierwsze, co sprawdziłam w Internecie, to ceny wózków dla bliźniąt, a nie informacje o karmieniu ;)

Jednak im bliżej porodu, tym bardziej zaprzątał mi głowę temat karmienia piersią. Trafiłam na elektroniczną wersję książki Gugulskiej-Nehring „Warto karmić piersią”. Książkę przeczytaliśmy oboje z mężem (nie powala objętością, więc poszło szybko) i uzgodniliśmy, że zrobię wszystko, żeby karmić piersią nasze bliźniaki. Im więcej czytałam o korzyściach, tym bardziej nastawiałam się, że tylko „cycek” i koniec.


Urodziłam przez cesarskie cięcie w 39 tygodniu ciąży. Dzieci dostały 10 punktów, były duże (3350 i 3580), donoszone i chętnie zassały, gdy pielęgniarki noworodkowe dostawiły mi je do piersi na sali pooperacyjnej. Jeszcze kilka razy mi je przystawiły, ale już na drugi dzień okazało się, że mam pierwsze (i nie ostatnie) powikłania poporodowe. Miałam zespół popunkcyjny, który charakteryzował się potwornym bólem głowy. Nie pomagały żadne leki, a ja majaczyłam z bólu. Dzieci były ze mną w dzień, gdy przychodził mój mąż (od 8 rano do 20.00), on je przewijał, mył i dawał mi do nakarmienia. Niestety ból głowy w nocy powodował czasami, że nie byłam w stanie się podnieść, żeby dzieci dostawić, więc dostawały butelkę ze sztuczną mieszanką od pielęgniarek. Mimo cesarskiego cięcia mleko przyszło szybko – już na trzeci dzień pojawił się umiarkowany nawał, wyjadany regularnie przez dzieciaki. W dzień starałam się karmić w tandemie, ale udawało się tylko wtedy, gdy ktoś mi pomógł. Pamiętam, że jedna z pielęgniarek noworodkowych powiedziała mi, że nigdy nie uda mi się wykarmić dzieci samodzielnie, a ja pomyślałam, że bardzo, ale to bardzo się myli.

W szpitalu byłam tydzień, cały czas z bólem głowy, do którego doszły bolące i krwawiące piersi. Pielęgniarki sprawdzały, czy dzieci przystawiają się dobrze, ale nikt nie wpadł na to, żeby zobaczyć, czy córka, która słabo przybiera, nie ma przypadkiem defektu zwanego krótkim wędzidełkiem podjęzykowym, który powoduje, że karmienie jest bolesne dla matki i ekstremalnie trudne dla dziecka, bo nie potrafi ono efektywnie wymasować językiem mleka z piersi. Oczywiście wędzidełko było przykrótkie, ale o tym dowiedziałam się później.

Gdy zespół popunkcyjny minął, wypisano nas do domu. Piersi bolały mnie coraz bardziej, więc zadzwoniłam do doradczyni laktacyjnej. Przyjechała, przywiozła wagę, powiedziała, że bliźniaki należy ważyć, sprawdziła sposób dostawiania i wędzidełko, stwierdziła, że jest ok i pojechała. 
Codziennie ważyłam dzieci i cały czas bałam się, że za mało przybierają (z perspektywy widzę, że nie było wcale tak źle). Kompletnie uzależniłam się od wagi – co dodatkowo wtrąciło mnie w huśtawkę emocjonalną.

Tymczasem piersi bolały mnie tak, że nie mogłam wziąć dzieci na ręce. Karmiłam i wyłam z bólu, chociaż nie było żadnych ran ani uszkodzeń. Zaczęłam jeździć po lekarzach i doradcach laktacyjnych – nikt mi nie umiał pomóc. W kółko mówili, że to przejdzie, albo żebym dała sobie spokój i zaczęła karmić mieszanką. 

W nocy płakałam mężowi, że dłużej nie wytrzymam, byłam na skraju załamania nerwowego i tylko jego spokój pozwolił mi jakoś trwać. Mówiłam sobie, że tylko jeszcze jeden dzień pokarmię, a potem przestanę. I tak codziennie. 

W międzyczasie dzięki temu, że dosłownie błagałam o pomoc, gdzie się dało – również na różnych forach internetowych, trafiłam do La Leche League Polska, a konkretnie do Magdy Karpieni – jej liderki. I telefon do niej rozpoczął żmudną, ale zakończoną pełnym sukcesem drogę diagnozowania moich problemów z piersiami i karmieniem

Po pierwsze pomogła mi zdiagnozować (pomimo odległości) krótkie wędzidełko podjęzykowe, dzięki materiałom umieszczonym w sieci przez doktora Kotlowa z Nowego Jorku – m.in. filmom na YouTube. Znalazłyśmy w Warszawie dr Pakułę-Raczek, która potwierdziła diagnozę. (Jest bardzo mało kompetentnych lekarzy w tym temacie w Polsce! Prawie nikt się na tym nie zna, nawet jej uczennica z poradni laktacyjnej, u której szukaliśmy porady, nie umiała rozpoznać za krótkiego wędzidełka.) Jedno szybkie cięcie, trochę płaczu i córka zaczęła normalnie jeść! Ulga w bólu była przeogromna – a miałam za sobą 4 tygodnie nieustannej męczarni. Ale nie był to koniec przygód – ból znów się nasilił i był jeszcze gorszy – padło podejrzenie grzybicy piersi, znów nikt nie miał o tym pojęcia, znów sama i z pomocą Magdy szukałam informacji. Okazało się, że u mam dzieci z przykrótkim wędzidełkiem często rozwija się grzybica. Na amerykańskich stronach LLL podano informację, że należy zastosować dwutygodniową kurację Fluconazolem, przy której, według ich doświadczenia, można spokojnie karmić piersią. Jednak wszyscy lekarze prócz dr Raczek podważali te ustalenia, więc musiałam stoczyć bój, żeby dostać lek i nystatynę do pędzlowania buziek dzieciom. Udało się, po tygodniu objawy zelżały i ból znacznie zmalał, ale niestety nie zanikł. 

Tymczasem minął drugi miesiąc od porodu, więc poszłam na kontrolę do ginekologa, który stwierdził podczas badania USG, że zostawił mi fragment tkanki w macicy i ta się nie kurczy. Pytałam, czy to może być przyczyną małej ilości mleka i ciągłego bólu piersi, ale zarzekał się, że nie.

Przepisał mi wyciąg sporyszu, który miał spowodować skurcze i wyrzucenie pozostawionej tkanki, ale niestety w praktyce nie zadziałał jak należy i w efekcie spowodował znów koszmarny ból piersi, nawał i zastój. Nie byłam w stanie karmić, więc ściągałam mleko i podawałam dzieciom w butelce. W końcu w szpitalu usunięto mi pozostawiony przez ginekologa fragment łożyska i błon płodowych, ale macica wciąż się nie kurczyła, piersi bolały, a mleka było moim zdaniem wciąż za mało. Kolejna kontrola i okazuje się, że w macicy zostały skrzepy – kolejna dawka sporyszu i antybiotyk, i kolejna gehenna. Ból odbierał mi zmysły, ale się nie poddawałam.

Jak się okazało na nowo dostałam poantybiotykowej grzybicy piersi i czekała mnie kolejna kuracja Fluconazolem. Po tygodniu mojego chodzenia bez koszuli, wietrzenia piersi, łykania tabletek i wbijania zębów w ścianę, ból zaczął mijać (trzy miesiące od porodu). 

Przez cały ten czas miałam za mało pokarmu. Brałam kozieradkę, piłam Karmi, dużo wody, zaczęliśmy spać z dziećmi, żebym mogła łatwiej karmić w nocy, lepiej wysypiać się i żebym mogła zwiększyć laktację. Nic nie działało wystarczająco. Znów trop z Internetu i diagnostyka ginekologa - okazało się, że mam niedoczynność tarczycy, co może prowadzić do zbyt małej produkcji mleka – pomogła tu niewielka, ale ciągła suplementacja hormonu tarczycy.

Ostatnie dwie rzeczy, które definitywnie zakończyły moje zmagania z bólem i strachem, że nie wykarmię moich bliźniaków, to zdiagnozowanie i wyleczenie przez Magdę Karpienię Zespołu Raynauda oraz stwierdzona insulinooporność (również na podstawie podpowiedzi mam z zaprzyjaźnionego amerykańskiego forum LLL dla rodziców bliźniąt). Przepisanie odpowiedniego lekarstwa spowodowało, że prawie z dnia na dzień poziom produkcji mleka pozwolił mi na odstawienie sztucznej mieszanki.


Gdy piszę te słowa, karmię moje bliźnięta mają już prawie 17 miesięcy. Jak przez mgłę pamiętam horror czterech pierwszych miesięcy, nieustanny ból, strach, że nie wykarmię dzieci i moją rozpacz, że tyle czasu – zanim spotkałam Magdę Karpienię – nikt nie był na tyle kompetentny, żeby mi pomóc.
Dziś karmienie moich dzieci to duma, radość, czułość i bliskość, którą wreszcie mogę się cieszyć. To również zdrowie moich dzieci i ich komfort psychiczny.

Po moich przygodach mam kilka przemyśleń, którymi chcę się podzielić:
- problemy mogą występować i u dziecka, i u mamy, a na dodatek nakładać się na siebie, (jak u mnie: wędzidełko, pozostawione łożysko, grzybica, insulinooporność, problem z tarczycą, Zespół Raynauda),
- wsparcie Męża było kluczem do sukcesu, znosił dzielnie moje rozpaczliwe wycie z bólu po nocach i zawsze był dla mnie oparciem,
- szukałam pomocy do skutku i często na własna rękę, czytając głównie po angielsku, ponieważ po polsku materiałów jest zdecydowanie za mało,
- niepotrzebnie dałam sobie wcisnąć wagę – bez niej miałabym mniej cierpienia i strachu, że nie wykarmię dzieci,
- odkryłam przerażającą niekompetencję lekarzy i wielu doradców laktacyjnych, których nazwisk miłosiernie tutaj nie wymienię, zarówno w kwestii karmienia, jak i przyjmowania leków podczas karmienia. Usłyszałam od lekarzy słowa: że nigdy „nie wykarmię dzieci”, że „niektóre tak mają”, że „ma boleć”, że ona „sama karmiła tylko 2 tygodnie i pokarm zanikł”, że „lepiej jak dostanę leki na zatrzymanie laktacji”, że „nic nie można zrobić”. Mogę powiedzieć im tylko tyle: uczcie się lekarze, bo wstyd, żeby rozpowszechniać takie bzdury.

Udane karmienie to mieszanina trzech składników: wsparcia, szczęścia, własnej determinacji i WIEDZY.




Gdybym miała coś zmienić:
- nie zgodziłabym się na branie wagi do domu, 
- nie zgodziłabym się na dokarmianie mlekiem modyfikowanym w szpitalu,
- przed porodem poszukałabym mądrej położnej/douli/doradcy laktacyjnego/liderki LLL, który byłby moim przewodnikiem i spotkałabym się z nim przed porodem,
- poszukałabym karmiącej mamy z mojej okolicy, która mogłaby stanowić wsparcie psychicznie i ewentualnie mogłaby się podzielić swoim mlekiem (choćby odpłatnie), żeby uniknąć dokarmiania moich dzieci mlekiem modyfikowanym,
- pracowałabym nad tym, żeby bezwzględnie wierzyć sobie, a nie przemądrzałym przekupom w białych kitlach, które czasem pracują na polskich porodówkach i w przychodniach pediatrycznych.

24 lutego 2014

Dziewczyna we wrzątku

My to zawsze musimy trafić na kobiety tak zdeterminowane, że włos się jeży ;-) 
I to dosłownie.

Wyobraźcie sobie wichurę taką, że człowieka zwiewa podczas przemieszczania się z punktu A do punktu B. Że ciuchów i blendy nie można położyć zwyczajnie na mchu w obawie przed ich utratą. Że w 3 sekundy nos robi się czerwony jak pomidor, a ręce grabieją w mgnieniu oka. I do tego w komplecie wysokie niebo krzyczące lazurem i cudowny zachód słońca. Oraz boskie miejsce, z gotującą się i intensywnie parującą wodą.

Nasza modelka, targana potwornymi dreszczami z zimna wystąpiła na bosaka i w cienkiej sukienczynie. Trzęsła się potem cały wieczór, choć sesja trwała 10 minut! Ale trzeba było uciekać, bo cierpiała nie tylko Agnieszka, ale i Iguś w ciepłych kozakach i puchowej kurtce. 

Miejsce, w którym Agnieszka dokonała (prawie) samounicestwienia jest niezwykłe i nie czytacie o nim ostatni raz. W tej chwili napiszę jedynie, że sadystyczna sesja była jej pomysłem i ukłonem w kieunku miłego sąsiada. Björn kupił kawałek gotującej się ziemi ze starym basenem, mieszka w garażu, tuż nad wodą i każdą chwilę przeznacza na remont i projekt swojego życia - odbudowę akwenu. Wyobrażacie sobie tak daleko idące poświęcenie? Jak dla mnie rewelacja. Masz pomysł i go realizujesz, nie przejmując się czymś, co dla kogoś innego mogłoby być poważną przeciwnością, choćby taki "drobiazg", jak mieszkanie w luksusie. Siła woli godna podziwu.

Jako klimatyczną ciekawostkę dodam jeszcze, że popularne imię zdeterminowanego sąsiada Agi znaczy po prostu "niedźwiedź".

Trzymamy kciuki za powodzenie wielkiego planu Niedźwiedzia!

PS. A Igi po sesyjce majaczył w gorączce nocą i tykał mnie rozpaloną stopą, co skutecznie odpędzało ode mnie sen. To i zsumowane akcje w stylu "siusiu", "syropku", "posiedzę sobie i pobredzę, zamiast się wtulić w poduszkę" i wiele, wiele innych, które rumiany (wiatr czy gorączka?) trzylatek potrafi wymyślić na zawołanie.






Oto sam basen. Spora niecka w kształcie zbliżonym do prostokąta, z naturalnym, kamienistym dnem i pięknie ułożonymi kamieniami po bokach. Da się w nim wykąpać, bo Niedźwiedź doprowadził zimną wodę.


Jakie wrażenia? :-)

18 listopada 2013

Skumbrie w tomacie, serca w brokacie


Nie wiem, jak u Was, ale u nas zima całą parą. Jest po prostu cudnie! Ciężkie płatki wirują w powietrzu, mróz szczypie rumiane policzki Ignasia, a do tego to słońce!
W tak piękne dni aż chce się żyć. Szczególnie, gdy kanapa stoi wreszcie na wprost wielkiego okna i tak otrzymany widok rekompensuje brak telewizora :-)

Niezbyt leniwą sobotę (przemeblowanie w celu dopieszczania dźwięku ukochanych domowników Taty Kwiatka - głośników) zakończyliśmy w wyjątkowo leniwy sposób. Ja szydełkowałam, moja Bardziej Włochata Druga Połowa słuchała muzyki rozparta w fotelu, a Igi zajmował się ajpadem. Byliśmy tak zmęczeni, że daliśmy mu wolną rękę - ipad zazwyczaj nie jest do jego użytku. Poskutkowało to tym, że Wieś najpierw oglądał tutoriale "Jak domowymi metodami przyozdobić romantyczny pokój" po hiszpańsku, potem zaczął jeszcze bardziej drażnić swoje zmysły i pożerał filmy instruktażowe o tworzeniu Hello Kitty z babeczek. Po hiszpańsku oczywiście. 

Co ciekawe, mimo Słodkiej Soboty, Igi ślinił się na ajpada, ale spożycie słodyczy spadło nam tego dnia drastycznie. Filmy o przyozdabianiu babeczek były tak hipnotyzujące, że się biedulkowi nie chciało kopnąć po kostkę czekolady. 

Nie jestem pewna co do jadalnej Hello Kitty, ale czy Igi przypadkiem nie stara nam się powiedzieć, że mamy mu wreszcie przysposobić własny pokój i to koniecznie w "romantycznej" konwencji?

Kiedy ja będę się głowiła nad odpowiedzią, spójrzcie, jak tu pięknie!

Nasza wiocha :) (w tle - i góry, i chmury)
I przed domem

Na koniec - Igul dręczony przez bezdusznego Tatula :)
(film najlepiej oglądacw powiększeniu, bo Ignaśkowe rzęsy są w nim dość istotne)

Dobranoc!

16 września 2013

Dzień współczucia dla osób bez samochodów

Czuć już jesień. I widać. I słychać. Słychać wycie wichru, widać ścianę deszczu (naprzemiennie albo naraz ze słońcem), a w powietrzu czuć rześki chłód. Bywa, że leje tak mocno, że deszcz jest nawet pionowy. To się tu dość rzadko zdarza - zazwyczaj poziome strugi atakują człowieka, który z czystej rezygnacji nie używa parasola. Mary Poppins nie miałaby tu łatwo, to pewne. Podmuchy wiatru bywają tak silne, że rzuca ludźmi, rzuca też samochodami - nie ma wielu śmiałków, którzy by tym "rzutom" jeszcze pomagali tak bezsensownym sprzętem.

A teraz mam ciekawostkę. Jeden dzień, jeden kraj, miejsca oddalone od siebie tylko kilkadziesiąt kilometrów - a jaka różnica! Na początek - południe, burza piaskowa: