14 grudnia 2012

Standardy vol 2, czyli Ignacy kontra stringi

Mnożą się - nadal - w zastarszającym tempie. Zapraszam zatem na drugą odsłonę "Standardów" Igulindy.

Ubraniowe:
  • Najważniejszy wymóg dotyczy bielizny. Majtki i body nie mogą zwisać, ale najgorsze co się może zdarzyć, to wrzynający się w pewną część ciała materiał. Igi wrzeszczy wtedy "Mam stlingi mamoooo!" i wije się jak piskorz. Ratunek musi przyjść natychmiast. 
  • Szczególne atrakcje dźwiękowe funduje nam Kotek, gdy rajstopki i spodnie zostaną podciągniete za bardzo jak na jego gust. Jego gust zakłada wyłącznie noszenie tych części garderoby jako luzackich biodrówek. Personel przedszkolny też już o tym wie.
  • Rękawiczki - trzeba je na sobie mieć wręcz w momencie, gdy się tylko POMYŚLI o wyjściu na dwór. I tu rodzic musi się wykazać szybkością i zwinnością. Dobrze założona rękawiczka to: rękawiczka założona błyskawicznie. To taka, w której kciuk siedzi głęboko w przeznaczonym na to palcu. Szybkość rodzica powinna objawiać się też w tym, by w mgnieniu oka usunąć z pola widzenia latorośli nieco za duże rękawiczki pieciopalczaste. Ból egzystencjalny towarzyszący zakładaniu tych jednopalczastych jest niczym w porównaniu z dziecięcą frustracją wywołaną przez to bawełniane narzędzie szatana w paski. Do tych rękawiczek stopery powinny być dołączane w komplecie.
  • Standardy w połączeniu z Igusiowym samosiowaniem dają komiczne efekty, gdy Wieś walczy ze sobą, podczas zakładania sobie spodni od piżamy. Przypomnijmy zatem: spodnie muszą być naciągniete na siedzenie, koniecznie samodzielnie, nie za wysoko; nogawki muszą spełniać wysokie wymagania dotyczące długości. Do kostki, bez dyskusji. Wyobraźmy sobie zatem Zdzisia, rozpoczynającego w pozycji prawie kucznej podciąganie spodni. Niewprawne dłonie chwytają za dużo materiału i podciągają zarówno górę spodni, jak i nogawki. Błąd zostaje natychmiast zauważony. Igi, nadal kucając, balansuje niebezpiecznie na skraju wybicia sobie swych śnieżnobiałych jedynek i usiłuje ściągnąć nogawki w okolice kostek. Ściąga nogawki razem z resztą spodni. Które trzeba podciągnąć. Więc podciąga. Wraz z nogawkami. Trzeba temu zaradzić. Zsuwamy nogawki. Z resztą spodni. Popkornu by się chciało! Podawanego koniecznie z kubkiem melisy :-)
Domowe i inne:
  • Igi jest ostatnio niezwykle terytorialnym Stworzeniem. Niech no tylko któryś z kotów zapędzi sie na fotel, na którym lubię siadywać. Znika stamtąd niezwykle szybko. Albo niech w wyniku dziwnych przetasowań zamienimy się z Tatą Kwiatkowym kubkami, sztućcami, czy czymkolwiek. Ho ho, ależ się robi głośno. Plus instrukcje, "to mamy!". Myślałam, że w przedszkolu zapłacze się, gdy jeden z jego obsmarkanych wafli uprzejmie podsunął mi szalik. Pozostaje nam chyba tylko cieszyć się, że terytorializm dzidziusiowy nie objawia sie tak, jak koci i dziecię na nas i sprzęty nie leje ;-)
  • Ostre: ostre może być wszystko, od cebuli po pastę do zębów i paracetamol w czopku. Przeciwienstwem ostrego jest... malutkie. Dowiedziałam się tego dziś podczas rozmowy o nożyczkach.
  • Wanna wrogiem numer jeden. Trendy dzidziusie biorą teraz prysznic. Dobrze, że pozwalają zasunąć sobie drzwi do kabiny podczas ciągnących się w nieskończoność seansach z kubkami IKEA i gumową kaczką.
  • Tak jak Joey comes with a bag, Igi comes with a chair. Ma takie niewielkie krzesełko, które jest dla niego stojakiem, przedłużaczem, obcasami, drabiną, schodami, bronią antykotową i czymkolwiek, czego tylko dusza zapragnie. Zobaczyć Ignasia bez krzesełka jest naprawdę trudno. Zabrać - nie wolno. Przesunąć - spróbowałam kilkakrotnie i niemal ogłuchłam. Więcej tego błędu nie powtórzę. Dobrze, że Młody z nim nie śpi.

5 grudnia 2012

Czapka-niewidka

Koleżanka niedawno spytała mnie o hobby, zainteresowania, zabawy i zabawki preferowane przez Ignasia. To z okazji zbliżających się świąt i planów wspólnego ich spędzenia, oraz, w prostej linii następstw tej decyzji, rytualnej, cichaczem dokonanej podmiany prezentów dla Młodzieży od Gwiazdorka.
Stanęłam przed dylematem.w miarę jednoznacznej odpowiedzi.

Zabawy ostatnio wyglądają tak, że albo usuwamy jakieś niewidzialne, budzące strach żyjątka - przedwczoraj były to zające, a wczoraj krokodyle i jeden smok. Poza tym Igi wariuje w kuchni, wytwarzając hektolitry nieistniejącego koktajlu, który serwuje mnie i Michałowi w niewidzialnych szklankach, w których zawsze umieszcza słomkę. Niewidzialną. Gotuje nam niewidzialne potrawy i bawi się jeszcze całym mnóstwem przedmiotów pozostających pod działaniem czapki-niewidki.
Przedwczoraj zdefraudował "tempatulę" (czyli termometr). Było to o tyle niefortunne, że na początku tego tygodnia dziecię nam się podgrzało i nie wysłałam go w związku z tym na uczelnię. Rytualne pomiary "tempatuli" były bardzo ważnym punktem każdego dnia, a tu - termometru brak. Do tej pory Igi zapytany, gdzie schował coś, czego szukamy, zazwyczaj odpowiadał i po kilku próbach przedmiot znajdował się z powrotem u właściciela. Tym razem miotałam sie zupełnie bezcelowo, poszukując zaginionego termometru. Igi, zapytany o to, gdzie go umieścił, początkowo unikał odpowiedzi. Później zdematerializował się, by wrócić do mnie ze zdobyczą, trzymaną w wyciągniętej dłoni.
- Proszę - oznajmił radośnie, podajac mi termometr.
Niewidzialny.
Trik powtórzył jeszcze kilka razy, twierdząc z uciechą, że podaje mi czerwony termometr. Na co ja odpowiedziałam w końcu zgodnie z prawdą, że poszukuję naszego widzialnego, niebieskiego. Igi zatrzymał się, schował znaleziony termometr w zakładce rajstopek i zniknął, by po sekundzie wrócić, dzierżąc w dłoni niebieski termometr. Niewidzialny.
Igi często przerywa picie mleka, by zademonstrowac działanie łpatki, grabi, nożyczek i noża oraz podać mi wszystkie przedmioty. Wczoraj podawał mi ze stołu "wiggle wiggle", trzymając je chwytem pęsetkowym. Tak, ja tez nie wiem, co to jest, ale najwyraźniej jest niewielkie.
Podróż samochodem ostatnio minęła nam na bawieniu się w sklep, w którym Igi zapytywał mnie, czy kupię grabie, łopatkę i inne przedmioty. Na pytanie, co chce w zamian, odpowiedział mi, że pieniądze. potem sprzedał mi również pieniądze, więc generalnie lubię chodzić do jego sklepu. :-)
Zajmowanie się niewidzialnymi zabawkami powoduje, że czasami próby ułatwienia sobie życia biorą w łeb. Gdy z teatralną ciekawością i wielkim entuzjazmem zapytałam Igiego, czy pokaże mi, jak zakłada majtki, pokazał, a jakże. Miałam okazję podziwiać moje dziecko wykonujące zgrabne, przmyślane ruchy: pobrał bieliznę, skłon, podniesienie nogi, podniesienie drugiej, skłon, chwyt, podciągnięcie materiału zdecydowanym ruchem. 
Majtki były rzecz jasna niewidzialne.

Poza tym świat Ignasia wygląda tak jak matrix widziany na ekranie komputera... Liczby, wszędzie liczby... Wczytuje się chłopak w książki, by wyławiać numery stron, w instrukcje obsługi, by zakrzyknąć triumfalnie: "O, dwójka, widzisz?", w rejestracje samochodów. Najwiekszym szczęściem Igiego jest dostać się cudem do kalulatora w telefonie. Liczby rządzą. Kalkulator wkomórce aż dymi z przejęcia i przepracowania, gdy za jego uzywanie zabiera się  Igi i stuka z zapałem w klawiaturę, wznosząc okrzyki niczym na polu bitwy.

Ulubiona zabawka to drewaniany zegar, z wyjmowanymi cyferkami. O afekcie świadczy to, że Młody nierzadko śpi z zegarem.

Myślę, że lista do Gwiazdroka mogłaby być taka:
1. pudło niewidzialnych zabawek
2. kalulator
3. fortepian
4. wiertarka

30 listopada 2012

Sam-mode

Do tej pory tego nie było. A teraz jest zmiana i bardzo dużo rzewnych komunikatów "Ja sam". Przedtem jakoś udawało mi się nie narzucać swej pomocy Młodej Osobie, Igi nawet w razie czego prosił "Pomóż", bo taką mieliśmy umowę.
Do tej pory z powodzeniem unikałam kwokowania... Od początku nie zasłaniałam dziecięciu oczu w razie słońca, więc sam odwracał głowę, mimo warzywnego stylu życia. Później dochodziły inne rzeczy, których nie robiłam, żeby dać mu możliwość poradzenia sobie z wyzwaniem samodzielnie. Stwierdziłam, że dla Igulindy ważne będzie poczucie, że może troszczyć się sam o siebie, a my pomożemy, gdy zajdzie taka potrzeba.
Długo nie było komunikatu "sam", aż tu nagle taki skok nastąpił, że nie nadążyłam. I Igi bardzo stanowczo pokazuje mi, że mam się przystosować. Bo jak się okazuje ilość rzeczy, z którymi radzi sobie samodzielnie jest nieporównywalnie większa niż przed dwoma tygodniami. 
Gdy za szybko coś zrobię, wyręczając dziecię, sprawa oczywiście jeszcze nie jest przesądzona. Dziś na przykład niepotrzebnie zdjęłam Kwiatuszkowi pajaca. Oburzył się, oznajmił, że sam i rozpoczął żmudne ubieranie piżamy tylko po to, by sprawiedliwości stało się zadość i mógł go po chwili z triumfem zdjąć ją SAM. Ktoś widział dwulatka zakładającego sobie pajaca? Lubię w takich momentach niepostrzeżenie sięgnąć po książkę lub gazetę, by nie zirytować się, a w razie wiekszej dawki cierpliwości nie pospieszać go wzrokiem i pozwolić na powolne i niezdarne zmagania. Rozdział później i równolegle po próbie dostania się do piżamy przez (zaszytą) nogawkę i od drugiej strony rękawa (po skrupulatnym tego rękawa poszukiwaniu) jakoś daliśmy radę umieścić się z moją minimalną pomocą w stroju nocnym. Igi pozbył się go z dziką radością i błyskiem w oku. Natychmiast okazało się, że rajstopy też zakłada już sam. Do tej pory musiałam przygotować się psychicznie i czasowo na majtki, spodnie, rękawy koszulek i body, zapinanie zamka w bluzie, buty i czapkę. 
To chyba oznacza pobudkę jeszcze wcześniej... No bo czego się nie robi dla dziecięcej samodzielności...

Co z tego jeszcze wychodzi? A, na przykład jedzenie jogurtu dwoma złożonymi (na łyżeczkę) łyżeczkami. Kurtka założona do góry nogami i plecami z przodu, buty na odwrót. Wkurzenie, gdy zagapię się, podając Kwiatkowi picie i przytrzymam filiżankę ręką. 

Poniżej mała próbka tego, z czym potrafi poradzić sobie dziecię, gdy mama jest odcięta od rzeczywistości w szale gotowania. Krzesełko posłużyło do wspięcia się na blat, odpowiednia szafka otwarta. Kilogramowy słój miodu wyjety, nie stłuczony, a odkręcony. Łyżeczka załatwiona. I tak Igi zapewnił sobie deser bez proszenia o pomoc.
Fryz made by mama :-)
Na koniec wyrafinowana kuchnia, czyli przepis z dziś: kasza gryczana plus sos pomidorowy. Kaszę gryczaną zacząć gotować, w tym czasie zeszklić cebulkę w drugim garnku. Przybrudzone dziecko pragnie umyć sobie (SAMO!!!) dłonie - usadzić je więc koło zlewozmywaka i uzbroić w ręcznik. W tym czasie przystąpić do dalszych przygotowań związanych z sosem. Wlać wodę i resztę składników. Doprawić imbirem i gałką muszkatołową. Odebrać dziecku sól z okolic zlewozmywaka i posolić potrawę. Zdziwić się - pianka na powierzchni sosu? Rozejrzeć się podejrzliwie, powąchać sos. Wyłowić niespotykaną nutę zapachową z wnętrza gara. Omieść wzrokiem otoczenie w poszukiwaniu poszlak. Zauważyć piankę w dzbanku z wodą. Zbadać. Znaleźć wspólny mianownik zapachowy z mydłem kuchennym. Zlustrować otoczenie, gdzie działa Kwiatek, całkowicie pochłonięty... no właśnie, czym?
Aha. No tak. Gruba, jednolita i wyjątkowo precyzyjnie położona warstwa gęstego mydła pokrywa cały kran, łącznie z jego wylotem. Igi przechodzi właśnie płynnie do pastowania wnętrza zlewozmywaka. Pochłonięty czynnością, nawet nie zauważa, że jego mama wyprodukowała aż dwa sosy, w tym jeden niezdatny do spożycia.

28 listopada 2012

Przepis na normalny weekend?

Normalny weekend? Ale jak to zrobić? Weźmy na przykład poprzedni. Co robiliście? Bo my obijaliśmy się w sobotnim rozgardiaszu domowym do nieprzyzwoicie późnej godziny Ja grałam w bingo z Igim, TK majstrował przy telefonie, po czym, grubo po Ignasiowym czasie na spanie, umieściliśmy dziecię w piżamce... butach, zimowych spodniach, czapce i kurtce i pojechaliśmy. 
Bo przecież w sobotę w nocy był deszcz meteorów! W telefonie zainstalowana została sprytna aplikacja pokazująca niebo, która miała nas prowadzić w odpowiednim kierunku. Ale że szalała w samochodzie, to trzeba było co chwilę stawać, żeby wysiąść i w przenikliwym wietrze pozwolić telefonowi odsapnąć i zdecydować, w którym kierunku mamy jechać. 
W sumie dobrze, że Igul starym zwyczajem zachrapał, gdy tylko zakolcowane koła Suzi dotknęły równej nawierzchni asfaltu za domowym podjazdem, bo było tak piekielnie zimno, że nawet nie chciało mi się zorzy oglądać. A Młody z pewnością by się popłakał. Pojechaliśmy na pustkowie, sztorm już szalał, tworząc na drodze dziwne śniegowe dymki, kotłujące się niepokojąco. Podmuchy wiatru uderzały w samochód, który tańczył na lekko oblodzonej drodze. 
Moje wrażenia są takie: że po pierwsze deszcz meteorów powinien być nazwany mateorów kapuśniakiem, bo kilkanaście "spadających gwiazd" na godzinę można prędzej przyrównać do kapania z kranu. I spodziewałam się, że to będzie przynajmniej kilka jednocześnie, a nie w odstępie kilkuminutowym, przy dobrych wiatrach. Adrenalina niczym przy wędkowaniu. Do tego szlag niech trafi auta, którym zawsze zapalają się światła przy włączonym silniku. Siedzieliśmy zatem jak dwie wrony, kuląc się z zimna i wlepiając wzrok w nieboskłon. I starając się nie zachuchać szyby. I po raz pierwszy zorza mnie wkurzała. Co z tego, że cieniutka i marna, ale i tak zakłócała mi odbiór ;-) Zachuchaną szybę trzeba było odchuchiwać przy włączonym silniku (i światłach) i później znowu długie minuty przyzwyczajać oczy do zmiany warunków...
Szalone życie rodziców Małolata spowodowało, że trochę po północy zaczęliśmy ziewać rozdzierająco. W końcu zgodziliśmy się, że należy zarządzić odwrót. I żałowaliśmy trochę, senni, że pojechaliśmy aż tak daleko. 

A ten weekend? No niby normalny miał być - zwykły wypad ze znajomymi do domku letniskowego. Wiesiulek nam jednak dorośleje i w związku z tym wzrasta poziom absurdu w naszym życiu. Co dzieje się, gdy rodzice idą położyć swe dziecię? Miejąc jednocześnie nadzieję na szybkie oddanie się uciesze moczenia tyłków w gorącej wodzie jacuzzi na świeżym, żeśkim powietrzu?
Hm. Powiem tak. Moczenie tyłków nie następuje aż tak szybko, jakby się chciało.
Dnia pierwszego Syn ma tantrum. Czyli wyje. I mówi jednocześnie. Zrozumieć nie sposób. Wyłuskuję imię Natalia. Ryk. Czyli wiadomość nadal skrzętnie zaszyfrowana w mokrym skowycie. Okazuje się, że wiertarka. Końcówkę wieczoru dziecięcia spędziliśmy więc na spożywaniu wyimaginowanego chleba, który Ignaś wyrabiał w zagłębieniu swej dłoni zabawkową wiertarką. Przedtem powiercił troche w sękach, trochę w kończynach i głowach. Ale chleb wyrabia się i wypieka taką wiertarką najlepiej. Zasnął trzymając w objęciach Michała i wiertarkę jednocześnie. 
Wieczór dnia drugiego obywa się bez wycia. Co nie znaczy, że nie jest intrygująco. Igi nie chce spać, ani ubrać się w piżamę. Ma inne plany, a mianowicie fikanie pod kołdrą. Włazi pod przykrycie, po czym szybko wydostaje się spod niego i siedzi obok, mimo stroju Adamowego. Szybkie śledztwo wykazuje, że pod kołdrę wejść nie może, bo się boi. Czego? Ano, dinozaura. To myk, pozbywamy się dinozaura, chwytając go w garść i stawiając na telewizorze. Igi nieusatysfakcjonowany. Dinozaur zostaje wyniesiony na dwór, wypuszczony, drzwi zamknięte. Wchodzi pod kołdrę, ale nawet się nią nie przykrywa, bo na drodze kolejny gad. Przy dziesiątym dinozaurze straciłam rachubę. Kilka zostało na telewizorze, większość nadal hasa po dworze, a jednego głaskaliśmy i nawet dostał całusa. Wieczory były mocno abstrakcyjne. A ja mogę sobie w CV wpisać nową umiejętność - błyskawiczne radzenie sobie z inwazją małych, niewidzialnych dinozaurów :-)




26 listopada 2012

Pierwsza sesja dzidziusiowa

Latem robiliśmy zdjęcia tej przesympatycznej parze: Sanita i Pavels. Tym razem przyszła kolej na maleństwo. Prześliczna dziewczynka ma już dwa miesiące i, oprócz urody, uroczą osobowość. W roli modelki czuła się świetnie, czym zaskoczyła wszystkich. Na sam koniec sesji, zamiast spać, ucięła sobie długą pogawędkę z fotografem, z której to rozmowy pochodzą najładniejsze uśmiechnięte zdjęcia.
Aha, znak wodny kłamie. Jesli już zachęcać, to do fejsbuka, bo strona worldinlens.me chwilowo nieaktualizowana, niech lepiej fejsbuka sprawdza ten, kto ma ochotę: worldinlens.
Oto Viktorija (i jej mama):


23 listopada 2012

Jedzenie - najprościej jak się da

Mam nadzieję, że to już ostatni raz o żarełku sie rozpisuję. Tym razem jest to pisane z myślą o koleżance. I będzie o BLW - tu więcej zdjęć z naszej jedzeniowej przygody.
BLW, Bierz Lub Wywal, to nieskomplikowany sposób podawania jedzenia niemowlętom i toddlersom. Znajdzie zwolenników wśród tych, którzy:

  • lubią podnosić ciśnienie teściom ;-)
  • cenią swój czas 
  • cenią ciepły posiłek na talerzu i (co istotne) nadal ciepły w ustach
  • lubią prostotę
  • są skłonni zdrowo się odżywiać
  • chcą pozwolić na samodzielność dziecku
  • lubią wspólne posiłki i doceniają ich wagę w życiu rodzinnym
  • lubią zapewniać edukacyjne rozrywki dziecku
Na czym opiera się ten sposób odżywiania? To po prostu podawanie dziecku, od początku przygody z pokarmami stałymi, jedzenia w formie innej niż papki, słoiczkowe mazie i zawiesiste roztwory. W kawałkach, w całości, w słupkach. To wspólne jedzenie tych samych posiłków. To postawienie na samodzielność Małego Człowieka i wyzwanie dla rodzica w kwestii zaufania dziecku. To brak zmuszania, nakłaniania do jedzenia. To pełen szacunek dla tej Młodej Osoby, która najlepiej wie, czy jest głodna, czy nie, czy ma ochotę na chleb, czy jabłko, która czasem odczuwa ból brzucha lub zwyczajny brak apetytu. I szacunek dla umiejętności naszego dziecka - a brak wyręczania w czymś, co umie i może zrobić samo, jest doskonałym sposobem na to, by ten szacunek pokazać. To więcej czasu dla dziecka. I w pewien sposób "wymuszony" zdrowszy styl odżywiania całej rodziny.
Dodam jeszcze, że ten sposób, w autorsko zmodyfikowanej formie, pasował nam bardzo. Wyrażam sie o nim pozytywnie, co nie zmienia faktu, że jeśli ktoś nie ma ochoty na taki sposób odżywiania, nie zamierzam z tym polemizować :-)
Potrzebny sprzęt - przygotowujemy otoczenie:
- w wersji podstawowej nie potrzeba rzecz jasna niczego - wystarczą kolana rodzica i jego talerz, ewentualnie mniejsze sztućce (widelec deserowy, łyżeczka do herbaty)
- przydatny jest łatwy do umycia fotelik (my z powodzeniem korzystamy z najprostszego modelu pewnej skandynawskiej firmy), który można nawet wrzucić do wanny lub pod prysznic, jedzenie można wykładać wprost na tackę lub do odpowiednich naczyń
- przed dzieckiem można ustawić kubek z wodą (u nas doidy cup) i sztućce, których w pewnym momencie z pewnością zechce używać, naśladując nas
- śliniak, fartuszek, mata, worek lub nielubiane prześcieradło pod fotelikiem - a ja po prostu rozbierałam Ignasia do jedzenia, a po jedzeniu spłukiwałam go pod prysznicem, a otoczenie przecierałam ściereczką.

Wymogi - przygotowujemy siebie:
- przede wszystkim dużo spokoju, psychiczne przygotowanie się (szczególnie na odkrztuszanie)
- zapoznanie sie z zasadami pierwszej pomocy (na wszelki wypadek i dla większej pewności siebie)
- zaufanie dziecku w kwestiach doboru jedzenia, sposobu jedzenia, jego ilości,
- pozwolenie dziecku na samodzielne poznawanie świata
- dziecko je to, co my, zatem zwracamy uwagę na swoją dietę, unikamy cukru, soli, przypraw z solą, dodatków chemicznych, produktów gotowych, wysokoprzetworzonych, rafinowanych, smażenin, napojów sztucznych lub gotowych soków, herbaty, kawy itp.

Pierwsza pomoc - zapoznajemy się bezwzględnie:

Podstawowe zasady - czyli od strony praktycznej:
- pokarmy wprowadzamy po 6 miesiącu życia
- dziecko powinno siedzieć samodzielnie (nie zaleca się sadzania na siłę, więc niesiedzące maluchy można też położyć na brzuchu, a jedzenie położyć przed nimi, by mogły po nie swobodnie sięgać, ewentualnie na czas jedzenia podeprzeć bardzo dobrze w krzesełku lub na kolanach)
- podajemy jedzenie pokrojone w wygodne do uchwycenia kawałki, np. słupki
- dostosowujemy jedzenie do wieku malucha - jesli podamy 6-miesięczniakowi groszek, to wywołamy jego frustrację, a nie radość, za to kawałek chleba spotka się już z innym przyjęciem
- dyskretnie obserwujemy dziecko, szczególnie z początku, by przekonać się, jak radzi sobie z jedzeniem i jego odkrztuszaniem, 
- podczas posiłku przed dzieckiem powinny znaleźć się produkty ze wszystkich grup żywieniowych, by mogło spośród nich wybierać, oczywiście świat się nie zawali, gdy damy dziecku to, co akurat jest w kuchni, ale wybór jest bardzo ważny.

Nie trzeba:
- gotować dwóch osobnych obiadów tego samego dnia, przygotowywać osobnych śniadań, kolacji, przekąsek 
- rezygnować z własnego posiłku lub zjadać zimnego jedzenia. Jemy razem z dzieckiem, dzięki czemu spędzamy razem czas, a dziecko uczy się manier przy stole (choć przez pierwsze miesiące tego nie widać)
- sprawdzać w tabelach, jakie produkty można podawać dziecku (przy czym miód należy podawać po pierwszym roku życia, a grzyby, ho ho, dopiero w podstawówce) 
- zmuszać dziecka do jedzenia - jeśli mu zasmakuje i będzie głodne, z pewnością zje; jeśli nie je, być może nie ma na to ochoty lub jest uczulone na dany produkt
- nadmiernie pilnować odkrztuszającego dziecka, panikować, podbiegać do niego, strasząc je podczas każdego odruchu odkrztuszenia (należy za to, zwłaszcza z początku, spokojnie i uważnie je obserwować)
- podawać bezsmakowego jedzenia, unikać naturalnych przypraw, ziół.

Czego należy się spodziewać:
- twórczego nieładu, czyli produktu artystycznych zmagań z jedzeniem naszego dziecka
- radości z plaskania, zrzucania, rozgniatania, rozsmarowywania, oglądania, rozdrabniania, kruszenia, rozlewania, mieszania, smakowania, oblizywania, ciskania, wypluwania, wpychania sobie jedzenia do buzi dwoma łapkami, jedzenia zupy palcem, łapania, przesuwania...
- że jedzenie może stać się dla Małego Człowieka fascynującym zajęciem na godzinę lub dwie
- odkrztuszania, wyglądającego jak wymiotowanie lub wypluwanie z odruchem wymiotym lub kaszlem, wynikającego w większości przypadków wyłącznie z podrażnienia wrażliwego punktu w jamie ustnej odpowiadającego za ten odruch. Odruch ten z czasem zaniknie. Nie mylić z zadławieniem! 
- jedzenia dokładnie tego samego co mama - kwestia przetrwania. Dziecko przejawia ogromne zainteresowanie talerzem mamy i jego zawartością, bo jest to już pokarm "sprawdzony" przez najważniejszą osobę. Dawanie dziecku czegoś innego niż jemy może powodować jego niepokój lub po prostu ciekawość.

Czego można się spodziewać:
- do roku mleko jest najważniejszym pokarmem, dziecko może traktować jedzenie stałe wyłącznie jako zabawę, bardzo edukacyjną i twórczą, niekoniecznie jednak będzie dużo jadło
- odmawiania jedzenia. Jednorazowo lub na dłużej. W przypadku odmowy jednorazowej można naturalnie zaproponować coś innego, ale BLW opiera się na zaufaniu także w tej trudnej kwestii. U nas zawsze okazywało sie, że odmowa miała proste wytłumaczenie, gdy to zauważyłam, łatwiej mi było ufac Igiemu. Np. w pierwszym przedszkolu pani wciskała jedzenie na siłę, któregoś dnia Igi bardzo stanowczo odmawiał i nic nie zjadł, co mi zakomunikowała. Jeszcze tego samego dnia bardzo mocno wymiotował. Mój niespełna roczny syn rozsądnie podszedł do sprawy, nie chcąc nic jeść - sama zrobiłabym to samo. Gdyby ktoś kazał mi zjeść kanapkę na bolący żołądek, byłabym po prostu nieszczęśliwa.
W przypadku odmowy jedzenia przez dłuższy czas należy zdać się na własną intuicję, gdy podpowiada nam to ona - poradzić się lekarza.
- jeśli na stole postawimy sól i cukier, maggi itp. - dziecko także będzie chciało doprawiać sobie jedzenie na własnym talerzu
- "oszustwa" w stylu sprite w szklankach rodziców, a woda w szklance dziecka zostaną rozszyfrowane
- dziecko raczej nie zje czegoś, na co jest uczulone, a jesli zje i poczuje się gorzej lub wystąpi reakcja alergiczna, będzie samo odmawiało ponownego zjedzenia produktu, który mu zaszkodził
- "faz" na pewne jedzenie, czyli pomijania wszelkich produktów, oprócz jednego lub kilku konkretnych, my mieliśmy na przykład Rok Owsianki i Miesiąc Bananów.

Od siebie dodam na koniec, że trzeba mierzyć siły na zamiary. Gdy jesteśmy zmęczeni, a bałagan w otoczeniu zaczyna nas przerastać, czy może dokądś się spieszymy - może lepiej podać posiłek łyżeczką. Zdenerwowanie z powodu przedłużającego się posiłku, czy niechcianego dodatkowego nieładu nie będzie wpływało korzystnie na atmosferę podczas posiłku. Ja nie byłam "gotowa" na podawanie do samodzielnego jedzenia zup oraz kasz na mleku z takim trudem ściąganego.
Wspólne posiłki mają byc czystą przyjemnością z jedzenia i obcowania ze sobą.

Enjoy!


14 listopada 2012

Czapki z głów

Ostatnio zaczęła się u nas zima. Pobliska, ukochana przez tubylców góra pokryła się lukrem, na trawie czasem pojawia się szron. Bywa, że temperatura spada poniżej zera, no ale nie czarujmy się, to żaden wyznacznik zimy mimo wszystko nie jest. Moja pierwsza noc pod namiotem tu, latem, dodam, okazała się być nocą o temperaturze -2. Było mi chłodno.
Czy lato, czy zima, jednym słowem mogłabym opisać Wyspę. Intensywna. Wszystko, co tu się dzieje, jest właśnie intensywne. Deszcze padające pod wszystkimi kątami, także poziomo. Lato ze słońcem bez przerwy. Wiatry, od których auta tańczą na drogach. I odczucia ludzi - albo się Wyspę kocha, albo przeciwnie. Nie można inaczej, jak z taką samą intensywnością oddać jej w uczuciach tego, czym nas ona raczy na co dzień.

Najlepszym wyznacznikiem zimy tu są wichry. Kiedy w Stanach szalała Sandy, o czym trąbiły wszystkie media, u nas również był wiaterek. Ponoć Sandy wiała z prędkością nawet do 180km/h. W tym samym czasie wiało i u nas, z prędkością, bagatela, dochodzącą do 240km/h. Jak to koleżanka powiedziała - nadeszła zima po prostu. Najbardziej narażone na podmuchy wściekłego wiatru drogi zamknięto, a dzieci nie wypuszczano w wietrzne dni na dwór. Poza tym zaobserwować można było podniecenie ludności warunkami pogodowymi, objawiające się głównie filmowaniem fal oceanu, by potem móc wrzucić nagranie na fejsbuka. A Igi się popłakał. Po tym, gdy z trudem zapięłam go w foteliku i z jeszcze większym trudem zamknęłam drzwi samochodu, wywiało mnie i nie mogłam sama do Suzi wsiąść. Ale to było tylko chwilowe, trzymając się klamek, dotarłam w końcu do drzwi kierowcy. Bez przeszkód dojechaliśmy na miejsce, a po drodze podziwialiśmy krzaczory ozdobione śmieciami.
Widok, który spotkał nas w centrum miasta, był bardzo intrygujący.

Film z okna biura

Jak widać, życie toczy się swoim torem...

A tu - 3 minuty z naszego samochodu:

link :)

(youtube nie chce mi z blogiem współpracować i nie odnajduje filmów)
Dodam jedynie, że to zwykłe filmy z owiewanego wiatrem miasta, nie podczas apogeum wichury. Zresztą, w centrum nie wiało najmocniej, ale już w naszej wiosce było weselej, choć i tak wicher nie rozwinął do końca swych skrzydeł.

9 listopada 2012

O nagromadzeniu przymiotników

Spory na gruncie muzycznym to już tradycja w naszym domu. 
Niesnaski na linii Matka Kwiatka - Tatko Kwiatka wynika zazwyczaj z doboru utworów i ich głośności. Kwiatek, wzorując się na mamie swej, strofuje Tatę swego, że "Ciii, tato". Ja z kolei jestem jego prywatnym didżejem. Radio, gdy on ma ochotę na "Tłinku, tłinku"?! Mam, jego zdaniem, rzucać wszystko, czym aktualnie się zajmuję, i spełniać jego muzyczne zachcianki. Dodajmy, że w związku z nagłymi zmianami tych zachcianek funkcja playlisty jest wysoce drażniąca. 
Jeśli chodzi o opisywanie rzeczywistości, to Kwiatuszek rozleniwił się słownie. Jeśli jest OK, to jest "fajne", jeśli przeciwnie, coś go wkurza, to raczej skrzeczy.

Jakież było moje zdziwienie, gdy włączyłam piosenkę, która do tej pory była numerem jeden na jego liście przebojów.
- Nieeeeeee! - zaskowyczał Igi - Nie cem. To stale, bludne, obleśne i śmieldzące!

A piosenka była ta:
Czyż nie jest urocza?


5 listopada 2012

Standardy

... się mojemu synowi zmieniają jak w kalejdoskopie.
Uno: odnośnie rękawów. Żeby był ten rękaw do nadgarstka, nie krótszy (skrzek), nie dłuższy (skrzek, skrzek). To ja mu czasem pyk, rękaw krótki... Wiem, że będzie naciągał go aż do nadgarstka, skrzypiąc niemiłosiernie i - wybaczcie - ale mam ubaw.
Po drugie uno: nogawki. Brzeg nogawki ma się znajdować na wysokości kostki. Nie wyżej, i nie niżej, bo system będzie alarmował o errorze sygnałami ostrzegawczymi (skrzyp i ogólna mendoza). A nie, przepraszam, w wypadku nogawki za krótkiej następuje komunikat "zimno nogu", połączony z próbą naprawienia błędu. "Zimno nogu" dotyczy także naszego lalka Michała, jego kształtne lalkowe łydki również nie mogą być odsłonięte, bo Igul odczuwa lalkowe zimno.
Zamki. Zamki błyskawiczne, przez niektórych ekspresami zwane, czynią spustoszenie, jakby ktoś nie wiedział. Zamki błyskawiczne powodują ból i cierpienie. Nie tylko związany z niemocą przy próbach samodzielnego zapinania (czyli mniej więcej pół Ignatkowego życia). Nie, nie. Zamek błyskawiczny zapięty pod szyję rani, drapie, gryzie itd. Jest złem wcielonym i wymaga egzorcyzmów polegających na wydawaniu z siebie intensywnych dźwięków w okolicy wysokiego C. Zamek błyskawiczny, nawet taki z zakładką chroniącą młode ciało przed straszliwymi ranami, akceptowany jest jedynie rozpięty do połowy dziecięcego cześcika.
Glutoza: z okazji przedszkolnych uciech i ogólnej wymiany płynów ustrojowych, gluty zajmują poważne miejsce w gorącej dziesiątce tematów rozmów codziennych. Nie, nasze dziecko nie meczy do palca z kozą po efektywnym wierceniu w nosku. Raczej nie wierci zresztą, ale załącza system alarmowy w wypadku wystąpienia gluta, który mu w jakiś sposób przeszkadza w egzystencji i wyciem zatytułowanym "Mamo, mam gluta" każe sobie winowajcę usuwać. Jeśli jeszcze o efektach ubocznych kataru mówimy, to klasyfikacja jest prosta. Mamy a) w nosie źle, b) poza nosem obojętnie. Gdyby główny bohater podpunktu przykleił się jednak do palca, a przy próbach zdjęcia - do drugiego palca i nastąpiła tym sposobem sytuacja patowa to c) poza nosem też źle (=skrzek). A jakby ktokolwiek miał wątpliwości (choć dzieciaci pewnie nie mają) to katarem można wykonywać nietrwałe malunki abstrakcyjne na ubraniach wszelkich, ze szczególnym uwzględnieniem rękawów.
Brud: jeśli w czasie jedzenia syn mój pierworodny ochlapie się delikatnie wodą z kubka, włącza alarm informujący o zaistniałym problemie, a mianowicie "mamo, jestem bludny!". Dodam dygresyjnie, że wykładanie ściereczek lub serwetek nie pomaga bynajmniej na odruch wycierania pomidorowo - maślanej gęby rekawem, a ubrudzonych gęstym sosem łapek w - to chyba jasne - koszulkę, ewentualnie spodnie. Tak oczyszczony Kwiatek jest gotów do zabawy i naturalnie nie zgłasza żadnego problemu związanego z występowaniem zabrudzeń.

Te urocze fobie "bliskie ciału" mają jeszcze braci i siostry w postaci natręctw. Słyszał ktoś o buncie dwulatka? He he. Bunt? Nie, my mamy natręctwa dwulatka :-)

I tak oto: chodniczkowi Igi nie przepuści. A że w domu mamy galopujące koty i Kwiatowego Tatę, Igi ma pełne ręce roboty w odginaniu zagiętych rogów chodniczków i rozprostowywaniu fałd.
Drzwi: mają być schludnie zamknięte. Jeśli się nie dają zamknąć, a zdarza się to czasem, jako że w domostwie naszym nie każdy układa ubrania w kostkę, a paski od plecaków czasem zawisają w oczekiwaniu, aż ktoś je litościwie upchnie w uchylonej gardzieli szafy, Igi zaczyna wycie do księżyca z frustracji.
Drzwiczki i szuflady: jak wyżej. Czasami osobie, która szuflady nie zamknęła, dostaje się bura połączona z instrukcją "zamknij", czasem Igulinda wielkodusznie zamyka sam i równie wielkodusznie rzuca zdawkowe "proszę" lub "pomogłem".
Blokady antydzidziusiowe na wszelkich szafkach: jest misja. Znowu drobne ręce pełne roboty, bo blokady te mają być zatrzaśnięte. I idzie człowiek do śmietnika, komody, szuflad kuchennych, szaf, czy szafki łazienkowej, a tu opór. Wszystko skrzętnie pozamykane (i dobrze) oraz zablokowane (gorzej, bo strzela to pieruństwo na boki i Ziut wyje, że się popsuło tymczasowo). Ostatnio widziałam te wszystkie blokady w użyciu, gdy Igi miał miesięcy dziewięć. Prawdziwy renesans.
Buty: niech no ja wpadnę na pomysł, by zawczasu postawić kozaki Wiecha przed wyjściem przy fotelu, coby czas oszczędzić. Ha, ha. Czy jest szansa, że będą tam nadal stały, gdy usiądziemy, by się ubierać? Kurtka będzie, bluza też, czapka również. Ale na kozaki bym nie liczyła. Będą z pewnością wśród innych butów, w przedpokoju. No przecież.

Wiadomość z ostatniej chwili: Kotka schrupała właśnie z największym smakiem mysz pod łóżkiem, zostawiając jeno nereczkę. Co ona ma z tymi nereczkami, doprawdy. I z jedzeniem pod łóżkiem. Mama jej nie nauczyła, że z miski się je? Nie dalej, jak dwa dni temu, z okazji mopowania, wygarnęłam spod tegoż łóżka zasuszoną nóżkę ptasią z przyczepionym do niej smętnym piórkiem. Najwyraźniej krwiożercze małe bydlątko stołuje się z zapałem w sypialni i niestety, jak to kot, czeka na służącego, który po uczcie posprząta.

To dobranoc! Rodzice dzieci o wysokich stndardach muszą dobrze się regenerować, żeby mieć siły na wychodzenie naprzeciw wymaganiom swoich małoletnich pociech.

31 października 2012

Festiwal Dziwnych Kroków

Po czym najłatwiej poznać, że Igi jest kontent?

Otóż wystawia on swe wątłe łapiny do tyłu, wysuwa głowę do przodu, pochyla tułów i zaczyna się przemieszczać, najchętniej dziwacznym, niemiarowym galopkiem.
- Mam kydła, mamo - oznajmia wtedy tonem informacyjnym. - Latam - dodaje czasem.
Spoglądam z pewną zazdrością na te podskoki, wygibasy, miny i wszelkie radosne ruchy młodego ciała nieprzypominające niczego. Ruchy niezdarne i pełne ciekawości, czy może uda się dziś odkryć coś nowego. A udaje się codziennie. 
Kiedy my skończyliśmy cieszyć się z nieskrępowanego machania dowolną częścią ciała? Kiedy zaczęliśmy zauważać, że nogi za krótkie, ręce za długie, palce mogłyby być bardziej smukłe, a nos o innym kształcie? Kiedy zaczęliśmy zastanawiać się, czy podskoki, czy inne wesołe wygibasy są oceniane czyimś lekko ponurym i mocno nieprzychylnym spojrzeniem? 


Napięcia powstają wtedy, gdy skupiamy się na tym, jacy uważamy, że powinniśmy być. Relaksujemy się, gdy jesteśmy sobą.

Produkcja krajowa, lubię, więc polecam. Dla relaksu.
I ciekawostka. Jak wyobrażaliście sobie tego piosenkarza, sądząc po głosie? Ja z pewnością nie widziałam potężnego Wikinga, podrygującego w sukienkopodobnym ubraniu :-) 
Dwa pozostałe głosy identyfikowałam jako kobiece, jakież było więc moje zdziwienie... 


26 października 2012

Wypełnianie ciszy

Odkąd dowiedziałam się o ciąży, zaczęły napływać do mnie różne publikacje, artykuły, notki. I nagle oświeciło mnie i zadrżałam. Mianowników wspólnych było kilka, ale jedna konkluzja wysuwała się na prowadzenie: "okaleczysz dziecko".
Wszyscy namawiają do przemawiania, nucenia, śpiewania i wszelkich działań związanych z wydawaniem głosu.
I tu nasuwa się problem. Otóż ja taka dziwna jestem, że średnio wydawać ten głos lubię. I średnio  lubię przedmioty i osoby chętnie ten głos wydające. Z radiem żyjemy w niezłej komitywie, bo można je bez trudu wyłączyć. Z teściem już gorzej, "mute" nie działa.
Do brzucha gadać. Ale o czym, pytam? Nucić? Swoim nuceniem ciszy nie ulepszę. Do noworodka zagadałam, po godzinie stwierdziłam, że wyczerpałam zapas anegdotek na najbliższe tygodnie. No ale, myślę sobie, przemóc się trzeba, nawet jak się nie ma o czym, to może takie ładnie ubrane w dźwięki pustosłowie chociaż, żeby się Stwór zdania składać uczył. Na obczyźnie człowiek żyje, to młode w mniejszym stopniu otoczone językiem, ja Gadzinkę rzeczywiście skrzywdzę. Dobra, książki, piosenki, czasem nawet czytałam mu pamiętnik. Z braku laku co ciekawsze artykuły z "Przekroju".
No i powiedzmy sobie szczerze, moje obawy były zupełnie zbędne. Cisza? Jaka cisza? I jakie kalectwo? Toż to albo nuci pieśni produkcji własnej, albo gaduli, albo wyje, z naciskiem na to ostatnie. Względnie wydaje instrukcję: "Mów, mamo!", której spróbuj się człowieku oprzeć, to punkt trzeci z poprzedniego zdania. 
Przez sen gada i na jawie, ciągle jakies dźwięki wydaje. Całkiem ładną polszczyzną, trzeba dodać w takim troszkę dumnym nawiasie.
Syn mój, o którym można powiedzieć zatem wiele, ale na pewno nie to, że jest oszczędny w słowach, zadziwił mnie ostatnio. Streścił się bardzo mocno i oznajmił, co następuje:
"sikupa".


23 października 2012

Nie czytajcie :-)

sprawiła mi naprawdę ogromną przyjemność, doceniając zdjęcia na Igulcu i Zrzędliwym Matulcu, a także to, że czasem pisuję o tym, jak żyje się na dalekiej, chłodnej wyspie.
Dzięki!

Jednak najwiekszą przyjemnością będzie dla mnie polecenie blogów, które warto odwiedzić. 
Zapraszam zatem do:

  • Mamy Magenisiowej - za cierpliwość, lekkość pióra, a przecież nie pisze o rzeczach łatwych. To trudna historia o tym, jak się nie poddawać, ale też - mam nadzieję, jak przypomnieć sobie, co to marzenia :) 
  • Żyrafy Moniki - bo wystarczy spojrzeć na jakość i sposób prowadzenia wirtualnej rozmowy, by zauważyć, że poszukuje ona spokojnej i pełnej wzajemnego zrozumienia drogi wychowania swych córeczek i dzieli się efektami tych poszukiwań.
  • Hafiji - której pasja pomogła wielu, której bezinteresowność w dzieleniu się zdobywana wiedzą jest czymś, co przywraca wiarę w ludzi. To kobieta walcząca i pomagająca walczyć innym :)
  • Zezuzulli - bo... Czy widzieliście, co ona ZNOWU ZMALOWAŁA?
  • Tatusia - Bajarza - ach, jak on pisze!

21 października 2012

Młody... Geek :)

Czasem włączam film, który dokumentuje prawdę powszechnie znaną. Że "za moich czasów..." i że "dawniej takich dzieci nie robiono". Film obnaża największe zainteresowanie naszego dziecięcia, które dzieli ze swym ojcem. Mając 9 czy 10 miesięcy, włącza on i odblokowuje z precyzją wykluczającą przypadek ipada i zaczyna smyrać palutkiem po ekranie. Sam podpatrzył, by móc bez ograniczeń włączać sobie muzykę taty na tym sprzęcie. 
Zresztą, gdyby nie Tato i jego uwielbienie dla sprzętów elektronicznych, nie mógłby Wieś sadowić swego tyłeczka na nocniku z bajką płynącą ze sprytnie ustawionego na półce telefonu. Nie mógłby przed śniadaniem, dla sportu, pogrążyć się bez reszty w rozbrajaniu starej klawiatury i rozsiewaniu klawiszy na podłodze. Nie umieszczałby sobie wtyczek USB w pępku, kiedy jeszcze o chodzeniu nie było mowy. Nie mógłby, w chwilach najgorszej rozpaczy, być kojony dowolną muzyką z teledyskiem w samochodzie. Nie zakochałby się w swoim ulubionym duecie na wiolonczelę i fortepian i nie zostałby fanem Peppy.
Igi wykazuje zaskakujące zdolności, jeśli chodzi o włączanie i odblokowywanie telefonów w naszym domu. Gdy tylko wydobył się z mroków ery warzywnej i zaczął kumać nieco z tego, co się w jego otoczeniu dzieje i znajduje, chwycił za telefon. No, mniej więcej tak to wyglądało. Nauczył się wspinać na fotel i stolik, by dostać się do swej pierwszej miłości - telefonu stacjonarnego. Jego muzyczne fascynacje biorą początek w uwielbieniu dla melodii z tego właśnie aparatu. Dziecię tulące czule do swego łona telefon to u nas zwyczajny obrazek. Z początku na dźwięk wybieranego numeru panikował lekko, mówił "O - o!" i podawał szybko telefon mnie lub swemu Tacie. Teraz od czasu do czasu znajomi informują nas, że Igi znowu dzwonił. Najwyraźniej sam nauczył się rozłączać.
Mając nieco ponad rok nauczył się mówić "grrra" z takim gulgoczącym "r". Jeśli zbliżał się do ołtarzyka domowego, czyli komputera, albo stwierdzał autorytarnie "grrra, tu!", czyli prosił o włączenie radia, albo naśladował wiolonczelę, prosząc o konkretny utwór, względnie chrumkał. 
Gdyby nie Kwiatowy Tato, ja nadal zapewne chodziłabym z dziesięcioletnią Nokią w kieszeni i byłoby świetnie. Moja Bardziej Włochata Połowa nie mogła jednak znieść mojego dyletanctwa w zakresie elektroniki i wyposażyła mnie w aparat spełniający jej wymagania. (Chwilę to trwało, teraz już znudził mu się mój telefon i pragnie mi go zmienić...)
A propos tego starego telefonu, to gdy dostanie się on w zręczne Ignasiowe łapki, okazuje się, że  technologia sprzed dekady jest czymś, co przerasta nasze dziecko. Palec wędruje po ekranie we wszystkich kierunkach, a telefon się nie odblokowuje. Mogę też z całą pewnością stwierdzić, że moje własne dziecko potrafi używać mojego własnego, tego nowszego, telefonu lepiej niż ja. Najbardziej rozbawił mnie, gdy ze znajomego bloga ściągnął (jak, na niebiosa?!) zdjęcie odkurzacza, po czym (jak, jak, jak?) ustawił mi je jako tapetę :-) Widocznie jeśli wystarczająco uparcie stuka się paluszkiem po ekranie, cuda się zdarzają.
Ostatnio natomiast Kwiatosław, siedzący wtedy u Tatki na kolanach, zapragnął bajki z telefonu. Jako samodzielny i samowystarczalny Mały Człowiek, sam postanowił zrealizować swe pragnienie. Chwilę później mościł się wygodnie z powrotem na ojcowskich kolanach, w dłoni dzierżąc słuchawkę od telefonu stacjonarnego i prosząc zdębiałego Tatę o bajkę o kotkach.
Przy okazji chciałam pozdrowić i przeprosić za rozczarowania osoby, które znalazły się na moim blogu, błądząc po internecie w poszukiwaniu nagich turystek i nagich Romek.

19 października 2012

Deficyt

Oto dziecko radosne. Ze śmiejącymi oczętami i rozdziawionym uśmiechem uwampirzonego Kermita.
Oto dziecko, któremu zza szyby zrobiła zdjęcie (pomińmy jakość) mama, nie tato. To nowość. Gdy ujęcie to próbował zrobić Kwiatowy Ojciec, Kwiat zaskowyczał, wytoczył grubą artylerię w postaci łez krokodylich i zaczął krzyczeć, odstraszając klientelę kawiarni, w której się znajdowaliśmy.
Właśnie dostaję od Ziutka nieco oddechu. Cieszę się i smutno mi jednocześnie. Bo teraz na topie jest Tati. Płacz bo coś poszło nie tak? "Chce pytulić do taty". Tato wychodzi do pracy? Wycie. Jedziemy do przedszkola? Kwadrans wycia, bo bez taty. Jasna sprawa, to najlepszy Tatul ze wszystkich, wiem, bo sama wybierałam. Z radością patrzę na to, jak budują inne relacje, jak zbliżają się do siebie, jak bardzo Wieś potrzebuje teraz drugiego rodzica. Ale dziwnie mi, bo ciśnięcie mnie w kąt odbyło się szybko i bez ostrzeżenia. 
Niewątpliwie, łapię oddech i nieudolnie rozprostowuję pogniecione skrzydła - przydatna rzecz po dwóch latach. 
Niewątpliwie też, Kwiatowemu Tacie nie przypadł najmilszy okres, bunt dwulatka w toku. Więc serio, nie zazdroszczę wyzwania. 

Późnym popołudniem Kwiati ponoć zdenerwował się, bo zamoczył mu się biszkopt. Ważnymi elementami protestu wobec tak jawnej niesprawiedliwości losu było nieukojone wycie, zakończone wymuszonym rzygiem na podłogę w łazience, odmowa spożycia pokarmów i położenie się spać o 19, czyli o godzinę wcześniej niż zwykle. W 99% wypadków jest to oznaka choroby. Ponieważ Kotek podarował mi jeno pół godziny od rana ze swoją uroczą osobą (zaspało mu się), to był cały czas tego dnia, kiedy z nim przebywałam. Niestety, dalsze wydarzenia tego dnia znam jedynie z opowieści, bo po powrocie do domu zastałam dziecię posapujące przez sen, wtulone w poduszkę, z lalkiem Michałem w objęciach.
Ale, ale. Dzieci wyczuwają nastroje rodziców. Widocznie wysłałam jakiś sygnał Synowi, żem smutna. Wielkodusznie wstał bowiem koło piątej, pokłócił się nieco o mleko, wyżłopał pół filiżanki wody, chlapnął w końcu ulubionego drina i rozpoczął dzień. Od opowiedzenia mi (chyba) snu. Z wypowiedzi wywnioskowałam, że były latawce, dużo i w okolicach sufitu przy drzwiach. Latawce latały "rękomi", co Igunio demonstrował mi zapalczywie, machając łapkami jak zdenerwowany koliber. Niewykluczone, że rzecz działa się "w Polsku", wspomniana była też osoba babuni oraz tajemniczy pan, który "ciągał" latawce (to też zostało mi zademonstrowane nie raz). I jeszcze była woda, mokre nogi, brudne i lodowate.
Aż kusi, żeby z sennika skorzystać :-)

Te poranne całusy i przytulasy, okraszone wyznaniami miłości z rytualnym całusem powodują, że żaden dzień, nawet kiepsko zaczęty, nie może być aż taki zły. Zawsze mogę wrócić myślami do tego ciepłego, wtulonego we mnie ciałka i jeszcze raz poczuć siłę płynącą ze słów "Kocham cię, mamo".



17 października 2012

Śpiewać każdy dzidziuś może...

Ostatnio Zdziś rozwija swe śpiewacze talenty. Do piosenek własnej produkcji dołączyły te zasłyszane - wreszcie udało mi się nagrać wykonawcę w trakcie śpiewu, którym akurat umilał sobie długą drogę do domu.
video
Po "tłinku tłinku lilu stal, hał aj" Igi zazwyczaj doznaje lekkiego zacukania, po czym kontynuuje "lilu stal". Słowo, którego szuka, to oczywiście "wonder".

A dla porównania oryginał (w wyjątkowo uroczej wersji, choć nie aż tak słodkiej, jak Iguniowa):

8 października 2012

Kto zostawił nerkę na chodniku?

Po tygodniu słomianego wdowieństwa oddycham z ulgą, bo stan rzeczy wraca powoli do normy. Kwiatowy Tato wyjechał, powrócił i wypełnił ciszę nocną swojskim chrapaniem. Wreszcie mogę narzekać swobodnie na zmęczenie i niewyspanie, bo przynajmniej powód jest racjonalny.
Nawet nie wiedziałam, że moja Bardziej Włochata Połowa ma aż tak wielki wpływ na nasz dom. 
Okazuje się, że mocno z moim kochaniem związana czuje się zmywarka, bo naturalnie zaprotestowała przeciw jego nagłemu zniknięciu, psując się spektakularnie. Piekarnik również zdiagnozowałam wreszcie jako zepsuty, właśnie podczas tego pamiętnego wyjazdu.
Wiesiulek najmocniej przeżył wyjazd Taty. Wył i rozpaczał, co zrozumiałe, choć rozpaczy tej nie było końca, a połączenie zagraniczne tylko zaogniło sytuację, zamiast przynieść ukojenie. Ja nie wiem, czy on sie od kotów uczy okazywania uczuć, czy to jakieś wrodzone, ale zauważyłam, że im bardziej nieszczęśliwy, tym częściej leje pod siebie. (Dobrze, że nie w buty) Więc zacieśniłam sobie więź z pralką. I suszarką. A do składania rzeczy obecnie potrzebuję papierowej torby. 
Gdy w końcu zobaczyli się chłopcy przez internet, szybko pożałowałam tego pomysłu. Igi zaczął bowiem wyć rozpaczliwie, usiłując pocałować i utulić monitor komputera.
Nie będę już wspominać o nocach, bo nieukrywane przez syna naszego emocje dzienne i tak wyłaziły w nocy. Było więc niespokojnie i głośno.
Aż wrócił wreszcie Kwiatowy Tato Marnotrawny. Wprowadził nową jakość w nieład naszego domostwa, wypakowując torbę połowicznie, wypakowane rzeczy rozkładając w losowo wybranych miejscach. Torbę zostawił, jak to on, nonszalancko w przejściu w przedpokoju, obwarował butami i odzieżą wierzchnią. Ukoił Kwiatuszka i zmywarkę, naprawiając ją od niechcenia. Tylko piekarnik nadal szwankuje. Koty, jak to koty... Trudno powiedzieć, czy jego zniknięcie odnotowały, czy nie. Nic o tym nie mówiły, tylko pewnego wieczoru rozpoczęły oficjalnie sezon zimowania myszy. Być może była to swoista próba rozweselenia mnie, powszechnie bowiem wiadomo, jaki mam ubaw, gdy łapię myszy, kiedy Kotka z głupawym wyrazem pyszczka przypatruje się biernie i jakby pobłażliwie temu procederowi. Z kolei po powrocie "Pana" zrobiły sobie na chodniczku w korytarzu mini przyjęcie nocne. Rano po imprezie została tylko mała, samotna nereczka. Czyja i skąd, możemy się tylko domyślać.

A Kwiatek dalej leje pod siebie.


5 października 2012

O dobrych ludziach na naszej drodze


Piękny dzień, z lazurowym niebem i przezroczystym powietrzem był wprost wymarzony na wycieczkę. Do celu, niewielkiej farmy, dotarliśmy około dziesiątej rano, jednak Ignaś zaskoczył nas nieplanowanie wczesną drzemką. W związku z tym Kwiatowy Tato oraz nasz kolega włożyli kurtki, przygotowali aparaty i pobiegli. Wymieniliśmy się z TK telefonami (co okazało się kluczowe w tej dramatycznej historii), wyjęłam książkę i oddałam się lekturze. Oczywiście skupić się było niezwykle ciężko. Wokół przechodziło mnóstwo ludzi, odgłosy rozmów to narastały, to cichły. Kilka samochodów dalej odbywał się mały piknik wprost na trawie, a po chwili przyszli właściciele sąsiedniego auta. Pyk, bagażnik otwarty. Z wnętrza wyłonił się ogromny, japoński termos do kawy, jakich tu pełno. Po chwili zaczęli się schodzić kolejni, roześmiani ludzie. Z bagażnika wydobyto filiżanki, a z przepastnego termosu nalewano parującą kawę. Wszyscy stali, prowadząc żywą rozmowę, przekrzykując się nawzajem, to wybuchając szczerym, bardzo głośnym, zaraźliwym śmiechem. Suzi zakołysała się, bo potężna, rozchichotana kobieta przysiadła na jej masce, posyłając mi porozumiewawczy uśmiech do wnętrza mojego samochodu.

3 października 2012

Jak owce spędzają czas?


Jesienne święto. Radość, ostre, wiejskie powietrze, wspólna praca, śpiew, alkohol. Czas spędzony z rodzinami, przyjaciółmi. Czas wolny od pracy, jeśli réttir (spęd owiec) wypada w piątek. Na tydzień przed akcją chętni jadą konno w góry i przygotowują owce do spędu przez kilka dni, zaganiając je i śpiąc w nieogrzewanych metalowych szałasach. W wybrany dzień kolejni chętni i turyści zjawiają się w osadzie, by pomagać w dzieleniu owiec.
W miejscu spędu znajduje się zagroda, składająca się z dwóch okręgów. Mniejszy w środku jest pusty i tam zaganiane są wszystkie owce na początku. Większy okręg podzielony jest na "kawałki tortu", czyli zagrody należące do różnych farmerów. Z mniejszego okręgu prowadzą furtki do każdego kawałka tortu.
Każda owca jest oznaczona, należy przetransportować puszystą ślicznotkę do odpowiedniej zagrody, trzymając najlepiej oburącz za rogi. Wygląda to brutalnie. Owce skaczą, wyrywają się, meczą głośno (tak, tutejsze nie beczą).
Po wszystkim, a praca wbrew pozorom przebiega szybko i sprawnie, ludzie zbierają się wewnątrz okręgu. Zaczynają się śpiewy, a od samego wdychania powietrza można się upić.
W spędzie biorą udział wszyscy, niezależnie od płci i wieku. Liczy się przede wszystkim świetna zabawa.

2 października 2012

Kwiat z fajką w zębach, czyli... Z myślą o Dziadkach - update cz. 2

Żarty i ulubione ostatnio zabawy:
- żółwik, czyli Ignaś z poduszką lub czymkolwiek, nawet książką lub telefonem na grzbieciku, to radosny, rozchichotany żółw. Choć wyglądem bardziej zbliżony do mikroskopijnego i gładkolicego dzwonnika z Notre-Damme. rekord to pół dnia z jaśkiem za koszulką, przy czym Tacie Kwiatowemu też nie było wolno wyjmować poduszki.
- "Mamo rysowaj!" to zabawa polegająca na tym, że Igi wyraża chęć rysowania, otacza sie swoją księgą do rysunków oraz baterią kredek, czasem nawet nieco pogryzmoli, po czym przytoczonym uprzednio rozkazem wymaga rysowania tego, co mu sie podoba. Zjeżdżalni, domu, kota huśtawki itd.
- "Mamo/Tato biegaj do dzidziusia" - na to hasło Igiego należy gonić oraz pozwalać sobie na bycie gonionym. Zabawa generująca gulgotki, chichotki, piski, wrzaski i zadyszkę u inicjatora.
- zabawy łóżkowe :-) to wszelkiego rodzaju brutalne wyczyny, w których mistrzem jest Tato Kwiatowy: rzucanie Wiechem o stertę poduszek i kołder, rzucanie o materac, fikołki i inne harce, z boku bardzo hard core
- jedną z najuprzejmiejszych zabaw, jakie mamy w domu, to rzucanie się poduszkami. Z inicjatywy Igiego zasady są proste. Osoba rzucająca poduszką w drugą wypowiada grzeczne "proszę", a ta, która poduszką dostaje, powinna powiedzieć równie uprzejmie "dziękuję"

1 października 2012

Z myślą o dziadkach - update (23m i 3t) cz.1

Stan Stworka na dziś (23 miesiące):

  • wymiarowo - niby przybiera na wadze (po co jeść?) choć osoby postronne twierdzą, że rośnie :-) Zmieniam zeznania: od trzech dni Igi zjada podczas posiłku porcję swoją i poprawia moją. Czasem bywam głodna, bo dotąd było odwrotnie.
  • komunikacyjnie:

- TAK! Oł jes! Mamy tak, używane stanowczo, z sensem - wreszcie! "Igi, chcesz mleka i spać?" "Tak." I idzie spać! Moje podniecenie sięga zenitu :-)
- "tatuka" jako ciężarówka i "guga" jako rower nadal w słowniku (słowa własnej roboty), choc ciężarówka bywa ostatnio zastepowana przez "cidziówkę", bardzo bawi mnie "wózek widiwody", czyli widłowy
- kolejne słowotwórcze DIY to "glono", poźniej "wiglono" - winogrono, "bananas" - to ananas, a "poni" to spodnie, "katula" - klawiatura, oraz "kontat", czyli kocentrat pomidorowy 

30 września 2012

Jesień...

W zasadzie mówi się, że jesieni tu nie ma. Jest szybki skok wprost z lata w zimę. Ale jednak jakaś forma przejściowa jest. zażółciło się na drzewach i krzaczorach, niżej jest też czerwono i fioletowo, pomarańczowo, łososiowo. A wyżej, nad głowami, nocami - zielono, faluje, lśni, czaruje...

Podobno nie ma to jak oglądać zorzę z dala od cywilizacji, z głową na mchu. Ponoć zorza nie tylko wygląda, ale jeszcze brzmi. Nie słyszałam jeszcze, więc powtarzam jedynie za wiedzącymi więcej. Dźwięk jest ponoć chrupiąco - chrzęszczący.

28 września 2012

Menszczyzna w pracy

Gdy Menszczyzna zaczyna zauważać kątem oka pietrzące się gary w okolicach zlewu i zmywarki, rejestruje wzrastającą entropię otoczenia bliższego i dalszego oraz ruchy krzątające u swej drugiej połowy, bez namysłu czyni co następuje.

W ramach przygotowań wydaje zbolały jęk, że tyle jest do zrobienia. Następnie usuwa się dyskretnie w głąb swej świadomości. Stopniowo wytraca połączenie z rzeczywistością, co ukoronowane zostaje podłączeniem tejże świadomości do tak zwanej sieci.

Zanim to nastapi, należy przygotować swoje miejsce pracy. Menszczyzna umieszcza precyzyjnie i delikatnie laptopa na stole, rozsuwając sterty prania do poskładania i przesuwając ostrożnie brudne naczynia po kolacji. Laptop otwarty i gotowy. Jeszcze dwa dodatkowe ruchy i... Komputer stacjonarny rozbrzmiewa dźwiękami tłuczonego ostatnio serialu, coby się Menszczyźnie nie nudziło. Przemyślana lokalizacja sprzętu i krzesła pozwala bez nadwerężania kręgosłupa szyjnego być świadkiem tego, co dzieje się na obu ekranach. Aby nie wysilać się i dostarczyć sobie połączenia z dalszym światem zewnętrznym, przydaje się też smartfon w wolnej ręce. Wtedy można być na bieżąco z ploteczkami na fejsie, skoczyć na czat ze znajomym (pewnie też w pracy) albo sprawdzić czule, co tam u jego kochanych zdjęć. Oczywiście, cel dla postronnych jest prosty: nie można wszak odrywać się bezsensownie od pracy, by odczytać Bardzo Ważnego Mejla lub - o ile ktoś jeszcze korzysta z takiego przeżytku - smsa.

Ktoś kiedyś wspominał, że ten gatunek nie ma podzielnej uwagi?

27 września 2012

Macierzyństwo bez lukru


Dostało mi się za wyśmiewanie i zrzędzenie. I dobrze mi tak :-)

Napisałam co nieco na tym, naprawdę wartym podglądania blogu: czytam dzieciom i sobie też podniecona wizją wygrania ciekawej książki.
Udało się!
Właściwie ubrałam tylko w słowa naszą codzienność. To Igi wygrał tę książkę, bo to dzięki niemu parskamy nieustannie śmiechem. Niektóre historie są już czytelnikom znane, inne nie.
Temat: opis jakiegoś zdarzenia przedstawiony w konwencji marudząco - zrzędzącej. Od razu poczułam sie jak ryba w wodzie. Nie rozdrabniałam się i z grubej rury opisałam nie jedną, a kilka scenek, w moim odczuciu zabawnych. Oto moje "dzieło":
  • Moje dziecię, mając mniej niż półtora roku, mówiło doskonale i wyraźnie "kujde".
  • Długo uczyłam Ignasia, że plucie pod siebie jest niedopuszczalne i chcę, żeby pluł w dłoń lub na talerz. W końcu przyszedł czas na sprawdzian. Znajomi gościli nas zupą. Młody dostał do spróbowania, zupa nie przyjęła się. Pamiętając o mojej prośbie, Igi wypluł zupę. Do talerza. Pana domu...
  • Mam bardzo dobrze wychowane dziecko. Gdy podaję mu papierek z prośbą o wyrzucenie, słyszę uprzejme "dziękuję bajdzo".
  • Wersal domowy nie kończy się na tym. Najczęściej przepraszane za przepychanie się są w naszym domu drzwi, fotele, kable oraz rowerek.
  • Pierwszą osobą, która usłyszała od Igiego "kocham cię" był... kot babci, raz usłyszałam to ja [stan rzeczy w momencie pisania], potem nasz kot i ulubiony pluszowy kaczorek. Ignasiowy Tato po tygodniach oczekiwań nie wytrzymał, poprosił Młodego, by powiedział "kocham cie, tato". A Igi, patrząc mu czule w oczy, posłusznie powiedział "kocham cię, Kotku Główny". Mimo wszystko chyba lepiej tak, niż gdyby miał powiedzieć "kocham cię, kaczorku"...
  • Jak kończy się podawanie dziecku smacznego lekarstwa? Mój syn potrafi równie głośno wyć o czekoladę, jak o syrop przeciwgorączkowy.
  • Całusy w naszym domu najczęściej dostaje kot. Ostatnio Igi w ekstazie ucałował kota w tę część nogi, która straciła już swoją dumną nazwę. Nie był to zresztą pierwszy raz... W związku z tym "Uwaga na odbyt!" to dość częsty w naszym domu, skrótwy komunikat awaryjny.
  • W końcu oduczyłam własne dziecko wyjadania kocich chrupek. Któregoś dnia Igi, który zazwyczaj gardzi jogurtem, dobrał sie do kociego. Pół biedy, gdyby to był świeży jogurt. Zjedzenie takiego to i tak lepsze, niż cmoknięcie kota w odbyt. Ale to był zapomniany, kilkudniowy jogurt, z grubą zachniętą skorupą i dodatkową warstwą kociej sierści.
  • Przykłady mogłabym mnożyć w nieskończoność. Zawsze coś ciekawego dzieje się, gdy siedzę za długo z nosem w komputerze. Dzis odłączyłam się chwilowo od rzeczywistości, kątem świadomości odnotowywałam tylko jakąś mantrę, odśpiewywaną przez Igiego. Okazało się, że krótka chwila nieuwagi wystarczy, by zapakować kanapkę z masłem do kabiny zabawkowego pick-up'a i zacząć śpiewać piosenkę własnej produkcji pt. "Chebek jechała autem".
Jeśli tak zabawnie jest w 21 miesiącu życia Ignasia, to nie mogę doczekać się dalszego ciągu :-)
W tej chwili nie mogę doczekać się chichotania podczas lektury wygranej książki. Powinna przyjść do mnie lada dzień pocztą. Juhu i mini fala! :-)

23 września 2012

Co śmierdzi?

Proszę Państwa, coś śmierdzi. Czasem wyraźniej, czasem ledwo zauważalnie. Natężenie smrodku zależy też od predyspozycji wąchającego. Kwiatowy Tato, z natury przygłuchy na nos, raczej nie wyczuwa niczego, ja przeciwnie.
Poszukiwania źródła smrodku trwają nieprzerwanie od dość dawna. 
Dotąd odnalazłam:

  • kocie chrupki systematycznie topione w wodzie w kociej konewce. Bardzo aromatyczny i toksyczny ładunek. Z trudem usunięto.
  • dwie śliwki załadowane do przyczepy drewnianego tira. Wysypały się zeń, gdy sprzątałam. W pierwszej chwili myślałam, że same udadzą się do śmietnika. Sekcja wykazała, iż musiały tam leżeć około dwóch tygodni. Owoce wyeksmitowano w trybie natychmiastowym.
  • mocno spocony plasterek sera z dawnych czasów w ikełowkim pojemniczku do czynienia lodów. Serek zaczął już wytwarzać sobie odnóża w kolorze zielonym. Odnaleziony w stadium scalania z pojemniczkiem. Lepki plaster odłączono siłą od pojemniczka, który poddany został sterylizacji.
Smrodek nadal jest, a na pytania na temat jego źródła Igi robi minę bądź zagadkową, bądź taką, jak na zdjęciu...


10 września 2012

Wiejskie rozrywki

W dzisiejszym odcinku będzie między innymi o tym...
  • Ile wytrzyma traktor, taki, powiedzmy, niepozorny Zetor?
  • Czy na słynącej z zimna Wyspie można biegać na golasa i chodzić boso?
  • Czy w rzekach kąpią się tu tylko morsy i ludzie niespełna rozumu?
  • Czy zawsze zamieszczam za dużo zdjęć?

8 września 2012

Uczelnia

Dzień I
Igi radośnie idzie "bawić się z dziećmi", ale pozytywne emocje opadają już w przedszkolu. Spotykam koleżankę ze studiów i jednocześnie mamę dziewczynki, która nie tylko była razem z Igim u naszej Niani-Wyspiarki. Malutka była również przez me dziecię wyraźnie adorowana, całowana oraz (hihi) karmiona. Gdy odchodzę podyskutować z Ważną Panią w naszej grupie, Igi zaczyna wyć. Miły Przedszkolanek (no bo jak? Pan przedszkolanka?!) koi empatycznie Ignasiowe rozterki. Wynik mierzony w czasie ma lepszy niż ja (choć piersi nie ma, więc myślałam, że wygram w sposobie kojenia rozterek...).  Ważna Pani w grupie mówi łagodnie, spokojnie, w tubylczym narzeczu (za moją zgodą). Wychodzę uspokojona miłym tembrem głosu oraz wewnętrznym przekonaniem, że skoro zakumałam całą rozmowę, mogę przenosić góry na Wyspie :) oraz ucieszona tym, że Igi będzie powierzony opiece tej osoby.

W moje objęcia wprost z objęć Miłego Przedszkolanka wpada lekko zasmarkane dziecię i dysponuje powrót do domu. Right now, mamoooo...

Igi polubił rodzynki. Rodzynki daje się tu dzieciom przedszkolnym jako słodycze. Przyjął. I one się przyjęły, bo nie wypluł. Po wyjściu zrobił mi małą awanturkę, że nie mam zapasu rodzynkowego w aucie.
Dzieci na Uczelni nie są przypisane do swej małej grupki i zawiadującego nią nauczyciela. Same wybierają sobie spośród wychowawców tego ulubionego, z którym czują się najbezpieczniej i po prostu z nim są.

3:0 dla Uczelni

Dzień II
Na wieść o pójściu do dzieci Igi reaguje pozytywnie. W przedszkolu nie jest źle, ale Igi nie oddala się ode mnie na więcej niż metr. Zagaduje do dzieci i wychowawców, prosi o rodzynki. Tymi rodzynkami chyba przedszkole ujęło go najbardziej. Nawet jego francuska narzeczona wzbudza mniej zainetresowania, niż ta słodka przekąska. Po godzinie Igunio zostaje na Uczelni beze mnie, jadę pozałatwiać istotne sprawy. Żegna mnie straszliwe wycie Kwiatka.
Wita - uśmiechnięty Zdzisinek z krokodylą łzą na brązowym policzku, usadowiony wygodnie na rękach u jednej z nauczycielek.

6 września 2012

Kapelutek



A KUKU! Czyli jedyne zdjęcie z oczętami - kapelutek, jak widać, pod kolor :-)
Chciałam podziękować, także w imieniu Ignasia, za ten prześliczny kapelutek. Nadal na samą myśl o tej przemiłej niespodziance mam gęsią skórkę i nie mogę przestać się uśmiechać! 
Szydełkowe dzieło Ambiguity przybyło do nas niedawno pocztą. Igi lubi nowości, chyba nie kuma jeszcze koncepcji "prezentu", ale uroczy kapelutek od razu przypadł mu do gustu. Oczywiście od razu został założony, a zdejmowany był tylko dla tych fantazyjnych guziczków. Towarzyszył też Ignasiowi w przedszkolu, i to także w sali (dziecię wrzaskiem zaprotestowało przy próbie zdjęcia nakrycia głowy).
Guziczki to strzał w dziesiątkę. Mamy zatem autko, statek - bo Igi złości się, gdy mówię, że to żaglówka - i najulubieńszy "kamperek". Były próby ich oderwania, na szczęście nie zakończyły się powodzeniem. 
O "kampreka" rozpętała się nawet mała, łzawa awanturka ("Mamo daaaaaaj kampreka tu!"), ale problem został rozwiązany propozycją oglądania skarbów kapelutkowych. 
Guziczki ewentualnie możesz pstryknąć...

4 września 2012

Lalek Michał - czołem kolego!

Lalek dotarł do nas pewnego dnia podczas wakacyjnych rozkoszy. Marzyliśmy już o powrocie w domowe pielesze, żeby odpocząć. A tu ta niespodzianka. Zdecydowana osłoda urlopowych trudów i mąk!

Przybył, zauroczył nawet sceptyków, ale Ignasia Michałowe entrée w paczce pocztowej całkowicie wyprowadziło z dzidziusiowej równowagi. Na szczęście na osłodę lalek miał skarb w plecaku, więc Igi jakoś pojawienie się intruza przełknął. Kilka dobrych dni to trwało, gdy chłopcy się przepychali, a raczej Michał biernie poddawał się przepychankom, ciosom i poszturchiwaniom.
Co przysiadł gdzieś, to natychmiast materializował się tam Igi, brutalnie usuwał lalka i umiejscawiał się tam sam. Bronił zawzięcie swego terytorium, obejmujące siedziska wszelkie i bliskie osoby. Michał mile był widziany jedynie zaraz po zrzuceniu  - na podłodze. Gdy sadzałam go na niej po upadku, by było mu wygodniej, opartego o nogę stołu, to już, już był tam Igunio i przewracał Michałka na jego lalkową twarz. Michał za pojawienie się w tak bezczelny sposób był karany odmową karmienia go, złością i samymi zakazami ze strony Ignasia.
Z upływem czasu sytuacja traciła na intensywności. Michał czasami był oprowadzany po jakimś obiekcie, albo coś było mu pokazywane. Bywało, że dostawały mu się jakieś ochłapy z dzidziusiowego stołu. Czasami nawet zdarzało mu się dostąpić zaszczytu poczytania jakiejś książki lub posłuchania piosenki. 
Z czasem robiło się coraz lepiej. Igi zaczął go bowiem traktować jako małą upośledzoną istotę, która jeszcze niczego w swym krótkim życiu nie zaznała. Godził się na podzielenie się z biedakiem swoją życiową, półtoraroczną mądrością. Przewiózł Michałka ukochanymi "tambajkiem" i "autobusiem". Zaakceptował Michała w wózku, okazjonalnie tylko wyrzucając go zeń w przypływie złości. Zgadzał się na wspólne czytanie książek. Pokazał plażę, piach i polskie morze. Pokazał, jak się myje zęby i zakłada piżamę. Jak się schodzi ze schodów. Co więcej, trzymając za rękę tę upośledzoną i budzącą czasem odrazę istotę, zszedł pierwszy raz sam przodem po schodach. Całkowicie bez trzymanki, jeśli nie liczyć Michała. Najwyraźniej wątła łapka lalka trzymała Igunia bardzo pewnie podczas wędrówki po wysokich, kamienicznych schodach. Wspólne spanie niemal dopełniło obrazu powstającej komitywy.
A potem poważna synowska inicjatywa. Chlapnęli sobie bruderszafta ulubionego napoju Ignasia wprost z dystrybutora i sytuacja ociepliła się znacznie. Michał ostatecznie został zaakceptowany, co Igi pokazał, dopuszczając go do mlekopoju. Dotąd się to nie zdarzyło. Czułam się co najmniej dziwacznie, ale starałam się nie dać po sobie poznać.
Portret z paproszkiem

Od tej pory koegzystują sobie obok siebie - nie razem, ale są zawsze niedaleko i obaj o tym wiedzą. W razie nagłego Iguniowego przypływu sympatii do Michałka, ten ostatni bywa taszczony, wożony na rowerku, karmiony, rozbierany i ubierany, myte są jego wyimaginowane zęby, zezwala mu się na użycie Błękitnego Tronu. 
Tulo-duszenie

Michał to taka miła postać. Śliczny jest i wykonany po mistrzowsku. Uwadze Igiego nie umknęło nawet to, że ma oczy "jak niebo" (cytat z syna). Fascynują go czerwone lalkowe trampeczki, tak podobne do jego własnych. Michał nawet gacioszki ma, a sweterek taki, że sama bym taki chciała, tylko w większej wersji. Lalek jest bardzo sympatyczny, to idealny kompan zabaw i wypraw wszelakich. Wytrzymałość sprawdzona. Jako że Michał został zaakceptowany, jest traktowany z pełną brutalnej miłości atencją - tą samą, która każe Kotu Głównemu wydawać zduszone jęki i salwować się ucieczką. Kurz po szarganiu da się usunąć z twarzyczki ściereczką. Gdyby zbladły rumieńczyki, można je podkolorować, bo utalentowana autorka dołączyła nam do Michałka certyfikat i mały make-up kit, czyli wosk do lalczynej buzi. 

Cieszymy się, że Michałek jest u nas!

Michał w obiektywie prezentuje się tak:
(tylko zapomniał na swoją sesję plecaka ze skarbem)
Masz jakiś problem?

Od razu widać, jakiej płci był fotograf, bo nie poprawił modelowi swetra... :-)
Rugby Michałek :-)
Jak widać, Michałowi należy już umyć buzię...