19 stycznia 2013

Z krainy chichów

Co robi nagi mężczyzna? Konkretnie, co robi nagi mężczyzna w wersji mini, wyłuskawszy się właśnie z ręcznika kąpielowego? Nie zawsze biegnie do macierzy swej, by pozwolić się ubrać w piżamkę w kotki. Czasem ma inne, mniej przyziemne plany... Mężczyzna w negliżu, plaskając stópkami, bieży w sobie znanym kierunku. Osiąga cel. Przysiada i... zaczyna dziergać.
- Co robisz Igi?
- Swetel na dlutach dla Lodliga*.
No i wszystko jasne. W ten prosty sposób straciłam początek robótki, ale zyskałam szczęśliwego Igunia, przekonanego, że umie robić na drutach ;-)

*What are you doing Igi?
A sweatel fol Lodligo.

Nasz przyjaciel, Rodrigo, to prawdziwy mistrz, jeśli chodzi o druty i szydełko! Nic dziwnego, że Igi jest zafascynowany nim i jego pasją :-) Blog Rodriga

17 stycznia 2013

Kontrowersyjny post letni, upstrzony zdjęciami

Pewnego letniego weekendu (co, że czapka, bluza i kurtka i niby nie widać, że lato? Niedowiarków zapewniam, że kalendarzowo była ta pora roku) postanowiliśmy wybrać się do drugiej co do wielkości metropolii na Wyspie. 
Jak powszechnie wiadomo, Igulinda jest wymarzonym towarzyszem podróży. Trudno powiedzieć, czy wynika to z cech osobniczych, czy z przyzwyczajeń - jeszcze za czasów warzywnych Igunio zapakowany kompaktowo w chustę spędzał całe dnie poza domem, blisko mnie lub swego Taty (Babu i Dziadek, o ile obecni, też brali w tym procederze czynny udział). Niezależnie od wieku wystarczyło wsadzić Kwiatuszka do samochodu i wywieźć w dal i dzicz lub do muzeum, czy restauracji, by spowodować jego rosnące zadowolenie. Zmieniające się otoczenie, nowi ludzie i nietypowa rutyna wpływały na niego kojąco.
Stąd też pomysł przemieszczenia sie o 400km na północ wydał się bardzo kuszący. Nocleg w namiocie w międzyczasie także nie odstraszał. Jedyne, co mnie nieco zastanawiało, to "co by było, gdyby" odpieluchowanemu Iguniowi zdarzyła się wpadka w śpiworze. Ale postanowilismy, że takie drobiazgi nie będą stały na przeszkodzie nowych doświadczeń i niesamowitych atrakcji.
To Igul sierpniowy, tradycyjnie nieczysty na obliczu:
Igul, który okazał się spać w namiocie równie mocno, jak we własnym łóżku. Który dostał pieluchę (jechali z nami znajomi z małym synkiem, którzy nas poratowali w tej sytuacji) i używał jej przez cały wyjazd. 
Namiotowanie na naszej chłodnej Wyspie kojarzy sie ze sportem ekstremalnym, ale byliśmy na nie dobrze przygotowani od ostatniego incydentu, kiedy to w środku lata poczuliśmy na własnej skórze, jak to jest spać w temperaturze lekko ujemnej. Tym razem było co prawda powyżej zera, ale nadal chłodno. Nie narzekaliśmy jednak, a Igi tym bardziej.
Dodam jeszcze, że Wieś tak się przejął naszą prośbą o informowaniu o siusiu, że udało mu się obsikać blisko pół Wyspy. Co kilkanaście minut prosił o postój, po czym zraszał podłoże dzięki naszemu nocnikowi turystycznemu. Rewelka, choć w pewnym momencie postoje, wypakowywanie dziecięcia i wystawianie nocnika stało się po prostu męczące. 
A to nasz cel, Duże Miasto. Największe Miasto plus miasteczka satelickie około 200 000 mieszkańców. Drugie co do wielkości też jest ogromne - 15 tysięcy duszyczek. Oto i ono:
Na Wyspie nie może zabraknąć wełnianego akcentu w najmniej spodziewanym miejscu, na przykład na latarni ulicznej.

14 stycznia 2013

Z krainy chichów

Czyli: Jak skutecznie opóźnić usypianie potomka?
1. Usypianie tradycyjne (w płynie plus bliskość i senna muza), zakończone umieszczeniem śniętego Kwiatka na łóżku
2. Skrzek, wrzask, kopanie - czasami zdarza się jako następstwo wybudzenia przy przekładaniu
3. Groźba utraty palca (podczas sprawdzania domniemanego wysypu piątek, gdyż dzieć wrzeszczy z palcem w paszczy)
4. Duża ekspresja skutkująca wizytą Taty ze szklanką wody (sądzę, że połowa wsi słyszała "Pyyytulić cę! Mleeeka cę! Wody cę!")
5. Bul, bul, bul
6. Decyzja o zaśnięciu w trójkę (choooć do nas mamo)
7. Trochę wyznań rodzcielskich (kocham cię z obu stron), odpowiedzi (kooochamcię) pytań (TK - a kogo, mamę czy tatę?) i odpowiedzi (mamę i kropelkę) (???)
8. sen w 5 sekund, objawiający się zwiotczeniem i posapywaniem
9. A potem dialog:
 - Śpi? - pytam, bo nie widzę, choć to co słyszę, wypada obiecująco.
- Śpi, ale jeszcze się upewnię - mówi Dumny Tato, po czym zwraca się do posapującego Dziedzica - Ipad, ipad. Chesz się pobawić ajpadem? Śpi, sama widzisz. O, szlag, otworzył oczy. Nie mam ajpada, pobawisz się jutro, teraz już śpij.
Ale Igi nie zasnął natychmiast, odczekał, aż minie mi atak rechotu rozdziawionego Kermita.

13 stycznia 2013

Kocia wysypka

Ostatecznie okazało się, że nasza kotka (pierwotnie zwana Kotem Pobocznym, ale szerzej o tym tu) nie jest wcale taka odpychająca. Dowód jest, a w zasadzie cztery. Są rozkoszne i rezydują w kartonie wysłanym kocykiem. I drą pyszczki, stąd pomysł zatytułowania posta "Kociokwik".
Kotka kilka miesięcy bez tablet nie zachodziła w ciążę, więc zastanawialiśmy się, czy jest aż tak nieatrakcyjna, waleczna, czy też może w okolicy brak jajecznych kocurów. W końcu znalazł się śmiałek, dzięki któremu pod choinką pojawiło się spore stadko uroczych bydlątek.
Igul wiedział, że Kotka wysypie się wkrótce, więc zwracaliśmy jeszcze większą uwagę, by nie był dla niej okrutny, tłumacząc, że ma w brzuchu kotki. 
Teraz Igi zapytany, co ma w brzuchu (nieważne, czy po obiedzie, czy przed defekacją), odpowiada, że kotki. Oczywiście.
Po powrocie z wypadu świątecznego zastaliśmy zatem gromadkę ciumkającą głośno mleko i radosną, chwalącą się zawartością kartonu kocicę. Ignaś wprowadził się natychmiast w stan absolutnego uniesienia, wyznał kociętom miłość, ucałował jednego szkraba, którego dostał na kolana, a następnie w ekstazie próbował sam wejść do kociego gniazda i umościć się w nim wśród ukochanych przyjaciół. Rozmiar pudełka na to nie pozwalał, więc kotka nie przeżyła szoku. W każdym razie nie z samego początku.
Bo jak wiadomo, co się odwlecze, to nie uciecze, i Igi nie raz zwijał się w kłębek na kocim posłaniu. Ale to już po etapie negacji występowania kociąt i po etapie lekkiej złości na występowanie kociąt.
Koty zaczęły właśnie trzeci tydzień swej egzystencji, eksplorują żwawo otoczenie na wygiętych łapkach, piszcząc niemiłosiernie - najwyraźniej nieustającym kwikiem informują swą mikroskopijną mamę, jaka jest ich aktualna pozycja na podłodze. Kotka terkocze, ćwierka, pomrukuje i wydaje cały szereg trudnych do sklasyfikowania dźwięków, przez co nasz dom jest zupełnie zdominowany przez koty i ich odgłosy.
Igi zajmuje się lokowaniem małych puchatków w coraz to nowych miejscach - a to sadza je sobie na kolanach, a to pozbywa się ich, bo "ostre" (rzeczywiście, koty mają jeszcze włączoną funkcję rzepa i przyszpilają się do obojętnie jakiego podłoża doskonale), wynosi z kartonu, wkłada z powrotem. Względnie - i to jest zdecydownaie ulubione zajęcie - nad poruszającym się niezdarnie kotem chodzi sam w pozycji pieska, na czterech kończynach i zaśmiewając się do rozpuku. No i teraz nie tylko lalek Michał jest karmiony przez rzeczonego piersią. Bo i koty dostąpiły tego zaszczytu. Obłędny widok :-) 
Obecność całej gromady kotów jest niezwykle pouczająca.
Igi ćwiczy empatię (nie odrywamy kota od matczynej piersi, sam byś tego nie lubił, czyż nie?), delikatność (nie rozczłonkowujemy kota, bo to bywa katastrofalne w skutkach), ostrożność (teraz niewielkie koty są wszędzie i trzeba się mocno starać, by ich nie rozdepnąć), cierpliwość (coby móc poczekać, aż mini kot skończy posiłek lub się obudzi). Dziś dowiedział się, że kota można trwale uszkodzić przez uduszenie (chwycił malca niefortunnie za szyję, aż kotkowi gałki oczne nieco się powiększyły, więc mieliśmy pogadankę).
Jako że kociątka są jeszcze zupełnie bezproblemowe, czekamy na dalszy rozwój wydarzeń :-)

Na zdjęciach brak tylko Kociego Wujka, który przeżywa lekkie załamanie nerwowe związane z zachwianiem pozycji i nagłym pojawieniem się gromady kumulującej uwagę wszystkich.

szpileczki



Imię robocze - Mleczak. Szokuje umaszczeniem.

Mała dziwaczka z rudym diamencikiem na czole

Czyszczenie, czyli rodzina w komplecie

Igi i jego aparat




12 stycznia 2013

Z krainy chichów

Igi siedzi u Taty na kolanach.
Igi (informacyjnie): O, bączek.
Tato (lekko sarkastycznie): Dziękuję!
Igi: Ależ proszę.

9 stycznia 2013

Czy jest tu ktos z Krakowa?

Szafing będzie! 
10 stycznia w krakowskiej Kuźni - czyli świetna 
inicjatywa wymiankowa
bardzo praktyczna i ekologiczna.
Odsyłam do linka: SZAFING

6 stycznia 2013

Oblizać choinkę

Igi padł, nakarmiwszy swą piersią lalka Michałka, ukojony do snu wystrzałami fajerwerków, zatem mogę przystąpić do realizacji planu.
To dziś będzie o przysysaniu się do choinki.
Złamałam swoją naczelną zasadę (wigilia w domu!) i przyjęłam zaproszenie na Święta. Ale choinka musiała być. I nie plastikowa, ale prawdziwa, bo religia zabrania mi używania choinek syntetycznych. Musi być duża, żywa, mocno pachnąca, tuż przed Świętami, a na koniec musi posypać się spektakularnie. Swoją drogą, jest ktoś, kto nie lubi choinek? TK mówi, że on należy do tej grupy. Nie rozumiem tego i stwierdzam, że nie ufam przeciwnikom choinek.
Przyparłam więc moją Bardziej Włochatą I Oficjalnie Przyznającą Się Do Niechęci Do Iglastych Drzewek Połowę do przytaszczenia iglaka, i to na kilka dni przed wigilią. Unieszczęśliwiłam go, czyniąc odpowiedzialnym za lampki. Które tradycyjnie się nie zapaliły, więc mełł biedak przekleństwa pod nosem, zmieniając żarówki - wiadomo, głośno nie wypada, progenitura ma włączoną funkcję nagrywania i odtwarzania... A potem przejęłam obowiązki. Widział ktos Monikę z "Przyjaciół" w przedświątecznej, choinkowej akcji? To o mnie jest :-) Igul burzył mi kompozycję na gałązkach, bo co ja powiesiłam, to on zdejmował i mknął ze zdobyczą jak najdalej. Na domiar złego piekarnik padł, więc pierników na choince nie powiesiłam, ale cukierki na nitkach - tak. Wśród niziołków zapanowało podniecenie. Koty poczęły pykanie łapkami dydnających przedmiotów, Igi zapragnął skonsumować wszystkie cukierki. Natychmiast.
Komitet rodzicielski w naprędce stworzył prawo mówiące o tym, że najmniejsi mieszkańcy naszego domostwa mogą zjeść wspólnie z innym domownikiem jedną czekoladkę dziennie. Samowolka zabroniona. Koty prawo olały, Igi był lekko zmieszany i niemal wył do cukierków. Chyba sytuacja go przerosła, bo zazwyczaj nawet gdy czekolada jest w zasięgu jego ręki, to wrzuca na luz i nie konsumuje jej bez superwizji i przyzwolenia.
I wariował, kuszony przez jadalne ozdoby, choinka pachniała, brokat z bombek zalegał we wszystkich kątach, pokrywając kocie kłaki świątecznym akcentem, a kotka przetaczała się po mieszkaniu, niczym ruda kolubrynka. Sielanka i sama słodycz, prawda?

Odkąd w domu pojawiła się choinka, nieważne było, kiedy się człowiek rozejrzał. Zastany obrazek był najczęściej ten sam: Igi krzątający się, zaaferowany jak kura przed zniesieniem jajka, w okolicach choinki, informujący, że chce "oglądać cukier", po czym "oglądający" cukierki łapkami - rozchylający papierki i skrobiący "cukier" pozurkiem, a później wysysający czekoladę z zabrudzonych paluszków. Gdybyśmy nie przypominali o umowie, następnym krokiem byłoby pewnie lizanie cukierków wprost na choince... Ach! Była jeszcze opcja inna, a mianowicie Igi zajmuje się czymś, po czym przypomina sobie o dobrach choinkowych, puszcza się kurcgalopkiem do drzewka (w jego mniemaniu pewnie szybciej od światła, niezauważalnie), zrywa cukierek i śmiga z nim w dal. Pomny umowy, nie zżera zdobyczy, tylko gmera palutkiem pod papierkiem, po długich debatach (bo on prziecież tylko "ogląda"!) odwiesza go z powrotem na choinkę. Następnie wyżywa się, ciskając bombką o podłogę.

Ale nie od dziś ma się koty. Tym samym dziękujemy komuś z kraju Astrid, że pomyślał, że w jego sklepie będą dostępne bombki przyjazne dla hodujących dzieci i podwładnych kotów.

3 stycznia 2013

Wracamy!

Czas wskrzesić trupa bloga (nowy rok, a jak smacznie zaczynam, prawda?) i powrócić do grafomańskich zwyczajów zanudzania szerszej publiczności tym, czym Igi aktualnie jest zafascynowany, a my razem z nim.

Będzie o przysysaniu się do choinki, modzie i urodzie w wersji mini chłopczyk oraz o tym, co babka może zrobić z młodym człowiekiem. O nadmiarze cukru i prawdziwej męskiej przyjaźni. Będzie o prezentach, inwazji krokodyli na pewnej małej wysepce oraz o cudownym rozmnożeniu kotów, w tym takiego o odcieniu wpadającym w fiolet. Będzie o "Egzorcyście" w wydaniu domowym, a także o fenomenie spania, czyli jak obudzić dziecko kliknięciem w spację, gdy nawet detonacje dwa metry dalej nie zakłócają jego snu. Będzie tutorial, jak nakarmić lalkę męską piersią i nieco o fryzie, czyli jak oszpecić własne dziecko.

A może i nie będzie... Zobaczymy, jaka jestem dobra we wskrzeszaniu trupów :-)

Szczęśliwego Nowego Roku i szybkiego pożegnania ze świątecznym sadełkiem!

14 grudnia 2012

Standardy vol 2, czyli Ignacy kontra stringi

Mnożą się - nadal - w zastarszającym tempie. Zapraszam zatem na drugą odsłonę "Standardów" Igulindy.

Ubraniowe:
  • Najważniejszy wymóg dotyczy bielizny. Majtki i body nie mogą zwisać, ale najgorsze co się może zdarzyć, to wrzynający się w pewną część ciała materiał. Igi wrzeszczy wtedy "Mam stlingi mamoooo!" i wije się jak piskorz. Ratunek musi przyjść natychmiast. 
  • Szczególne atrakcje dźwiękowe funduje nam Kotek, gdy rajstopki i spodnie zostaną podciągniete za bardzo jak na jego gust. Jego gust zakłada wyłącznie noszenie tych części garderoby jako luzackich biodrówek. Personel przedszkolny też już o tym wie.
  • Rękawiczki - trzeba je na sobie mieć wręcz w momencie, gdy się tylko POMYŚLI o wyjściu na dwór. I tu rodzic musi się wykazać szybkością i zwinnością. Dobrze założona rękawiczka to: rękawiczka założona błyskawicznie. To taka, w której kciuk siedzi głęboko w przeznaczonym na to palcu. Szybkość rodzica powinna objawiać się też w tym, by w mgnieniu oka usunąć z pola widzenia latorośli nieco za duże rękawiczki pieciopalczaste. Ból egzystencjalny towarzyszący zakładaniu tych jednopalczastych jest niczym w porównaniu z dziecięcą frustracją wywołaną przez to bawełniane narzędzie szatana w paski. Do tych rękawiczek stopery powinny być dołączane w komplecie.
  • Standardy w połączeniu z Igusiowym samosiowaniem dają komiczne efekty, gdy Wieś walczy ze sobą, podczas zakładania sobie spodni od piżamy. Przypomnijmy zatem: spodnie muszą być naciągniete na siedzenie, koniecznie samodzielnie, nie za wysoko; nogawki muszą spełniać wysokie wymagania dotyczące długości. Do kostki, bez dyskusji. Wyobraźmy sobie zatem Zdzisia, rozpoczynającego w pozycji prawie kucznej podciąganie spodni. Niewprawne dłonie chwytają za dużo materiału i podciągają zarówno górę spodni, jak i nogawki. Błąd zostaje natychmiast zauważony. Igi, nadal kucając, balansuje niebezpiecznie na skraju wybicia sobie swych śnieżnobiałych jedynek i usiłuje ściągnąć nogawki w okolice kostek. Ściąga nogawki razem z resztą spodni. Które trzeba podciągnąć. Więc podciąga. Wraz z nogawkami. Trzeba temu zaradzić. Zsuwamy nogawki. Z resztą spodni. Popkornu by się chciało! Podawanego koniecznie z kubkiem melisy :-)
Domowe i inne:
  • Igi jest ostatnio niezwykle terytorialnym Stworzeniem. Niech no tylko któryś z kotów zapędzi sie na fotel, na którym lubię siadywać. Znika stamtąd niezwykle szybko. Albo niech w wyniku dziwnych przetasowań zamienimy się z Tatą Kwiatkowym kubkami, sztućcami, czy czymkolwiek. Ho ho, ależ się robi głośno. Plus instrukcje, "to mamy!". Myślałam, że w przedszkolu zapłacze się, gdy jeden z jego obsmarkanych wafli uprzejmie podsunął mi szalik. Pozostaje nam chyba tylko cieszyć się, że terytorializm dzidziusiowy nie objawia sie tak, jak koci i dziecię na nas i sprzęty nie leje ;-)
  • Ostre: ostre może być wszystko, od cebuli po pastę do zębów i paracetamol w czopku. Przeciwienstwem ostrego jest... malutkie. Dowiedziałam się tego dziś podczas rozmowy o nożyczkach.
  • Wanna wrogiem numer jeden. Trendy dzidziusie biorą teraz prysznic. Dobrze, że pozwalają zasunąć sobie drzwi do kabiny podczas ciągnących się w nieskończoność seansach z kubkami IKEA i gumową kaczką.
  • Tak jak Joey comes with a bag, Igi comes with a chair. Ma takie niewielkie krzesełko, które jest dla niego stojakiem, przedłużaczem, obcasami, drabiną, schodami, bronią antykotową i czymkolwiek, czego tylko dusza zapragnie. Zobaczyć Ignasia bez krzesełka jest naprawdę trudno. Zabrać - nie wolno. Przesunąć - spróbowałam kilkakrotnie i niemal ogłuchłam. Więcej tego błędu nie powtórzę. Dobrze, że Młody z nim nie śpi.

5 grudnia 2012

Czapka-niewidka

Koleżanka niedawno spytała mnie o hobby, zainteresowania, zabawy i zabawki preferowane przez Ignasia. To z okazji zbliżających się świąt i planów wspólnego ich spędzenia, oraz, w prostej linii następstw tej decyzji, rytualnej, cichaczem dokonanej podmiany prezentów dla Młodzieży od Gwiazdorka.
Stanęłam przed dylematem.w miarę jednoznacznej odpowiedzi.

Zabawy ostatnio wyglądają tak, że albo usuwamy jakieś niewidzialne, budzące strach żyjątka - przedwczoraj były to zające, a wczoraj krokodyle i jeden smok. Poza tym Igi wariuje w kuchni, wytwarzając hektolitry nieistniejącego koktajlu, który serwuje mnie i Michałowi w niewidzialnych szklankach, w których zawsze umieszcza słomkę. Niewidzialną. Gotuje nam niewidzialne potrawy i bawi się jeszcze całym mnóstwem przedmiotów pozostających pod działaniem czapki-niewidki.
Przedwczoraj zdefraudował "tempatulę" (czyli termometr). Było to o tyle niefortunne, że na początku tego tygodnia dziecię nam się podgrzało i nie wysłałam go w związku z tym na uczelnię. Rytualne pomiary "tempatuli" były bardzo ważnym punktem każdego dnia, a tu - termometru brak. Do tej pory Igi zapytany, gdzie schował coś, czego szukamy, zazwyczaj odpowiadał i po kilku próbach przedmiot znajdował się z powrotem u właściciela. Tym razem miotałam sie zupełnie bezcelowo, poszukując zaginionego termometru. Igi, zapytany o to, gdzie go umieścił, początkowo unikał odpowiedzi. Później zdematerializował się, by wrócić do mnie ze zdobyczą, trzymaną w wyciągniętej dłoni.
- Proszę - oznajmił radośnie, podajac mi termometr.
Niewidzialny.
Trik powtórzył jeszcze kilka razy, twierdząc z uciechą, że podaje mi czerwony termometr. Na co ja odpowiedziałam w końcu zgodnie z prawdą, że poszukuję naszego widzialnego, niebieskiego. Igi zatrzymał się, schował znaleziony termometr w zakładce rajstopek i zniknął, by po sekundzie wrócić, dzierżąc w dłoni niebieski termometr. Niewidzialny.
Igi często przerywa picie mleka, by zademonstrowac działanie łpatki, grabi, nożyczek i noża oraz podać mi wszystkie przedmioty. Wczoraj podawał mi ze stołu "wiggle wiggle", trzymając je chwytem pęsetkowym. Tak, ja tez nie wiem, co to jest, ale najwyraźniej jest niewielkie.
Podróż samochodem ostatnio minęła nam na bawieniu się w sklep, w którym Igi zapytywał mnie, czy kupię grabie, łopatkę i inne przedmioty. Na pytanie, co chce w zamian, odpowiedział mi, że pieniądze. potem sprzedał mi również pieniądze, więc generalnie lubię chodzić do jego sklepu. :-)
Zajmowanie się niewidzialnymi zabawkami powoduje, że czasami próby ułatwienia sobie życia biorą w łeb. Gdy z teatralną ciekawością i wielkim entuzjazmem zapytałam Igiego, czy pokaże mi, jak zakłada majtki, pokazał, a jakże. Miałam okazję podziwiać moje dziecko wykonujące zgrabne, przmyślane ruchy: pobrał bieliznę, skłon, podniesienie nogi, podniesienie drugiej, skłon, chwyt, podciągnięcie materiału zdecydowanym ruchem. 
Majtki były rzecz jasna niewidzialne.

Poza tym świat Ignasia wygląda tak jak matrix widziany na ekranie komputera... Liczby, wszędzie liczby... Wczytuje się chłopak w książki, by wyławiać numery stron, w instrukcje obsługi, by zakrzyknąć triumfalnie: "O, dwójka, widzisz?", w rejestracje samochodów. Najwiekszym szczęściem Igiego jest dostać się cudem do kalulatora w telefonie. Liczby rządzą. Kalkulator wkomórce aż dymi z przejęcia i przepracowania, gdy za jego uzywanie zabiera się  Igi i stuka z zapałem w klawiaturę, wznosząc okrzyki niczym na polu bitwy.

Ulubiona zabawka to drewaniany zegar, z wyjmowanymi cyferkami. O afekcie świadczy to, że Młody nierzadko śpi z zegarem.

Myślę, że lista do Gwiazdroka mogłaby być taka:
1. pudło niewidzialnych zabawek
2. kalulator
3. fortepian
4. wiertarka