21 stycznia 2014

O hodowli dzieciaka niejedzącego mięsa :)

Z czym wiąże się taka hodowla?

Z tym, że nie musimy zmieniać poglądów i zawartości lodówki ze względu na występowanie takiego małego osobnika w naszym domu.
Z tym, że trzeba sie psychicznie przygotować na pytania "A co wy właściwie jecie?" Nie do końca przez całą swoją karierę (już ponad dekadę) niejedzenia mięsa wiem, jak na takie pytanie odpowiedzieć... Mam wszystkie produkty w szafkach wymieniać? ;)
Z tym, że trzeba uprzedzać o niejedzeniu zwierząt tych, do których idzie się w gości. I podpowiedzieć, jaki zamiennik bedzie niekłopotliwy w przygotowaniu.
Z tym, że będą komentarze o krzywdzeniu dziecka i z tym, że trzeba wziąć się w garść i albo poprosić o darowanie sobie takowych, albo zacząć tych komentujących omijać szerokim łukiem. (Ciekawostka: ograniczenie spożycia słodyczy jest jeszcze bardziej kontrowersyjne niż brak mięsa w diecie. Ciekawostka druga: nie spotkałam się nigdy z takim komentarzem od nie-Polaków.)
Z tym, że da się taką hodowlę bezproblemowo prowadzić nawet gdy jedno z rodziców - co prawda rzadko, ale jednak - nie potrafi się oprzeć hamburgerowi. TK miewa czasem ochotę kupić sobie i zjeść przy nas mięso. Da się.
Z tym, że ludzie wokół o tym nie pamiętają i zdarza się, że chcą się dzielić, powiedzmy chlebem z pasztetem lub szynką. I trzeba im przypominać, że pasztet to mięso. Szynka też.

A jak to wygląda w przedszkolu? W pierwszym przedszkolu mięso było w jadłospisie przez 2 dni w tygodniu. Ignaś dostawał wtedy potrawy wege gotowane dla wegedzieciaków. Drugie przedszkole było wegańskie, zero problemu, rewelacyjne jedzenie. Obecne przedszkole jest jak najbardziej mięsne, ale mamy przekochanego kucharza, który powiedział, że dla niego ugotowanie czegoś wege dla Ignasia to żaden problem. Super, bo wstępnie dyrektorka mówiła mi, że będę musiała przynosić Ignasiowi obiady ugotowane w domu. Z mlekiem też nie ma problemu, w przedszkolu jest też inne niż krowie, którego Igi nie dostaje.

Z czym jeszcze należy się liczyć?
Z tym, że jednak z dzieckiem trzeba przeprowadzić rozmowę (i to niejedną) o tym, dlaczego my mięsa nie jemy, a inni tak. Ja nie owijam w bawełnę i mówię prawdę, że żal mi zwierząt i nie chcę ich jeść. Gdy Ignaś będzie trochę większy, wejdziemy w temat głębiej.
Z tym, że dziecko może chcieć spróbować mięso. Trzeba rozsądnie obserwować, co się dzieje. Ja porozmawiałam z naszymi boskimi przedszkolankami, które wiedzą już, że mają mi powiedzieć, gdyby coś się zmieniło. Wszak to one widzą go wśród dzieci, które mają inną dietę. Jak na razie Ignaś jest jedynym dzieckiem w grupie, które nie je mięsa, ale jest więcej niż OK z tym faktem - przynajmniej na razie. 

Nie zakładamy, że Igi będzie miał taką dietę zawsze. Do niczego nie jest zmuszany. Jeszcze w ciąży wspólnie z moją niewege połową ustaliliśmy, że z początku swojego życia Ignaś jeść mięsa nie będzie, potem zobaczymy. Nie mamy żadnej granicy wiekowej. Po prostu rozmawiamy z Ignasiem i obserwujemy go. Mówimy mu, że jeśli będzie chciał jeść mięso, to będzie to robił, bo będzie to jego decyzja.

Od koleżanek w Polsce słyszałam jednak budzące mój zupełny sprzeciw historie o ich bezmięsnych dzieciach i reakcji innych. Kilkoro rodziców boryka się ze sporym problemem, bo inni opiekunowie (np. dziadkowie) twierdzą wprost, że gdy będą mieli dziecko pod swoją pieczą, będą je karmili niezgodnie z zaleceniami rodziców. Dla mnie to nie do pomyślenia.

Cieszę się też, że mamy pełne poparcie ważnego domownika, jakim jest Tato zainteresowanego. Choć sam jada czasem mięso, nie wyobraża sobie podawania go Młodemu.

Taka hodowla wiąże się też z tym, że można być świadkiem takiej sytuacji:

Tato Kwiatka zabiera syna na lody. Kupują smakołyk, siadają, TK zabiera się do jedzenia. Igi nie, bo musi zadać pytanie upewniające:
- A czy w tych lodach jest mięso?

:-)

Jest wśród was ktoś, kto nie je mięsa? Jakie wrażenia?

PS. Świadomie nie piszę, że jesteśmy wege, choć jak ktoś pyta to dla ułatwienia właśnie tak mówię. Czasem jemy bowiem ryby.

14 stycznia 2014

Tak tu wcale nie jest...

Tak wcale tu nie jest... codziennie. Nie, nie mamy tu śniegu przez cały rok. Niestety nie wiemy też nigdy, czy święta będą białe. A szkoda. Zamiecie i sztormy też mi wiszą. Cofnij: nawet je lubię. Interpretacja wizualna poniżej.


I tak też wcale nie jest ciągle. To znaczy ciemno. I z drzewami. Bywa jasno i zazwyczaj jest łyso jak wzrokiem sięgnąć.
Dni, gdy słońce wschodziło o 11:23, a zachodziło o 15:28 już za nami. Za chwilę wszystkich przegonimy z tą jasnością! Juhuuu :)

13 stycznia 2014

Sidło na krokodylka

Wiecie, jak to jest? Kiedy jedyne zobowiązanie, jakie się ma, to odprowadzenie potomka na Uczelnię o w miarę przyzwoitej porze i nawet to nie wychodzi? Przestałam już nawet próbować tłumaczyć Kwiatowemu Tacie, skąd u mnie takie poślizgi czasowe...

Ale czasem przychodzą takie cudne dni, kiedy wszystko toczy się, jak powinno, a nawet lepiej. Mogę powiedzieć wprost: uwielbiam krokodyle!

Tak, Igi boi się krokodyli. I strachów na wróble. I rycerzy. Krokodyle były jednak strachem pierwszym i przez to są chyba jednak najważniejsze w życiu naszego Stworka.

Tego pamiętnego dnia przeżyliśmy rano odwiedziny dwóch krokodylków. Tatuś i synek wpadli, by postraszyć Ignasia, gdzieś w okolicy mycia zębów. Igi szybko krokodyle oswoił i zaopiekował się krokodylim dzidziusiem. Gdy myłam zęby, mały krokodyl zgubił kurtkę i obuwie. Między jednym kółeczkiem a drugim musiałam wyczarowywać kolejne kurtki oraz po dwie pary obuwia (koniecznie kozaki plus kalosze!) w konkretnych kolorach. Niesforny krokodyl gubił ubranie nieustająco. W końcu Igi zajął się pokazywaniem swojemu podopiecznemu jak zakłada się rajtki, więc mogłam przestać być czarownicą. Ranek płynął wartko, a wszystkie czynności przebiegały nam zadziwiająco sprawnie. Igi nie plątał się pod nogami, nie wył i nie urządzał awantur. Ubierał siebie i krokodyla, pokazywał mu swoje ukochane puzzle, chyba poglądowo szybko też je złożył. Bez rozpraszania zjadł śniadanko. Gdy przygotowywałam swoją kawę, Igi biegał zaaferowany, zakładając nadprogramowo swoje kozaki i lulając krokodyla. Znalazł mu nosidło, które nazwał "sidłem" i układał w nim krokodylątko na drzemkę. I tak oto, gdyby ktoś do nas niespodziewanie wpadł, zastałby mnie nad wielkim kubkiem kawy, a dziecię moje chodzące po domu w wielkich kozakach i nucące kołysankę własnej produkcji do pustej, ortalionowej rękawiczki. 

"Sidła" znaczy :D

Dziś w zasadzie też nie mogłam narzekać. Od kilku dni Igi spędza długie godziny przy zlewozmywaku, gdzie wlewa, przelewa, sączy, ciurka, tapla i co dusza zapragnie i z czym zapragnie. Gdy zapytałam o wczorajszą gigantyczną kałużę na podłodze oraz zalane blaty i szafki, stwierdził, że "woda mu się wysypała".
Przedtem poranek spędził nad donicą od choinki. Zajmował się "Panulkiem", czyli panem nurkiem, breloczkiem sprzedawanym przez wspomnianych ratowników. Panulek miał bowiem ochotę nurkować w donicy, więc Igi spełniał sumiennie jego życzenia. Przez 3 godziny.


12 stycznia 2014

Zima!

I to zima z wykrzyknikiem! A już się wkurzałam, zrobiło się ciepło, śnieg się roztopił, zostawiając po sobie grubą warstwę lodu wszędzie, ptaki zaczęły świrować całymi dniami, a ja odruchowo wypatrywałam pąków na drzewach. Na szczęście wszystko wróciło do normy.
Tym razem przedstawiam wszystkim widok z wioskowego pagórka.











 I Iguś zimowy, w kominie zrobionym przeze mnie:
A na zimowe poranki nie ma to jak gorąca, gęsta czekolada z bitą śmietaną w zaprzyjaźnionej kawiarni!

11 stycznia 2014

Kwiatek przedszkolny

Kwiatowy Tatul relacjonuje mi swoje popołudnie.
- ... potem pojechałem odebrać Ignasia z przedszkola. Gdy wszedłem, z kwikiem przybiegła do mnie księżniczka. Chcesz zobaczyć? - tu wyjmuje telefon i pokazuje fotę.

Ponoć po chwili zorientował się, że księżniczka w zwiewnej sukience jest jego pierworodnym synem :-)

Co do mody przedszkolnej, panie pstryknęły Ignasiowi jeszcze inne zdjęcia (nie miałam niestety przyjemności widzeć tego na własne oczy, ale na wywiadówce niemal posikałam się ze śmiechu):

Igi wprawdzie zrezygnował ze stroju dalmatyńczyka, ale puchate buciki na obcasach były jego zdaniem doskonałym obuwiem do zabawy samochodami, ponoć fikał w nich pół dnia:

Dodam jeszcze, że ulubionymi bucikami jego najukochańszego wafla "Lobelta" (Roberta) są różowe balerinki całe z cekinów. Chciałabym ich widzieć w akcji. Jeden na obcasikach z piórkami, drugi w lśniących baletkach, a obaj zanoszą się gburowatym rechockiem, rozmawiając o kupie i bąkach :D

Jak ja lubię nasze przedszkole za to, że się dzieciaków nie ogranicza :)

9 stycznia 2014

WYNIKI KONKURSU :)

Ogromnie przepraszam czytelniczki, które wzięły udział w konkursie i które musiały czekać tak kosmicznie długo na wyniki. Miałam ogromną nadzieję, że koc będzie mikołajowym prezentem, a tu taka kicha. Ogarnął mnie szał przedświątecznych przygotowań oraz iście domowa atmosfera niemalże bez internetu.

Już się odogarnęłam i z przyjemnością informuję, że koc wygrywa...
Ach, moment! Dziękuję wszystkim za wzięcie udziału i kreatywność oraz wysilenie się podczas odpowiedzi. Było mi naprawdę trudno wybrać zwycięzcę, bo większość zaproponowanych zabaw miałam ochotę wprowadzić w życie zaraz, natychmiast :)


A wygrała propozycja dla mnie - nostalgiczna. Kulig! Hej, Mio i Mao! Wakacje w górach to jest to, o każdej porze roku, a naj, naj, naj, najchętniej w Tatrach. Nie miałam nigdy okazji brać udziału w kuligu, ale tak mnie ta wizja nastroiła, przywołała tak miłe wspomnienia, że... co prawda powstrzymałam się od wskoczenia do samolotu i nagłego wypadu w ukochane góry, ale nie powstrzymałam się przed czymś innych. I oto kocyk jest Twój.

Gratuluję! :)

7 stycznia 2014

Jeszcze kilka słów o tutejszych elfach

Ostatnio przekazałam Wam ważną informację o tym, jak elfy i ich obrońcy blokują budowę pewnej drogi (KLIK), dziś postanowiłam dopisać jeszcze parę znanych mi faktów z życia elfów i ich kontaktów z ludźmi. 

1. Przedszkolanka Ignasia opowiada mi pewnego dnia, gdy zawożę Młodego: "Moja Babcia miała kiedyś dzbanek do śmietanki, który stał na półce. Nigdy nie stawiała go w innym miejscu, używała go codziennie. Babunia mieszkała bardzo skromnie, w torfowym domku, miała niewiele sprzętów i o wszystkie ogromnie dbała. Pewnego dnia zauważyła, że dzbanek zniknął. Nie mogła go nigdzie znaleźć, w poszukiwaniach brała udział cała rodzina. Po tygodniu Babuni przyśniła się kobieta, odstawiająca dzbanek na półkę i dziękująca za pożyczenie go. Po przebudzeniu Babunia naszej przedszkolanki zobaczyła dzbanek na swoim zwykłym miejscu, stojący jak gdyby nigdy nic."

2. Tato męża znajomej (tej, która miała znajomą z elfami w ogródku, pisałam o niej ostatnio) niechętnie i rzadko opowiada o swoim dzieciństwie. Spędził je na Fiordach Zachodnich, na pustkowiu, w sporym oddaleniu od osad ludzkich. Nie narzekał jednak jako dziecko i bawił się nieustannie w górach i na łąkach. Nadszedł jednak moment, w którym jego rodzice postanowili o przeprowadzce do wsi. Opuścili swój dom i zamieszkali w wiosce. Chłopiec był smutny i zdezorientowany. Pewnego dnia zapytał z troską swą mamę o to, co dzieje się z dziećmi z drugiego domu na zboczu ich góry. Czy one też wkrótce się przeprowadzą bliżej?
Mama, zaskoczona, powiedziała, że mieszkali przecież w jedynym, zupełnie samotnie stojącym domu.
Chłopiec dzieciństwo spędził na zabawie z elfimi dziećmi.

3. A, no i dodać muszę ten jakże fantazyjny artykuł! Pochodzi on stąd (KLIK)

Niedawno miał miejsce niebagatelny epizod. Oto poseł z ramienia Partii Niepodległości – Árni Johnsen, znany skądinąd jako ekspert od kierowania projektami budowlanymi sponsorowanymi przez rząd – zorganizował przeniesienie pięćdziesięciotonowego głazu z przełęczy Hellisheiði wprost do swojego ogródka na Vestmannaeyjar. Jako członek komisji środowiska i transportu Árni zapragnął po prostu pomóc rodzinie elfów zamieszkującej ten kamienny dom. Rodzina w składzie: dziadkowie, rodzice i trójka elfich dzieci, poznała pana posła przez przypadek kiedy to pędząc samochodem grubo ponad dozwoloną prędkość ów wypadł z drogi i koziołkując przetoczył się przed rzeczonym kamieniem. Wtedy to, zapewne czując, że mają do czynienia z osobą kompetentną, elfy powiedziały Árniemu, że chciałyby mieszkać w trawie. 
Nie było to pierwsze spotkanie Árniego ze światem elfów – kilka lat temu podczas budowy drugiej nitki drogi Keflavik-Reykjavik trzeba było usunąć głaz blokujący dalszą budowę i Árni jako członek komisji środowiska i transportu wezwał specjalistę, by ten zbadał, czy nie mają przypadkiem do czynienia z siedzibą elfów. Jak się okazało jego przypuszczenia się potwierdziły, gdyż jak twierdzi, z bliska dało się dostrzec światło wewnątrz głazu i kilka elfów, które go zamieszkiwały. Elfy, wg Árniego, nie mają nic przeciwko przenoszeniu ich siedziby w inne miejsce, należy jednak robić to delikatnie i przemawiać do nich uspokajająco. Z tą deklaracją stanowczo nie zgadza się Magnús Skarphéðinsson, który od 30 lat studiuje elfy i ukrytych ludzi (hludufólk) – według niego Árni swym postępowaniem ściągnął na siebie elfi gniew i wkrótce dojdzie do zemsty. 
Mimo tak dalece posuniętej wrażliwości na cudze potrzeby, nie wszyscy kochają Árniego Johnsena. Złośliwi twierdzą nawet, że oprócz kamieni zdarzało mu się przenosić także inne materiały budowlane na Vestmannaeyjar w sposób mniej publiczny, ale za to, za publiczne pieniądze. Jego sąsiedzi z małej wysepki na południu, swoimi głosami gwarantują mu jednak posadę posła z kadencji na kadencję, wierząc, iż jest to jedyny człowiek zdolny przenieść z Reykjaviku na Vestmannaeyjar odrobinę świata, o którym marzą. 
Jeśli Árniemu udałoby się przepchnąć w parlamencie prawo do do głosowania dla elfów z pewnością zagwarantowało by mu to dożywotni mandat. Elfy w tej sprawie niestety milczą jak kamień.

Ciąg dalszy może nastąpić :)

5 stycznia 2014

Elfy znowu brużdżą ;-)

Wiecie, jak to jest. Buduje się drogę, aż nagle wszystko zaczyna iść jak po grudzie. Maszyny sie psują, prace niemal nie postepują naprzód, ludzie mają wypadki. Nie wiem, co na ten temat myśli się w Polsce. Na Islandii wiadomo od razu, o co chodzi. Tzreba ominąć kamień, wzgórze czy pagórek, gdyż takie wypadki oznaczają tylko jedno: droga miałaby zniszczyć elfi dom. Elfy nie przebierają w środkach, gdy ich domostwo ma ulec zniszczeniu.

Znajoma znajomej ma domek elfów w ogródku. To kamień, duży, dokładnie przed drzwiami wejściowymi. Poprzedni mieszkańcy skapitulowali i zaprzestali prób usuwania głazu. Babka po przeprowadzce także próbowała. Zamówiła nawet specjalistę, ale niestety pan miał poważny wypadek zaraz po tym, jak zabrał sie za kamień. Pani olała więc sprawę. A właściwie poszła nieco dalej, zbudowała chodnik z desek, w którym wycięta była dziura na kamień właśnie. Sam głaz przyozdobiła kwiatami i figurkami. I tak sobie żyła, aż do pewnego sztormu, który dokonał mnóstwa spustoszeń. Zniszczone były wszystkie rośliny w jej ogrodzie oprócz... kwiatów wkoło kamienia. Tak samo jak przed wichurą na głazie stała niewielka donica z wypięlęgnowaną rośliną. Islandczycy, opwiadający o swoich doświadczeniech z Ukrytym Ludkiem lub duchami, których jest tu mnóstwo, są zupełnie poważni. Ot, kolejny temat do poruszenia podczas przerwy na kawę. Czy ktokolwiek się dziwi? Nieszczególnie, chyba że jakiś przyjezdny. Ci bywają zaskoczeni mnogością historii nie z tego świata. 

Dlaczego o tym piszę? Otóż obecnie w mediach głośno zrobiło się o tym, że decyzją sądu została wstrzymana budowa autostrady między stolicą a pobliskim półwyspem. Dlaczego? Bo ma biec przez obszar, na którym jest kościół elfów i bojownicy chcą uchronić elfy ich zdaniem żyjące w tym miejscu. Sprawa czeka na decyzję Sądu Najwyższego, bo jest to kwestia poważna, o reperkusjach środowiskowych i kulturalnych, ważny jest też jej wpływ na życie elfów. W sprawę zaangażowana jest nie tylko jurysdykcja, ale egolodzy oraz obrońcy elfów, a także Państwowa Administracja Dróg i Nabrzeża, która nawet wystosowała publiczne oświadczenie. Informuje w nim miedzy innymi o tym, że budowa kontrowersyjnej drogi została wstrzymana do czasu, aż elfy prawdopodobnie żyjące na wspomnianym obszarze przeprowadzą się gdzieś indziej. (KLIK)

Jakie macie odczucia na ten temat? :)

2 stycznia 2014

O tym, jak Igi zapierdzielił mi życzonko

Wspominałam już chyba niejednokrotnie, że nawet najnormalniejsze rzeczy u nas jakimś cudem zawsze otoczone są woalem absurdu. 

Dziś rano oznajmiłam Wieśkowi, że mam urodziny, więc pół dnia toczył ze mną boje. Bo jego zdaniem nie mam. Bo jak ja mam, to on też, a ja mówię, że on nie ma. Zdawało mi się, że wszystkie telefony, które dziś odbierałam były dla niego nieco przekonywujące, ale szybko zmieniłam zdanie.
Oto bowiem przybył pan domu i szybko zawinął kitę do "supermarketu" po mleko do mojej latte. Przyszedł, pochłonął obiad i zaczął ryć w jednej z szafek. W końcu zapytał, gdzie trzymam świeczki urodzinowe. Więc mu powiedziałam i spytałam mimochodem, czy mi w takim razie jakiś torcik skombinował. Okazało się, że wioskowa kawiarnia była dziś otwarta po raz pierwszy po długiej przerwie i nie było nic słodkiego, za to w "markecie" nabył płaskie półfrancuskie ciacho z musem jabłkowym i lukrem, takie na metalowej tacce i zafoliowane. Sam szyk, smak i styl  - najbliższy subsytut tortu. 

Omówilismy zatem szybko kwestię trudów życia na wsi oraz tego, że akutalnie od słodyczy mnie odrzuca (TK stwierdził, że rzeczywiście,  zamyślił się na chwilę nad czipsami bekonowymi, ale w końcu kupił jednak ten placek). Wspólnymi siłami wetknęliśmy z Igi jedną mikroświecę w urodzinowy placek. Zapaliłam świeczkę i zamyśliłam się nad życzeniem.

Już, już zbieram się do zdmuchnięcia płomienia, gdy świeczka gaśnie. Oczywiście Igi nie wytrzymał napięcia i zdmuchnął moją świeczkę sam. Nie wiem, jak to wygląda od strony prawnej. Życzenie się liczy, czy nie? Czy to, że zapaliłam ja ponownie, moja Druga Połowa przytrzymywała wierzgającego Ignasia i zasłaniała mu paszczę ręką i udało mi się ją dzięki temu samodzielnie zgasić - czy to sprawiło, że życzenie się spełni? 

Ponieważ prezent dostałam już wczoraj, Tato Kwiatowy zabłysnął inwencją i rzucił z łobuzerskim błyskiem w oku:
- Jak chcesz, to zrobię ci dzisiaj masaż. I to bez żadnych zobowiązań!
Dowiedziałam się, że "bez zobowiązań" to po prostu zupełnie bezinteresownie, więc fajnie, prawda? Lubię prezenty, za które nie trzeba się odwdzięczać. Podobno dawniej wszystkie takie były.

Kiedy my ucinaliśmy sobie pogawędkę na temat wielkoduszności mojego życiowego partnera i ojca mojego dziecka, Igi szalał ze świeczkami, dźgając nimi urodzinowy placek. Potem zaskwierczało, bo przypalił sobie włosy, co TK skwitował krótko:
- Popatrz, prawie miałaś urodzinową pochodnię.

Na koniec załączam filmy - na pierwszym Igi śpiewa mi sto lat (wycięłam jedynie fragment, w którym zaczął śpiewać o kupie) i daje prezent (po fakcie moge napisać - dostałam go na pół godziny). Statystą jest bałagan w domu, w  szczególności brudne naczynia.


A na tym Igi zdradza mój wiek :)

1 stycznia 2014

Z krainy chichów


Miejsce: wioskowa przychodnia lekarska. Czas: wczoraj przed południem.

Igi zgłasza potrzebę wypicia wody. Nie ma niestety automatu, a pić z kranu w łazience jakoś nie chcę mu dać. Przekonuję go, że za 5 minut będziemy w domu. Igi ma inną wizję, bo twierdzi, że o wodę należy zapytać pana. Jakiego pana, nie wiadomo, w rejestracji tylko pani i do tego niezbyt miła.
Dochodzi do płacenia. W tym samym czasie z jednego z gabinetów wychodzi pacjent rodzaju męskiego. Igi natychmiast postanawia wziąć sprawę w swoje ręce i zwraca się do niego z okolic podłogi:
- Watel...
Pan nie reaguje, ale po minie widać, że jest zmieszany.
- Watel, wateeel - nie odpuszcza Igi.
Pan zupełnie nie wie, o co chodzi. Zbieramy się do wyjścia. Pan wychodzi pierwszy. Już, już prawie zamykają się za nim drzwi. Ignaś puszcza się za nim galopkiem i wykrzykuje:
- Are you have water?

Igi ma nową zabawkę najkochańszą w świecie: Pana Nurka, zwanego potocznie "Panulkiem". Panulek to breloczek z figurką nurka, sprzedany nam przez drużynę ratowniczą. Igi spędza z nim całe dnie. Wczoraj przyszedł do mnie z Panulkiem odłączonym od metalowego łańcuszka i kółka na klucze. Najwyraźniej ostatnie minuty spędziły na pracowitym wykręcaniu maleńkiej śrubki z głowy Panulka.
- Mamo Lotka to zlobiła! To bardzo e, nie... e, niefoltunne.

Igi: Jestem e, e, e, fa..., e, fanta... styczny.

Rozmawiamy sobie o jakimś zdarzeniu z mojego dzieciństwa.
Ja: I kiedy byłam mała, to...
Igi: A gdzie ja wtedy byłem?
Ja: Nie było cię jeszcze.
Igi: Czy ja wtedy umalłem?

Igi siedzi w wannie.
- Mamo mam ślimaka! Boli mnie!
"Ślimak, zimą, na nodze, w wannie i do tego powodujący ból?" myślę sobie z niedowierzaniem. Patrzę zatem na potomka, a ten wskazuje na swoje końskie kolanko ze śliweczką wielkości jednogroszówki. No.

Jemy zupę rybną. Nagle Igi stwierdza:
- Mam rybę u zębów! Jak ją uratować?
- Dam ci zupy do popicia, może to pomoże - mówię.
- Siorb, siorb. Ciągle tam jest!
- Rybę można wydłubać paluszkiem.
- Ciągle jest! Już wiem. Tym zrobię i sobie pójdzie - oznajmia Igi, wskazując na rogaliki, upieczone przez jedną z ulubieńszych ciotek.
Tak oto można płynnie przejść z jedzenia zupy rybnej do pożarcia rogalika, który kusi przez cały posiłek.

Sylwester, ok 1 w nocy Igi z trudem usiłuje zasnąć, przytulając się do wujka, uwielbianego towarzysza zabaw.
- Au! - stwierdza Igi - Musisz się ogolić!

Igi w szampańskim nastroju zwraca się do wspomnianego wujka:
- Czy mogę usiąść ci na twarzy?

Odmeldowujemy się noworocznie, życząc wszystkim wspaniałego Nowego Roku!