Muszę dodać do wypowiedzi mojej imienniczki, a obecnie współlokatorki i partnerki w rozmowach swoje 3 grosze. Ania napisała tak:
link "Dla ciebie wszystko".
Kiedy myślę o swoim dzieciństwie, widzę mało sprzętów technicznych, stosunkowo mało zabawek - takie czasy, za to co pamiętam, to albo czas z Babcią (gotowanie, ogródek, zakupy), Dziadkiem (warsztat stolarski, ogród, spacery, czytanie), z rodzicami kojarzę głównie wakacje, czyli wyjazdy, wypady, wycieczki - nie przelewało nam się, ale jeździliśmy po Polsce, a czasem nawet za granicę. Najchętniej bawiłam się u Dziadka w warsztacie, gdzie wolno mi było rysować na drewnie, wiercić, wbijać gwoździe, bawić się magnesem. Uwielbiałam rysować, Babunia uczyła mnie szydełkować i robić na drutach, poza tym byłam ciągle w ruchu - zimą sanki, latem rower z kolegami. Gdy Dziadek nie pracował w warsztacie, zajmował się ogrodem, a najchętniej swoimi ulami, Babunia oporządzała kury. I to wszystko w środku niemałego miasta :) Z drugimi Dziadkami jeździłam na grzyby i jagody oraz na fantazyjne wakacje - mikrodomki lub wagon kolejowy przekształcony w wakacyjne mieszkanko. Niestety miałam zakaz chodzenia z Dziadkiem na ryby, gdyż wypuszczałam mu wszystkie zdobycze pochlipując w rękaw z żałości nad ich losem.
Miałam Barbie i Fleur, miałam świetny zestaw Lego, doskonałe kredki. Fleur miałam tylko dlatego, że nasz durny pies pogryzł ją koleżance, więc zepsuta została u mnie, a na nową z Baltony zbieraliśmy nie wiem jak długo, by pokrzywdzonej dziewczynce oddać... Nie miałam akcesoriów dla Barbie, ale za to Babcia szyła mi dla niej ubrania, jakich w sklepie nie można było dostać. Miałam też świetne zabawki zrobione przez Dziadka - najszybsze w okolicy sanki na giętych płozach, jeszcze po moim Ojcu; wózeczek na kiju, kołyskę dla lalki, którą mama pomalowała w ludowe wzory ( świetnie nadawała się dla kota, bo kto by się bawił lalkami, gdy zarąbisty, najwłaśniejszy kot na podorędziu), miałam też wózek dla lalki, w którym naturalnie woziłam kota. Miałam mnóstwo książek. Grałam na pianinie, pływałam, uczyłam się angielskiego, chodziłam na świetne zajęcia z plastyki. Miałam kupę czasu dla siebie.
Czy chcę "dać mojemu dziecku wszystko", "zrekompensować" mu to, czego mnie brakowało? Ani trochę. Mamy mało zabawek. Nie toleruję plastików, jeśli już to drewno. Neguję wszelkie gadżety. Niepohamowanie kupuję tylko książki. Ignaś najlepiej bawi się przedmiotami codziennego użytku i uwielbia czytać. Uważam, podobnie jak Ania, że zabawki, gotowe przedmioty rzekomo edukacyjne ograniczają wyobraźnię. Bo co można zrobić z gotowym telefonem, jak tylko bawić się nim w dzwonienie?
Kupowanie dziecku bardzo wielu rzeczy, o czym rozmawiałyśmy z Anią, ma wiele skutków. Dzieci są szczęśliwe, bo dostają to, czego chcą, rodzice cieszą się, widząc radość swych pociech. Ale... Dzieci nie są w stanie ogarnąć tego, co mają. W moim odczuciu tak tworzy się konsumpcyjne postawy u najmłodszych. Poza tym dla mnie najważniejszą chyba rzeczą jest to, że kupowanie wszystkiego ograbia dzieci z marzeń. Bo o czym marzyć, czego pragnąć, gdy już się wszystko ma? To dla mnie strasznie ponura wizja... Było coś wspaniałego w marzeniach z dawnych czasów - żeby mieć piękny strój kąpielowy, wyśniony atlas, czy odjechany rower. Teraz "wypada" dać dziecku komputer z okazji chrztu, kłada i tablet na komunię oraz samochód lub kilka tysięcy na osiemnastkę. Okrutnie smutne.
Zatem, czy chcę dać Ignasiowi to, czego mi w dzieciństwie brakowało? Brakowało mi lepszego roweru i domku dla Barbie, komputera i gier i paru innych rzeczy. Ale wcale nie uważam, bym ucierpiała bez tych rzeczy. Przeciwnie. Chodziliśmy do kolegi, bo miał na ogrodzie huśtawkę, rowerami się wymienialiśmy, a domkiem Barbie bawiłam się u koleżanki. Mam za to furę rewelacyjnych wspomnień i zdjęć. Chciałabym, żeby miał podobnie. Nie boję się z nim iść do sklepu, choć wyje o wszystko, by mu to kupić. Uważam to za cenną lekcję i konsekwentnie nie kupuję byle czego. Nie chcę mu kupować klocków, które go mocno jarają, a które są w każdej poczekalni w dziecięcym kąciku. Pomimo tego, jak bardzo lubi się nimi bawić. Bo... Co będzie robił w poczekalniach, gdy te klocki spowszednieją mu w domu?
Może jestem niedzisiejsza, za bardzo zapadły mi musierowiczowskie ideały, łykane nocami przy świetle lampki, ale... Zaryzykuję! Ignaś Doświadczalny w domowym laboratorium pod lupą :)