Król Ignaś Pierwszy, miłościwie nam panujący i zerkający na nas z wysokości. Nastał.
Tron ma i zasiada na nim nadzwyczaj często. Od razu go zaanektował i z niego nie schodzi.
Wartę osobistą też ma, zmiany na warcie również. I koronę, tylko nieco pękatą.
Już tłumaczę. Nabuczałam razu pewnego na Tatę Kwiatkowego, że mógłby ruszyć się i przysposobić rowery do wycieczek. Wziął sobie ględzenie do serca i posłuchał. Szybciuteńko nabył drogą barterową (lubię!) fotelik rowerowy, czyli plastikowy tron, wyściełany czerwoną gąbką, z podnóżkami nawet! Igiemu aż się oczy na jego widok zaświeciły, od niedawna jednak wiemy, że wdał się w swego tatę i ma spore zadatki na gadżeciarza. Pozwoliliśmy mu się oczywiście na tronie umieścić, z czego Syn skorzystał, rozparł się w nim, moszcząc się pupką, przedramiona ułożył na oparciach wygodnie i obczaja. Cały problem polega na tym, że fotelik wtedy do roweru nie był doczepiony i stabilność miał zerową. Trzymać go było trzeba. A Stwór malutki tak się z fotelikiem zżył, że zdjąć go nie było z niego można.
Po przyczepieniu do roweru było jeszcze trudniej. Bo Kwiat nadal pragnął siedzieć na swym tronie, więc wyjścia z sytuacji były do wyboru dwa: trzymać rower ręką lub na nim usiąść. I zmieniać się na warcie ;-)