21 listopada 2013

Jaja pstryknięte

Zapraszam, tradycyjnie już, na porcyjkę fot o bardzo, bardzo złej jakości! Miłego odbioru ;-)

Przygotowania do walenia młotkiem
W domu wreszcie zaczyna wyglądać przytulnie :-)
Igulek i jego przytulanka - ciężki, metalowy (koszmarnie zimny po jeździe samochodem) samolocik
Makro okruszków na podłodze ;-)

Wszyscy gotują - Matka Kwiatka...
... i sam Kwiatek. Śniadanie mamie sporządził - mniam! Jarzębina, fasola i sucha ciecierzyca. Potrawa nazywa się "golki", jakby ktoś nie wiedział ;-)

Szczęśliwy, ubrudzony od paluszków po włosy Wieś po pyrobraniu :-)
Miłego dnia!

19 listopada 2013

Pierwszy zrzędliwy konkurs!

Mnóstwo jest powodów do świętowania - blog ma półtra roku, spadł śnieg, Igi nadal nie mówi "R", kotka drapie naszą kanapę, zmagania Zrzędliwej Matki i dokonania Ignasia obserwuje równiutko 100 osób, pojawiliśmy się na fejsbuku... Poza tym tyle rzeczy już wygrałam, a jeszcze sama nikomu nie dałam takiej szansy u mnie - tak, o rewanż chodzi!

A prawda jest taka, że wreszcie, po latach, skończyłam szydełkowy kocyk. I zapragnęłam się nim podzielić.

Jest to kocyk wyjątkowy z wielu względów:
  • mój pierwszy, a zatem najważniejszy koc na szydełku
  • jest z prawdziwej, islandzkiej owczej wełny
  • jest i ciepły, i dekoracyjny
  • ma żywe, nasycone kolory - malinowy, turkusowy, trawiasta zieleń, jasny i ciemny fiolet, a wszystko wykończone bielą w kolorze lodów waniliowych.
Oto zdjęcie - mimo wszystko nie sugerujcie się kolorami. Zielony jest bowiem jak świeżo skoszony trawnik, a niebieski - zupełnie lazurowy. Ta żarówa to przydymiona malina, bliższa chyba czerwieni, niż różowi, lekko złamana białymi nitkami. Niestety, nie jestem geekiem jak mój syn i mimo długotrwałych prób nie osiągnełam w PSie odpowiednich odcieni. Musicie mi wierzyć na słowo ;-)


Kocyk nie jest duży, a z pomiarów przed wypraniem i nadaniem kształtu wynika, że ma 95 cm na 75 cm. Wełna jest z tych gryzących - czego ja już nie czuję. Igi jako niemowlę nosił swetry z tej wełny założone na krótki rękaw, więc kocyka da się używać, choć dla wrażliwszych będzie on jedynie dekoracją albo dodatkowym przykryciem na wózek, czy do łóżeczka. Ogrzeje też zmarznięte stopy po zimowym spacerze. Połączenie kolorów uznawanych za dziewczęce i chłopięce sprawia, że może być (moim skromnym zdaniem) używany przez każde dziecko.

Zatem - zapraszam Was na...

Regulamin konkursu
  1. W konkursie może wziąć udział każdy, kto wyrazi taką chęć w komentarzu i powali nas na łopatki w związku z zadaniem konkursowym - również w komentarzu
  2. Zamieść u siebie baner wraz z linkiem. Jeśli nie masz bloga, użyj FB, jeśli nie masz - zaznacz to w komentarzu :)
  3. W konkursie wezmą udział osoby, które wyrażą na to chęć w komentarzu i które podejmą wyzwanie konkursowe
  4. Konkurs trwa od dziś do 3 grudnia, nagrodę funduję ja, a wygra osoba wyłoniona w drodze burzy mózgów w kwiatowym domostwie
  5. Wyniki zostaną ogłoszone na blogu po podjęciu decyzji, a nagroda wysłana pocztą (oczywiście wyślę prezent za granicę). Jeśli wygrany nie skontaktuje się ze mną w czasie podanym przeze mnie po ogłoszeniu wyników, nastąpią dalsze wybory :-)  
A co należy zrobić, by wygrać? Połączyłam dwa słowa: "zima" oraz "ciepły" - i chciałam zobaczyć, co z tego wyjdzie. A mają wyjść inspirujące do zimowych zabaw pomysły, wiążace "zimę" z "ciepłem". Z czym Wam kojarzy się ciepło? Ze światłem, odpowiednimi kolorami, materiałami, a może jest ono bardziej dosłowne, wyczuwalne? 
Zarzućcie nas (i siebie) pomysłami. 
Najciekawszy pomysł wygrywa!

Zapraszam ciepło i zimowo :-)

18 listopada 2013

Skumbrie w tomacie, serca w brokacie


Nie wiem, jak u Was, ale u nas zima całą parą. Jest po prostu cudnie! Ciężkie płatki wirują w powietrzu, mróz szczypie rumiane policzki Ignasia, a do tego to słońce!
W tak piękne dni aż chce się żyć. Szczególnie, gdy kanapa stoi wreszcie na wprost wielkiego okna i tak otrzymany widok rekompensuje brak telewizora :-)

Niezbyt leniwą sobotę (przemeblowanie w celu dopieszczania dźwięku ukochanych domowników Taty Kwiatka - głośników) zakończyliśmy w wyjątkowo leniwy sposób. Ja szydełkowałam, moja Bardziej Włochata Druga Połowa słuchała muzyki rozparta w fotelu, a Igi zajmował się ajpadem. Byliśmy tak zmęczeni, że daliśmy mu wolną rękę - ipad zazwyczaj nie jest do jego użytku. Poskutkowało to tym, że Wieś najpierw oglądał tutoriale "Jak domowymi metodami przyozdobić romantyczny pokój" po hiszpańsku, potem zaczął jeszcze bardziej drażnić swoje zmysły i pożerał filmy instruktażowe o tworzeniu Hello Kitty z babeczek. Po hiszpańsku oczywiście. 

Co ciekawe, mimo Słodkiej Soboty, Igi ślinił się na ajpada, ale spożycie słodyczy spadło nam tego dnia drastycznie. Filmy o przyozdabianiu babeczek były tak hipnotyzujące, że się biedulkowi nie chciało kopnąć po kostkę czekolady. 

Nie jestem pewna co do jadalnej Hello Kitty, ale czy Igi przypadkiem nie stara nam się powiedzieć, że mamy mu wreszcie przysposobić własny pokój i to koniecznie w "romantycznej" konwencji?

Kiedy ja będę się głowiła nad odpowiedzią, spójrzcie, jak tu pięknie!

Nasza wiocha :) (w tle - i góry, i chmury)
I przed domem

Na koniec - Igul dręczony przez bezdusznego Tatula :)
(film najlepiej oglądacw powiększeniu, bo Ignaśkowe rzęsy są w nim dość istotne)

Dobranoc!

14 listopada 2013

Uczulenie

Gdy zostałam mamą, zaczęła mi się alergia. Jedna zwykła, wziewna, paskudna - nikomu nie życzę i dobrze, że sama po 2 latach minęła!
Druga nie minie chyba nigdy, choć zapewne wyciszy się, gdy Igi będzie starszy. To alergia na "grzeczne" dzieci.

Nie lubię czytać o grzecznych dzieciach, nie lubię o nich słuchać, a w osłupienie wprawia mnie, gdy zadawane mi jest pytanie, czy Igi jest "grzeczny". Logika mi się burzy, zrozumienia brak, nie wiem, co odpowiedzieć.

No bo jak mam odpowiedzieć? Z obserwacji wynika mi, że "grzeczne" niemowlę to takie które:
  • grzecznie śpi - ale jak już się budzi, bo jest głodne, to je dyskwalifikujemy, gdy zaczyna mu się choroba lub ząbkuje i budzi się, by płaczem zawołać rodzica o pomoc, to sorry kolego, grzeczny już nie jesteś. Grzeczne zasypianie, czyli szybkie i bezproblemowe, też kwalifikuje się do tej grupy.
  • grzecznie je - wtedy, kiedy rodzice chcą, tyle, ile podadzą i to, co podadzą. Natomiast gdy głodne nie jest lub (Boże broń!) jedzenie jest niesmaczne, czy po prostu nie ma na nie ochoty - tytuł "grzecznego" jest szybko odbierany.
  • grzecznie się bawi - długo, raczej cicho, w trosce o spokój dorosłych, za to gdy zabawa je znudzi, czymś sfrustruje - ups, zaczyna być "niegrzeczne". Do zachowań niegrzecznych zaliczany jest też cały ogromny wór zawierający "poznawanie świata" - paszczą, ozorem, łapą, przez rzucanie, rozgniatanie, obślinianie, przez ciekawskie wspinanie się, przesuwanie, włażenie do, rozrzucanie, darcie i szarpanie. Nie bawisz się wyłącznie zabawkami i to zgodnie z instrukcją producenta? Uczysz się, poznajesz? Jesteś niegrzeczny.
  • grzecznie robi siusiu i kupę - nie za często, nie za rzadko (wtedy rodzic musi się martwić) i nie tuż po zmianie pieluszki, bo to jest po prostu czysta złośliwość.
Z osobą nieco większą jest też większy problem. Grzeczny żłobkowicz i przedszkolak to taki, który oprócz powyższych:
  • grzecznie bawi się z innymi dziećmi - zawsze chętnie, bez burd i afer, bez gryzienia, krzyczenia, płaczu i wydzierania sobie lalek. Zły nastrój, osobista antypatia lub strach o swoją własność nie są mile widziane.
  • grzeczne olewanie okresów buntów i lęków separacyjnych - te ciężkie dla dziecka i rodziców momenty rozwojowe są apogeum niegrzeczności. Płacz, tantrumki, nierozłączność... To nie może dotyczyć grzecznego dziecka.
  • wspina się dzielnie w kierunku wysokiej poprzeczki postawionej przez rodziców - jedząc, nie ma chęci na zabawę i używa sztućców oraz serwetki, bawiąc się nie robi wokół siebie bajzlu, szybko zaczyna mówić oraz chodzić i nie przewraca się. A gdy opanuje trudną sztuke przemieszczania się, nie ucieka i nie wchodzi tam, gdzie mu nie wolno. Nie powtarza przekleństw po rodzicach.
  • grzecznie się ubiera - nie dręczy rodziców własnym zdaniem i zachciankami ciuszkowymi. Ubiera się lub pozwala ubierać sprawnie i bez zakłóceń. Także wtedy, gdy metka gryzie lub pasek jest za ciasny i boli od niego brzuch.
  • grzecznie chodzi do placówki - żadnych tęsknot za rodzicami, żadnego strachu przed rozstaniem, obcym miejscem i nieznanymi opiekunami.
Żarty na bok :-)
Nie widziałam jeszcze "grzecznego" dziecka. Mam wrażenie, że ten dziwny wytwór to pozostałość po poprzednich pokoleniach. W tej chwili kojarzy mi się tylko z brakiem refleksji rodziców i chęci zupełnego podporządkowania dziecka życiu dorosłego.

Grzeczne dziecko to taki mały robocik albo lalka. Bez własnego zdania, uczuć. Zawsze wstaje prawą nogą i ma wyłącznie dobry (ale nie za dobry!) nastrój. Działa idealnie - jak mały, nakręcony przez kogoś zegarek. Jeśli nawet ma, to nie komunikuje złego samopoczucia, bólu, choroby. Nie poznaje świata w niepożądany sposób, jest ciche, zasady savoir - vivre'u wysysa z mlekiem matki. Mówi "dzień dobry" nawet, gdy się wstydzi, na zawołanie odstawia przedstawienia związane z odpowiadaniem na pytania i pokazywaniem swoich umiejętności. Głód, sen, czas aktywności oraz ruchy jelit dostosowuje do potrzeb dorosłych. Praktycznie, prawda?

To ja jednak wolę mieć prawdziwe, przeżywające wszystkie emocje dziecko, a nie lalkę, która się niczym ze mną nie dzieli. Gdy jestem wyspana, obserwuję z fascynacją wszelkie objawy "niegrzeczności" mojego syna - babranie, paćkanie, rysowanie swojego ciała, radosne fikołki, kolczaste emocje, jeżdzenie do przedszkola z mikserem i chlapanie się w kałużach. I wiele, wiele innych. Ale na pytanie, czy Igi jest grzeczny, nadal nie umiem odpowiedzieć.



12 listopada 2013

Rady Taty Kwiatka zawsze w cenie!

W ostatnim poście wspominałam o tym, jakich Igi dokonuje praktyk na szlaku. Jego osobistym wynalazkiem jest chodzenie rechocząco - zwisające.

I wyobraźcie sobie, znalazłam film, który doskonale obrazuje Ignaśkowe uciechy na górskich szlakach. Tylko muszę ostrzec przed osobliwym humorem Taty Kwiatka. Mogłam go co prawda wyciąć, ale postanowiłam tego nie robić. No bo my właśnie tacy jesteśmy - trochę niepoprawni i z dystansem do rodzicielstwa :-)

Na filmie Igi turla się w kierunku pewnego krateru wypełnionego wodą.


Ale znalazłam jeszcze jeden zabawny film, a mianowicie ze wspomnianej w wycieczkowym poście obskurnej chatki. Zapomnialam napisać, że wytrzęsiony w nosidle Ignaś padł jak kawka. A jak głęboko może spać moje dziecko? Zobaczcie sami :-)


W obu filmach gościnnie wystepują Ania JM oraz słowiczy głos mojej drugiej Połowy.

11 listopada 2013

Trekking z nieodrostkami (Interior)

Dziś chciałam znowu zabrać Was na wycieczkę. Wycieczkę w miejsce niesamowite - Interior. Dziki, zimny, zupełnie niezamieszkany, ale pełen niezwykłych widoków. Cały środek Wyspy to właśnie ten dość niedostępny i usiany lodowcami fragment kraju. Tu toczy się wyłącznie życie turystyczne. Tylko na obrzeżach Wyspy są miasteczka i wioski - czyli siedziby 300 000 mieszakńców naszego kraju. W Interiorze są góry, wspomniane lodowce, wulkany, bezdroża, pustkowia, pustynie, pola lawy, jeziora, rzeki, jaskinie i gorące źródła.

Wyjechaliśmy w brzydki, deszczowy dzień. Ubrani na cebulkę, po roztrzęsionej jeździe szutrem, wyszliśmy wreszcie na świeże powietrze i odłączyliśmy się od naszej niedzieciatej grupy, która wybrała znacznie bardziej wymagającą wycieczkę. 

Podrepatliśmy od razu w stronę "deseru", czyli wykąpać się w gorącym źródle. Droga była tego dnia bardzo wymagająca - nogi ślizgały się po piaszczystej ścieżce prowadzącej okrutnie stromym zboczem góry, a gdy zawiał potężny, zwalający z nóg wiatr, zastanawialiśmy się, czy nie zawrócić. Ponieważ powrót byłby tak samo trudny jak droga przed nami, chwyciliśmy się za ręce i asekurowaliśmy wzajemnie. Było warto, gdyż wkrótce wicher ustąpił, rozwiawszy na dodatek chmury. A w slońcu jeszcze lepiej widać oszałamiające kolory na ziemi i cudną roślinność.

Po długim marszu dotarliśmy wreszcie do celu - gorącago źródła usytuowanego malowniczo nad bystrą rzeką. "Cywilizacja" najwyraźniej tu dotarła przed nami, gdyż blaszany domek służył za przebieralnię. Był wyjątkowo okropny w środku - mokry i cuchnący - ale przydał się po kąpieli, kiedy to przyszło koeljne załamanie pogody :-)


Woda nie była zbyt gorąca, dopiero potem zorientowaliśmy się, że w niecce obok jest o wiele przyjemniej. Hanka i Ignaś pozostawali doskonale obojętni na temperaturę wody, bo radośnie memłali PrincePolo, reszta się po prostu nie liczyła :-)

Z "gorącego" źródła uciekliśmy, wygonieni strasznym chłodem i mleczną chmurą płożącą się po górach i ścieżkach. Ubieranie się w tych warunkach była koszmarnie nieprzyjemne, ale już po kilkunastu minutach słońce powróciło, zmuszając nas do pozbycia się kilku warstw ubrań. 


Igi, żwawy i rześki, wymyślił sobie swój sposób na trekking. Szedł ze swym Tatą za rękę, by co krok upadać z rechocikiem na ścieżkę lub trawę, wisząc jednocześnie u rodzicielskiej dłoni.

Na kempingu dzieciaki podziwiały namioty, a nawet próbowały bezceremionalnie władować sie do jednego z nich, a o tym pisałam TU.

Żałuję ogromnie, że widzieliśmy w sumie tak mało. Z drugiej strony niestety większość szlaków jest dla takich maluchów jak Ignaś i Hanka po prostu zbyt niebezpieczna. Jeszcze trochę musimy poczekać na kilka miejsc, które są na mojej liście życzeń. Na szczęście do wielu z nich da się dojechać samochodem terenowym, choć radość z tego znacznie mniejsza.

A Wam jak się podobało?
(Poproszę o wskazówki - czy ten sposób prezentowania dużej ilości zdjęć jest znośny w odbiorze?)

10 listopada 2013

Jak dziś wygląda Ignaś?

Ignaś ma kilka cech wyróżniających go od innych. Od kilku dni na przykład ma niebieską plamę na czole, bo malowaliśmy metodą (domowej odmiany) batiku nie tylko stare prześcieradło. Igi nie chciał czuć się ograniczony i pomalował sobie buzię. Dzięki temu wiemy, że barwniki spożywcze, których używaliśmy nie schodzą ani podczas pierwszego, ani drugiego zmywania mydłem :-)

Z mniej widocznych znamion po radosnej twórczości mamy "wytatuowane" całe Ignaśkowe ciało, bo Wiesiek malował w samych gatkach i przy okazji pomazaliśmy mu nogi i brzuch. Dodam, że na jego wyraźną prośbę.

Znakiem szczególnym Ignasia niezależnie od naszych zabaw są wszechobecne plamy. Pomimo położenia ściereczki na stole Igi nie zawsze zwalcza odruch wycierania paszczy łapką i rękawem, a rękawa i łapki - w koszulkę. Ale to i tak lepiej niż przejechanie paszczą po kanapie :-)

A dlaczego moje dziecko ma takie tłuste włosy? To proste! Pomagał mi sprzatać ze stołu. Gdy poprosiłam, by przyniosł do kuchni talerzyk, zrobił to. Przyniósł go... na głowie. Twierdząc, że ma talerzykową czapkę. Tylko że na talerzu była oliwa, która oczywiście spłynęła na włosy. Zmyć jej dokładnie nie zdążyłam, bo Igul nie miał ochoty poddawać się szorowaniu, wszak spieszył się do przedszkola.

Igi w ogóle bardzo często wygląda mało wyjściowo. Oto jak wczoraj przygotował się do wyjazdu do restauracji homarowej:





Pomimo prób wyprania małego artysty ślady pozostały. Igi był najbardziej szykownym gościem pożerającym homary :-)
Miłej niedzieli!

8 listopada 2013

Hu hu ha, czyli początki białego :)

Spełniam obietnicę :-) Dziś pokażę Wam (niestety przy pomocy zzłej jakości zdjęć), jak na Lodowej Wyspie odnaleźć zimę parę kilometrów od domu.

Zdjęcie dla celów poglądowych - tak wyglądało, gdy opuściliśmy dom.

Powoli krajobraz zaczął się zmieniać...
... i naszym oczom ukazały się góry, przez które chcieliśmy się przeprawić w drodze do celu właściwego
Kiciuś zajmował się głównie lekturą, a przy większych spadkach terenu kwiczał z radości
W międzyczasie jedna Bardzo Głodna Gąsienica przegryzła się przez jedno duże jabłko :-)
... oraz minęliśmy sporą elektrownię wodną...
Te górki to bardzo aktywny geotermalnie obszar, wszystko kipi, dymi i paruje.
Droga nie była łatwa (jedna z pasażerek zakomunikowała, że zaraz zejdzie na zawał), ale widoki rekompensowały strach
Zjeżdżanie przy 15% i skrobanie się pod górkę przy 15 lub 16% daje sporo uciechy, jak ktoś lubi bardziej ekstremalną jazdę






A w stolicy działo się, oj działo! Festiwal Air Waves :-)

Pójde na całość i zanudzę Was do końca widokami - tym razem zmieniamy kroajobraz na miejski:
W tym domeczku oficjalnie zakończyła się Zimna Wojna. A ja najbardziej lubię go za te opowieści o duchach w nim straszących. Ponoć nawet sceptycy mówią o strasznych hałasach, które nie dają spać.

Nasza ex-przydomowa góra widziana ze stolicy :-)

I słynna opera, Harpa (czyli po prostu harfa, to także często spotykane imię żenśkie)
Życzę Wam równie miłego odbioru zimy :-)

4 listopada 2013

Pożegnanie lata na Lodowej Wyspie


Lato wraz z białymi nocami odeszło w zapomnienie. Powitaliśmy za to sztormy, a nawet śnieg. Dobrze, że nie leje :-) Konie będą zapuszczały futro, a my będziemy grzać się w domach, oświetleni tym, co się da. Wkrótce słońca będzie jak na lekarstwo, bo dzień będzie wstawał przed południem. Już się ciężko wstaje, najgorzej znosi to Ignaś, który nie przepuści żadnej okazji, by powyć. Więc wyje, bo światło go razi. A przecież wkrótce ogarnie nas czarna noc. Będę odwoziła biedaka do przedszkola w ciemności, na obiad nieco się rozjaśni, a odbierać będę również "w środku nocy". 

Moim osobistym koszmarem jest jeżdżenie samochodem zimą. Luzaccy i rozmemłani (choć przeważnie uprzejmi) tubylczy kierowcy wyznają bowiem zasadę "Masz światła przeciwmgielne - to ich nie wyłączaj!" i walą po oczach tym przed nimi i tym z naprzeciwka. Równie biernie podchodzą do wyłączania długich w czasie jazdy, w związku z czym jestem głęboko nieszczęśliwa, gdy muszę kierować autem po zmroku. Każdą przejażdżkę kończę oślepiona i wykończona, więc odliczam miesiące do lata, kiedy żadne włączone na stałe przeciwmgielne mi nie straszne.

Jeszcze jedno spojrzenie na wiejskie widoki latem, a ja tymczasem zapowiadam zimową relację (z kiepskimi fotami, przykro mi bardzo), którą już przygotowuję :-)


Dobrej nocy!

1 listopada 2013

Ignacy rytualny

Igi uwielbia rytuały. Niektóre wymyśla sam, inne wychodzą nam wspólnie. Oto najnowsze:
  • Podczas mycia zębów należy wypluwać nadmiar pasty. Ale nie byle gdzie, tylko pod prysznic. I nie ot tak, ale trzeba splunąć przez dziurkę w rancie wanienki. Karkołomne.
  • Codziennie podkrada mi łyk kawy. Kończy się na tym, że popijamy kawę po łyku i naprzemian opowiadamy sobie, jakież to obrazy malują się na jej mlecznej powierzchni. Choć kawa jest zbożowa, cierpię, bo dziecię mi połowę w imię zwyczaju podpija ;-)
  • Gdy piekę chleb, Igi zazwyczaj "pomaga", czyli trzyma mikser. Ale i tak wiem, że robi to tylko dla perksów. W tym wypadku dla podjadania ciasta na chleb. Choćby był rozzłoszczony lub oddawał się tantrumowym uciechom trzylatka, na dźwięk miksera przybiega zawsze radosny i pakuje brudny paluszek do miski. 
I jeszcze kilka starszych:
  • W poprzednim domu Igi, zanim otworzył drzwi do sypialni, zawsze wspinał się na paluszki i naciskał palcem śrubkę, którą przykęcona była klamka. Gdyby nie to, nie wiedziałabym nawet, że jest tam śrubka.
  • Kolejną rzeczą, którą zauważyłam dzieki spostrzegawczości i rytuałom Zdzisia, są takie małe guziczko-dynksy w samochodach. Są widoczne dla uważnego oka, a znajdują się na (nazwijmy to tak) framudze drzwi samochodowych. Skąd wiem? Bo dzień w dzień, dwa razy, a czasem częściej, nieważne, czy wieje, pada, śnieży, mrozi - Igi przed wejściem wciska guziczek. Rytuał nie uległ zmianie wraz ze zmianą samochodu.
  • Zmiana samochodu wprowadziła kolejny poranny i popołudniowy zwyczaj. Otóż przy tylnym siedzeniu jest wajcha, za pomocą której można tym siedzeniem sobie manewrować. I znowu - wieje, pada, śnieży, mróz? Nieistotne! Wajchę trzeba chwycić i spróbować, czy dziś uda się z nią coś zrobić. Nie udaje mu się to od miesięcy, ale jego determinacja jest godna podziwu.
  • Codziennie, gdy jeździliśmy do naszego starego, ukochanego przedszkola, mijaliśmy port. A tam wielkie, ogromne statki i kutry. A Igi zawsze pokrzykiwał: "Proszę, to kawa dla ciebie, statek", a czasem nawet popłakiwał. Podobno niektóre statki wylewały kawę do oceanu.
  • Niedaleko portu był też kościół. Kościół, któremu Igi zawsze krzyczał zza szyby: "Cześć kościół", a sekundę później: "Pa, kościół!"
  • Bardzo, bardzo stary rytuał, to ten związany z czytaniem książki "Kici kici miau". Na koniec czytania, a dokładniej - na dźwięk słów "Niechaj któreś z was mi powie, co się dzieje w kociej głowie." Igi pukał czółkiem w twardą okładkę książki. Czuję się zmotywowana do odszukania filmu z tym intrygującym zachowaniem ;)